12 marca 2013

A żurawi ani widu, ani słychu

za to śniegu w bród.

Żurawie w tym roku chyba popełnią rekord w nieprzylatywaniu do Zawad. A zdjęcie robione koło 4.30 rano w poniedziałek, gdy Robert wiózł mnie z PKSu z Olecka. Jęzory śniegu w poprzek drogi były już całkiem pokaźne, więc pruł zaspy a ja miałam nadzieję uwiecznić ten widok, ale zacinający śnieg i lampa błyskowa nie pozwoliły. Gdy dojechaliśmy do domu, na podwórzu dziewiczy puch - godzina wystarczyła, by zasypało wszelkie ślady.

Ale przynajmniej nie przeżyliśmy szoku jak mieszkańcy innych części kraju. Gdy zjechałam do Warszawy w środę, zastałam wiosnę. Resztki śniegu tylko w gęstych krzakach w jakimś głębokim cieniu i to tylko dlatego, że bardzo szukałam. Na działkach kwiecia wiosennego do wyboru, do koloru. Gdy wyjeżdżałam, Warszawa tonęła w śniegu, a w Zawadach dopiero zaczynało padać. Ale zanim dojechałam do Olecka, istniało ryzyko, że Robert po mnie nie dojedzie i przenocuję na fotelu w gabinecie. Droga przed Stożnem była tak zasypana, że nie można było odróżnić pola od asfaltu. Chciałam tylko przypomnieć tym tam na górze, że już prawie połowa marca!

A w Warszawie Gustaw w rozkwicie fazy fallicznej:) - apogeum zainteresowania pociągami, rysowanie strzelistych wieżowców i bycie najlepszym we wszystkim. Tylko on ma prawo wygrywać. I nie przyjmuje do wiadomości, że czegoś się NIE DA.

Podczas gry planszowej wszystko szło dobrze, póki wygrywał. Gdy rzuty kostką przechyliły szalę zwycięstwa na moją stronę, najpierw mój pionek przestawił z dziesięć pozycji do tyłu, a gdy zaprotestowałam, oznajmił, że się ze mną nie bawi i nigdy już bawić nie będzie, zabrał planszę, wyrzucił pionki i się obraził. Moje próby uczenia wnuka przegrywania i tłumaczenia, że w życiu raz się wygrywa, raz przegrywa, skomentował zatkaniem uszu:) I pomyśleć, że w obliczu przegranej tak wielu dorosłych robi to samo, tylko nie tak spektakularnie, przynajmniej tak im się wydaje:)

W ramach bycia najlepszym projektantem Gustaw pół dnia rysował plany kolei miniaturowej, która będzie biegła przez podwórze i za sąsiednią kamienicą. Napatrzył się w Hamburgu na Wunderland i chciał mieć taki pod domem. I wytłumacz dziecku w tym wieku, że pewnych rzeczy nie da się zrobić, nie można w domu wykonać plastikowych modeli, ani zbudować torów na podwórzu. Póki rysował i pokazywał przez okno, gdzie co będzie, uczestniczyliśmy w marzeniach. Ale jak przyszło obiecać, że jutro mama z tatą weźmie się za budowę, przyszła pora na rozczarowanie. Serce się kraje, gdy w takich chwilach trzeba powiedzieć dziecku, że niektóre plany mogą pozostać tylko w fazie projektu, że pewne rzeczy można sobie tylko wyobrażać… Ale babciu, jak nie chcę wymyślać, chciałem, żeby tak było… i łzy w oczach. Opowiedziałam mu, że jak byłam mała, co noc przed snem wyobrażałam sobie taki wieżowiec, w którym na każdym piętrze były sale do różnych zabaw, a ja siedziałam w recepcji i przedzierałam bilety wstępu:) Pakowałam do łóżka wszystkie misie i inne pluszaki (lalek nie uznawałam) i to one były uczestnikami całego przedsięwzięcia. Zaproponowałam, żeby Gucio robił to samo - przed zaśnięciem budował w myślach swój piękny świat pociągów pod domem a może kiedyś, gdy będzie dorosły spełni swoje marzenia, tak jak ja spełniłam, bo co innego robię, jak nie przedzieram bilety w salach zabaw w Zawadach?:) I też mam łóżko pełne pluszaków:)

Och te trudy rozwojowe… Bolesna rana narcystyczna, która wciąż przed Gutkiem… A najgorsze, że musi przeżyć ten bolesny upadek na ziemię i w dodatku nie zniechęcić się do stawania w szranki i do sięgania nawet po niemożliwe. Musi go boleć, musi się rozczarowywać, żeby stał się człowiekiem, z którym da się żyć:) a jednocześnie nie może stracić wiary w siebie. Oj jak ja mu współczuję, że musi przez to przejść…;)

Tymczasem ja przechodzę przez trudy starości. Już mnie trzeba pilnować jak zdemenciałą staruszkę. Robiłam przed wyjazdem kafelki do bliźniaczych desek na zamówienie z bardzo trudnymi, krajeńskim słowami. Znając swoją przypadłość, że co innego widzę, niż jest napisane, kilka razy sprawdzałam pierwowzór z moimi wykonaniem, zapomniałam tylko sprawdzić słowo Krajna na tytułowych kafelkach i zrobiłam z niego Krajnię:(

I cud boski, że wysłałam zdjęcie deski pani, żeby upewnić się, czy może być takie zasinienie, bo wyszło po zaolejowaniu, i wtedy pani zwróciła uwagę na błąd. A kafelki już wstawione w deski… Koszmar. Robert po raz pierwszy w życiu wyciągał przyklejone kafelki z gotowego wyrobu. Opracował metodę minimalnych szkód - od tyłu wywiercił maleńkie dziurki i gwoździem wypychał dekory, zanim klej na amen nie wysechł. Potem wykroił idealnie do dziur dwa nowe kafelki, które jutro będę szkliwić. Nauczka jest taka, że przed wstawieniem do pieca, a na pewno w deskę, muszę wszelkie napisy dawać Robertowi do sprawdzenia.

Za to podczas mojego pobytu w Warszawie Robert uczestniczył w warsztatach zdobnictwa w drewnie.
Dwa dni pod rząd bydlęta domowe siedziały zamknięte i tylko je dobrzy ludzie wypuszczali na siku, a w tym czasie Robert w Maniówce pod Suwałkami wycinał w drewnie cuda. Po powrocie zakupił odpowiednie książki i jak już ukończy wszystkie remonty, staw… zajmie się ozdabianiem domów:)

tu wycięty przez Roberta nadokiennik podlaski

a tu drobnica dla Gucia

uczył się też wypalać wzorki wypalarką

o właśnie tak (zdjęcie ukradzione z FB ze strony: LOT Olecko Projekt Rozwój potencjału TSW Klaster „Suwalszczyzna - Mazury”)

Podczas mojej nieobecności postępy w stawie i lesie chłopskim

rosną zapasy drewna na przyszłą zimę

Belfegor podziwia czysty staw:)

Postępy też na polu belfegorowego posłania.

tak wyglądało ostatnio z Belfegorką zamiast Belfegora - już nie starczało obleczeń czystych (pralka wciąż nieczynna)

Aż wreszcie przyszedł długo wyczekiwany dry bed, kanapa została przecięta na pół, wykorzystane tylko oparcie, bo druga część przeszczana na wylot, ubrane w nieprzemakalny podkład, na to pluszowy misio zielony w czarne łapki, do ściany przymocowane oparcie z deski obleczone tym samym pluszowym i Belgegorciu bardzo zadowolony, tylko Lodzię wciąż trzeba przeganiać, bo też by takie wyrko chciała.

no to Lodzia codziennie rano kradnie drewno z kosza i rozdrabnia, bo nie mam co robić, tylko co rano sprzątać drzazgi

Dziś po południu wreszcie przestało padać. Pięknie, tylko że już mnie nie wzruszają takie widoki! Słyszy mnie ten ktoś w górze??!!

A na koniec - co u Białki i Strzałki. Znowu podczas mojej nieobecności Białka w końcu pojęła tajemnicę Wilkusia i nauczyła się przechodzić przez kocie okienko, na razie tylko to do korytarza. Tak więc śmiga w obie strony i piętro przestało być wolne od kotów. Strzałka jeszcze nie załapała, wykrada się przez niedomknięte drzwi:)

wygrzewanie chudej dupki przy kuchni

szukanie skarbów w torbie z psim jedzeniem

po jednej stronie drzwi Wilkuś, po drugiej Białka

ale nie utrafiłam ze zdjęciem, gdy łapa Białki była przy Wilkusiu, za to tu polowanie na Piesa:)

no i ulubiona zabawa - wieszanie się na mojej sukience (wolę nie oglądać efektów)

oraz jeżdżenie ze stołeczkiem po podłodze, tudzież bieganie ze skarpetką po domu (tu porzucona chwilowo)

I to by było na tyle.

Komentarze

ola z katowic , 2013/03/13 09:57
rozkwit fazy fallicznej, no cudnie, niektórzy meżczyźni nie wychodza poza tąże...
ania, 2013/03/13 10:08
niektóre kobiety też:)
Ewa U., 2013/03/13 12:32
U nas żurawie już są od dobrych paru dni, nawet widziałam ich taniec godowy. I co? Pół metra śniegu. Nieustannie o nich myślę i mam nadzieję, że sobie poradzą? Jak i skowronki, które też już są. W końcu śnieg w marcu to normalna sprawa, poza tym, że mamy dosyć, to przyroda chyba wie co robi? Dzisiaj słońce daje nadzieję. Bardzo mi się podoba przedzieranie biletów w zawadzkiej sali zabaw. Skojarzyło mi się z taką "babcią" nie powiem, jaką...
ania, 2013/03/13 12:39
o tym nie marzyłam, że będę kible myć, ale jak się głębiej zastanowić, to nieunikniony element prowadzenia wieżowca zabaw;)
No i dobrze, że Ci się nie kojarzy z "mamą" nie powiem jaką...;)
Ewa U., 2013/03/13 19:32
Nie, z "mamą" nie, chociaż sama nie wiem, co lepsze?
ania, 2013/03/13 23:21
Osobiście wolałabym, aby nasze domko-pensjonaciki nie były utożsamiane z pokojami na godziny, choć owszem, zdarzali się goście weekendowi w jednoznacznym celu. Ale podniosłam cenę za nocleg na jedną noc i skończyło się!
A babcia klozetowa to godna szacunku profesja! (dla niepoznaki - na dworcu PKS w Łomży, gdzie zawsze pędzę w przerwie podróży, WC obsługuje młody facet:))
hippolitkwas, 2013/03/13 22:39
U nas żurawi także nie ma.Ale za to są sikorki i trznadle.
Dotarłem właśnie do dyskusji o myśliwych pod wpisem z 8 01 2013. Zaglądam do http://jagermeisterin.blog.onet.pl/2013/03/09/nosil-wilk-razy-kilka i tam pozwoliłem sobie wkleić opinię AUTORKI strony.
ciekawym waszych wrażeń.
"niektóre kobiety też:)" poproszę o rozwinięcie.
Serdeczności.
ania, 2013/03/13 23:16
Drogi Fredku - kobiety także przechodzą fazę falliczną. W tej fazie dzieci są przekonane, że różni je posiadanie/brak kutasika. Reszta różnic cielesnych nie istnieje. A więc chłopcy, TO CI CO MAJĄ, a dziewczyny, TO TE CO NIE MAJĄ. Problemem chłopców jest to, że owszem mają, ale mniejszego niż tata. Dziewczynki mają dużo większy problem, bo nie mają w ogóle! Gdy chłopiec utknie w fazie fallicznej, spędza resztę życia na porównywaniu fujarek i dorabianiu sobie centymetrów, a gdy dziewczynka - na udowadnianiu sobie i światu, że fujarkę też ma i to wcale nie mniejszą niż panowie (po przecinku z pewnością dotyczy pani z Jagermeisterin).
Ewa U., 2013/03/14 15:01
O rany, przeczytałam to, co kryje link podany przez "hippolitkwas". Włos mi się zjeżył, że można tak rzeczowo i spokojnie, jak o pogodzie.
I jeszcze zapomniałam dodać, że wycinanki Roberta bardzo rokują. Dekor nadokienny jest śliczny.
Mój pies też wiecznie znosi i rozkminia drewno. A kot bawi się drzazgami i rozwleka je po kątach.
PS. Nigdy nie miałam nic przeciwko babciom/dziadkom klozetowym, wręcz przeciwnie: pełen szacun, ktoś musi wykonywać ten mało wdzięczny zawód. Jednakże chyba szacowna ta profesja powoli odchodzi w zapomnienie. Na dworcu w Poznaniu, aż do remontu (czyli przed Euro) instytucja babci miała się bardzo dobrze. Teraz zrobiono taki toaletowy wypas, że nie bardzo wiadomo jak - hm - się obsłużyć. I tu przydałaby się babcia jako instrukcja obsługi. Mimo wszystko są jeszcze na dworcu takie zakamarki, gdzie babcie były, są i będą.
ania, 2013/03/14 15:24
Też tam weszłam i też mi się włos na głowie zjeżył. I w dodatku nie ma sensu tam się wpisywać, przecież jesteśmy nic nie rozumiejącymi, głupiutkimi dziećmi, którym dopiero trzeba wytłumaczyć. Najbardziej "podobał mi się" nius o robieniu spotów reklamowych wyjaśniających społeczeństwu zasadność polowań i w ogóle istnienie kół łowieckich. Przypomina mi przemowę księdza kapelana łowczych z książki Olgi Tokarczuk. I ten argument, że polowania z nagonką to sama natura... Kazirodztwo to też sama natura, dać w łeb siekierą sąsiadowi też, jak najbardziej;) Nie wczytywałam się głębiej, żeby się bardziej nie denerwować, a że dyskusja z tą panią z góry skazana na porażkę, można tylko olać ciepłym moczem, a jedyne, na czym należy się skupić, to na edukacji jeszcze chłonnych umysłów:)
Ewa U., 2013/03/14 15:48
Mam identyczne odczucia i też przypomniała mi się książka Tokarczuk. A widziałaś komentarze pod tekstem o spotach? Komentarze w ogóle? W pierwszej chwili myślałam, że to jakiś dowcip, że ktoś sobie tzw. jaja robi. Niestety, to bynajmniej nie jest dowcip. Aż mnie świerzbi rączka, ale jak sama mówisz, nie ma to najmniejszego sensu, choć grozą wieje...Ideologię można dorobić do wszystkiego - historia zna takie przypadki!
ania, 2013/03/14 15:58
O to, to właśnie!:) W sprawie dorabiania ideologii miałam ochotę wpisać się, że pedofile też są przekonani, że dobrze czynią, tylko nikt ich nie rozumie, a przecież oni dają dzieciom miłość... ale się wstrzymałam. Mam wrażenie że już nasza tu dyskusja jest niepotrzebnym angażowaniem umysłu i emocji - ta pani i jej podobni, po L'Orealowsku powiem, nie jest tego warta.
kinga morderczyni:), 2013/03/19 19:11
A mnie nie chce się gadać :)
kinga morderczyni:), 2013/03/19 19:54
Ale jak już zaczęłam ....
Uprzejmie donoszę,że dziś po moim ogródku kicał zajączek i obgryzał mi jabłonki. ( A niech mu pójdzie na zdrowie !) Natomiast mój własny kot , wypieszczony,odkarmiony,upasiony , zrobił mi w podzięce prezent w postaci ...bażanta!!!!!!
Myślałam ,że gada zabiję ! Morderca jeden ! I to w dodatku ten mój ulubiony bażant ,co mieszkał w gęstwinie niedaleko domu , pięknie się darł i staczał wojny z młodziakami na drodze pod moim domem !

Kot za karę nie dostał obiadu przez 2 dni - musiał zadowolić się zdobyczą .
ania, 2013/03/19 23:20
No niestety, tak to jest z kotami. Jak ich nie kochać, ale też - jak tolerować łapanie ptaków czy ryjówek. To trudne do pogodzenia. U nas niestety koty mają na sumieniu w ciągu tych kilkunastu lat z 2-3 pisklaki naszego żywiciela, wielce chronionego derkacza. Strach pomyśleć, jakie szkody będą czyniły nasze diabelskie szkodniki... Kiedyś w Anglii robiono badania, jak domowe koty wpływają na liczebność ptaków w ekosystemie. Wyniki były zatrważające.
kinga morderczyni:), 2013/03/20 15:48
Najgorsze ,że moje koty robią mi takie prezenty od czasu do czasu i jeszcze się domagają pochwał.
Jak łapią myszy w domu - to mi się podoba, ale raz widziałam strasznie skowyczącą samiczkę jakiegoś ptaszka , ponieważ akurat wtedy mój kot dobrał się do jej piskląt. Odebrałam gadowi ptaszka ,ale chyba nic z tego nie wyszło...
Skomentuj:
NYAVT
 
 
a_zurawi_ani_widu_ani_slychu.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/10 14:15 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika