26 lutego 2012

Bozia się śmieje ale żurawie przeleciały

widoczek z 20 lutego

widoczek z dziś

Ostatnio Bozia ma niezły ubaw. Co zaplanujemy, bierze w łeb. Na pociesznie nie tylko u nas.
Najgorzej z domkiem na górce, który najpierw miał przerwę techniczną z powodu mrozów i Robertowi starczało czasu jedynie na utrzymywanie temperatury niezamarzania. Potem zabrał się wreszcie za elektrykę i gdy zaczął robić bruzdy w romantycznej dwójce 2, okazało się, że „eleganckie” tynki, które jako jedyne nie zostały skute, są poodparzane. Poszły więc pod młotek i teraz na środku pokoju leży góra gruzu – taki to postęp na budowie;) Ja tam się cieszę, bo te gładkie tynki nieco mnie denerwowały. No to nie będę miała gładkich:) Poza tym po kolei różne narzędzia biorą w łeb, widać się wysłużyły i zmieniły plany co do dalszego życia. Tylko Robert co i rusz wraca z górki klnąc pod nosem i szuka na Allegro części albo nowych maszyn.
Przez ostatnie 10 dni najbardziej pokrzyżowała nam plany Mrówcia. Jeżdżenie w kółko do weterynarzy, w tym wycieczka z kicią do Ełku (w tę i z powrotem 110 km), gdzie wreszcie zrobili porządne badania na zwierzęcych a nie ludzkich machinach (okazuje się, że to różnica, bo np. komórki krwi są mniejsze i są inaczej liczone). I choć żadnych ewidentnie na coś wskazujących wyników nie było, tak jak pisałam w komentarzach pod ostatnim niusem, w końcu wyszło, że objawy najbardziej pasują do chłoniaka. Wczorajsza nagła poprawa po podaniu leku immunosupresyjnego potwierdzałaby diagnozę. Niestety dziś rano znowu było gorzej i nie spodziewamy się cudownego ozdrowienia. Był też poranny sukces, a może nocny, w każdym razie Robert zastał w kuwecie i obok parę twardych jak kamień balasków – kicia zrobiła kupę po 10 dniach! Ma napady szwendania się po domu, ale to takie smutne patrzeć jak wpada na przeszkody, albo boi się zejść z łóżka (podłoga zbyt nisko i nie sięga łapkami, gdy próbuje). Je mało, częściowo trzeba jej dawać na siłę. Ale bywa towarzyska.

widać u biedulki wypełnione krwią oczy

Ostatnio też szukaliśmy domu dla Miśka i Małgosi. No niestety plany Miśka, by zostać anielskim psem w siedlisku aniołów, też wzięły w łeb, bo, jak się okazało, właścicielowi siedliska do anioła trochę daleko;) i trzeba było szukać bardziej przyjaznego lokum.
Na szczęście Miśkowi, skoro ma swoją ukochaną panią, wszystko jedno gdzie, byle z nią. W końcu udało się znaleźć połówkę domu we wsi obok (miała być połówka w Zawadach, ale właściciele zmienili plany co do swoich włości i już nie chcą wynajmować) i wczorajszy dzień upłynął na przeprowadzaniu Małgosi i Miśka. Małgosia spakowała się na przyczepę traktora i do kangura i tyle nas pseudoanieli widzieli.

Niestety nowy dom wymaga małego dopieszczenia;) Szyby w oknach powybijane, w środku mieszkało do niedawna 17 kotów, które nie wiedziały co to kuweta, zamarznięty kibel, itd., itp. W ramach śmiechu Bozi Robert zamiast w domku na górce doganiać terminy, szklił szybami zza garażu (mamy tam składowisko starych okien) lub zabijał dyktą okna Małgosi. Dobrzy ludzie ze wsi też przyszli z pomocą i dziś Małgosia ma już wszystkie śmieci wyniesione z domu i zdzierane są śmierdzące płyty a pod nimi całkiem, całkiem dechy. Piece sprawne i to najważniejsze. No a Misiek ma kumpli za siatką, jeden musiał zostać uwiązany, bo wyskakiwał z kojca a sąsiadka twierdzi, że jakby dorwał Miśka, to by z niego nic nie zostało.

Ale dziś widziałam, jak Misiek tamtemu nasikał pod nosem, po czym stojąc vis a vis powachlowali ogonami. Jestem dobrej myśli. W ogrodzeniu w nowym domu dziur co niemiara, więc Misiek został typowym wiejskim burkiem, co spotyka się kolesiami przy drodze. Przynajmniej ma towarzystwo, bo u pseudoaniołów nie miał do kogo gęby otworzyć. Poza tym nałapał na nowych włościach rzepów i zrobił mu się kołtun na ogonie i za uchem, bez żyletki nie podchodź!

A ja, stara śmieciara, ku zgrozie Roberta wynurowałam (podobno to poznańskie określenie) nieco skarbów ze sterty, na którą nowa właścicielka spojrzeć nawet nie chciała:)

Dwa stoliki i taboret wietrzą się z kocich szczyn na górce, a sterta talerzy z resztkami jedzenia (poprzedni właściciel nagle zaniemógł) oraz szkło do picia różnych trunków zostało odmoczone, wyszorowane, wyparzone i do nowego pensjonatu będzie jak znalazł. Część do starego, bo w obowiązującej tam kolorystyce – piękne fajansowe, jak z baru mlecznego talerze i talerzyki w granatowe wzorki i kwiatki. Oraz pęczek aluminiowych łyżek w sam raz do pracowni do mieszania szkliw, bo jak wiadomo w pracowni wciąż ich brakuje. Ale nie pytajcie jak przeżyłam to szorowanie z resztek. Na szczęście jestem mało obrzydliwa. I jeszcze w podzięce dostałam śliczny drewniany wieszaczek, oczywiście jak na takie skarby przystało - w pięciu warstwach farby olejnej. Tak więc Małgosia z Miśkiem wreszcie na swoim i w dodatku bliżej nas – na piechotę dojdzie w razie czego, nie mówiąc o rowerze.

A poza tym:

Robert jak co roku wyganiał zimę z podwórka

Po drogach jeździ się kiepsko, można wlecieć w szczelinę wyżłobioną przez strumyk łączący rozlewiska po dwóch stronach drogi (rozlewiska to ostatnio typowy widok na polach). Zresztą nie znasz dnia ni godziny na polnych drogach. Najpierw była breja, w którą się zapadało po ośki, potem czysty żywy lód pod wodą, następnie błoto, a dziś nieco zamarzło i jeśli trafiło się w przysypane świeżym śniegiem koleiny, dało radę dojechać.

a to widok na Zawady z zupełnie innej niż zwykle strony - z drogi przez las, którą jedzie się do Małgosi

I dziś wracając, już blisko domu ujrzałam najmilszy widok świata – ŻURAWIE! Miałam nawet aparat, ale zanim wyostrzył, to mi zwiały nad dolinę rzeki.

To była para. Miały chyba zamiar lądować na swojej ulubionej łączce w rozwidleniu dróg, ale niestety zrezygnowały. A ptaszków pod karmnikiem coraz mniej i dobrze. Takich widoków już nie uświadczysz, choć te poniżej raptem sprzed 5-3 dni! Ale to nic, o tej porze roku wolę inne!

grubodziób nabija się w butelkę

mazurkowa kula (większe ptaszki na FB )

a krogulec miał w planie łatwą wyżerkę, na szczęście (nie dla niego niestety) i jego plany spełzły na niczym - ptaszki szybko zwiały w krzaki (większe krogulce na FB albo razem z resztą w ptakach przy karmniku )

Komentarze

Egretta, 2012/02/27 09:09
Powracające żurawie to plaster na moją steraną zimą i problemami duszę :) A z aniołami bywa róznie, jak widać niektóre bywają upadłe :(
Ewa U., 2012/02/27 11:02
Po poznańsku znaleźć coś, wyszukać, to wynorać (zapewne od nory, która jest trudno dostępna, jak to nora), ale wynurować też ładnie brzmi, a nawet ładniej! Żurawie już są dawno, a gęsi przemieszczają się dosłownie tysiącami. Nie mam wątpliwości, idzie wiosna. Najwyższa pora, bo komin nam się spalił (sadze w środku - sprawdzajcie dokładnie stare kominy i patrzcie kominiarzom na łapki, bo kłamią!) i nie ma grzania, a raczej jest - na prąd i wolę nie myśleć o rachunku.
Czy można jakoś pomóc stąd Małgosi i Miśkowi?
Kibicuję Mrówce licząc na cud i na to, że Bozi odechciało się chichotu, albo zajęta czymś innym.
Pozdrawiam
ania, 2012/02/27 11:49
Tak, oczywiście Małgosia mówiła "wynorać" ale ja przy swoich zdolnościach do przekręcania słów znowu pomieszałam;) tylko jak brzmi tryb dokonany od "wynorać" - "wynorałam"? Małgosi pewnie jakoś można pomóc, pomyślę, spytam i dam znać.
Kominy mam nadzieję dobrze sprawdzane, nasz kominiarz stary wyga.
Mrówcia pod piecem jak zwykle rano, zaraz dostanie kroplówkę - i tu dylemat - jak długo męczyć chorego kota, jak długo czekać na cud, a może dać jej spokój w te ostanie dni? tygodnie? To niestety także dylemat wszystkich chorych na raka i ich bliskich...
zośka, 2012/02/27 12:33
moja Felka miała identyczne objawy, a okazało się, że to nerki jej wysiadły zupełnie. Po 16 latach życia miały niestety prawo :( Trzymam kciuki za Mrówcię, chociaż zdaję sobie sprawę, że może być trudno.
ania, 2012/02/27 12:46
Nerki są w porządku, przynajmniej biochemia krwi tak pokazuje.
Ewa U., 2012/02/27 14:26
Przeszły dokonany - wynorałam, też lubię to zajęcie. Może Małgosia potrzebuje ubrań, drobniejszych sprzętów, może naczyń - tego, co można przesłać pocztą?
Zwierzęta odchodzą za szybko. Najbardziej boli bezsilność. Nawet jeśli w którymś momencie skracamy im cierpienia, to wcale nie boli mniej. Można tylko mieć nadzieję, że Mrówka na razie nie cierpi. A ja i tak liczę na cud, one się zdarzają, choćby i nasz komin. Właściwie uratował nas właśnie kot (jakiś wsiowy, w każdym razie obcy), widziałam z okna, że wchodzi do niezamkniętego garażu. Poszłam wyprosić kota, żeby ktoś nie zamknął go tam na parę dni i wracając zobaczyłam ten miotacz ognia w postaci komina. Normalnie poszlibyśmy spać nie mając pojęcia, co się święci. Więc wbrew wszelkim racjom życzę Mrówce cudu.
Mistrzem świata w przekręcaniu wyrazów jest mój partner. Co powiesz na Śniętą Królewnę, zamiast Śpiącej? Albo bezgłówek zamiast zagłówka?
ania, 2012/02/28 18:58
Co do przekręcania wyrazów to mistrzynią jest moja mama czyli babcia Teresa - nie zapomnę, gdy jako dziecko jechałam z nią do czegoś, co nazywało się Ponderoza (niestety nie pamiętam co to było, jakis ośrodek pod Warszawą?), PKSem i mama dopytywała wszystkich w autobusie gdzie trzeba wysiąść do Bonanzy, cały autobus się głowił i dopiero jakiś inteligentny pan domyślił się o co chodzi. To niestety pogarsza się z wiekiem;) Mnie tak absurdalne wyrazy wchodzą do głowy zamiast właściwych, że nawet nie jestem w stanie powtórzyć (skleroza też się jak wiadomo nasila:)) Niestety obawiam się, że to wina zaśniedziałych styków i nie te kabelki łączą... Ludzie tak mają przy guzach w mózgu, ja na szczęście mam tak od tylu lat, że gdyby to było coś poważnego, to bym już dawno nie żyła...

I jeszcze co do Małgosi. Po tym niusie zgłosiły się inne osoby pytające jak można pomóc - internet to potęga! wciąż to powtarzam. Jak łatwo się domyśleć głównie chodzi o pracę czyli pomoc w zdobyciu kasy. Póki co mamy ochotniczkę do dania Małgosi pracy w sezonie i to tuż pod małgosinym nosem!
ania, 2012/02/28 18:46
Donoszę co u Mrówki, bo po tym leku immunosupresyjnym (mniemam) wczoraj kot zniknął z domu i znalazłam go w końcu w ogrodzie, czego w ogóle nie brałam pod uwagę bo jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę system kocich drzwiczek, przez który koty wychodzą na dwór - to istny labirynt po schodach, stołku a następnie wąskiej pochylni a jedno z okienek kot musi otworzyć przyciągając je łapką do góry za gałkę i wślizgnąć się pod klapkę - jak Mrówka tego dokonała, doprawdy nie wiem. Gdy ją przyniosłam do domu, wdrapała się po schodach do garderoby na strychu a następnie wspięła (pazurami) po słupie na swoją ulubiona półkę. W nocy było -8 st. więc żeby kot nie zamarzł gdy zabłądzi na dworze, musieliśmy ją zamknąć w łazience. Dziś wróciłam z pracy i znowu kota nie było - wyszłam przed dom, wołałam a Mrówcia przywędrowała od strony sąsiadów cała mokra, bo sypał mokry śnieg. Po tej eskapadzie wrąbała kawałek wątróbki! (czy widzicie, jak ja się poświęcam?! dzisiaj sama byłam w sklepie mięsnym i zakupiłam!;)) Wciąż ma oczy we krwi ale musi lepiej widzieć, nie ma bata, inaczej by nie dała rady robić tych wycieczek. Poza tym sama zeskoczyła z szafki na której koty mają stołówkę, po stołku, wyciągając maksymalnie łapki (nie ma widać wyczucia odległości, być może dlatego, że widzi tylko na jedno oko) a wcześniej bała się nawet zejść z niskiego łóżka. Ten Leukerean naprawdę przedłuża życie!
Ewa U., 2012/02/28 19:58
Huraaaa! A nie mówiłam, że cuda się zdarzają?
Bonanza jest cudna - geny to jednak potęga - prawie jak internet...
ania, 2012/02/28 23:56
ale nie jest to raczej cud boski, tylko cudowny lek na początku kuracji czyniący cuda..
Monika, North Carolina, 2012/02/29 07:42
Ponderoza - oczywiscie byla taka restauracja na Wale Miedzeszynskim, jadac od Warszawy na wies. Tak gdzies na wysokosci skrzyzowania z Traktem Lubelskim, te okolice... A Bonanza to tez nie calkiem bez sensu, bo tam zawsze mozna bylo zobaczyc po drodze konie, rancha i nawet kowboyow. Wiec wszystko sie zgadzalo. Pasazerowie Waszego autobusu byli malo bystrzy jedynie. ;)))
ania, 2012/02/29 10:15
Ale Ty masz pamięć Monika!!! Rzeczywiście jechałyśmy wałem Miedzeszyńskim, tylko wydawało mi się, że to było daleko (dzieci zawsze widzą rzeczy większymi i bardziej dalekimi), gdzieś w okolicach Wilgi, tymczasem musiałyśmy jechać zwykłym autobusem a nie PKSem... Możesz zostać moją asystentką, mózgiem zapasowym:)
Ewa U., 2012/02/29 11:09
Miałam na myśli cud natury takiej więcej mistycznej i medycznej oczywiście. Jak zwał, tak zwał, niech on i boski będzie, byle Mrówka dobrze się czuła, w tym wypadku cel uświęca środki.
Któż by nie chciał zapasowego mózgu... Mam koleżankę z liceum, która po 30 latach pamięta takie szczegóły jak daty, godziny, jak kto był ubrany, co mówił i do kogo oraz co mu ktoś odpowiedział, podczas gdy ja nie pamiętam w ogóle samego wydarzenia! Albo ja mam pół mózgu, albo ona ma dwa!?
ania, 2012/02/29 20:51
Podziwiam takich ludzi, ale zawsze się pocieszam, że może mam ważniejsze rzeczy do przechowywania w głowie i na TAKIE nie mam już miejsca nie mówiąc o niezwykle ważnych procesach zachodzących w mojej mózgownicy, więc żeby nie obciążać procesora, pewne rzeczy są eliminowane:)
Ewa U., 2012/02/29 23:40
NA PEWNO masz (mam) ważniejsze foldery w głowie, tak się (Cię) pocieszam. Jednak wkurza mnie, że ta koleżanka ma poza tym chyba jakieś kopie zapasowe, bo ze wszystkim tak ma... Ale z polskiego byłam lepsza! I z języków!
Skomentuj:
PKMQU
 
 
bozia_sie_smieje_ale_zurawie_przelecialy.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 17:30 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika