27 grudnia 2017

Nasz gość, Mateusz Ostachowski o kronice

Kronika szkoły w Zawadach Oleckich. Pamięć jako odpowiedzialność.

Jestem głęboko przekonany, że odpowiadamy nie tylko za pamięć swoich przodków i narodu, ale także za pamięć miejsca. W polskich warunkach oznacza to najczęściej odpowiedzialność, za miejsca całkowicie pozbawione rdzennych mieszkańców. „Zniknięcie” prawie zawsze nastąpiło w wyniku mordów, wysiedleń i wypędzeń II wojny światowej. Poznanie takiej pamięci wymaga konfrontacji z traumą oraz napotyka na różnego rodzaju praktyczne bariery, przede wszystkim językowe i dostępności źródeł.

W byłej wschodniopruskiej osadzie Sawadden opiekunem pamięci jest Robert Maluchnik, który odnalazł w Internecie kopię pisanej w latach 1883-1944 kroniki tutejszej szkoły. Kolejni pruscy nauczyciele pisali ją po niemiecku używając różnych stylów pisma ręcznego. Rozszyfrowanie tej specyficznej niemczyzny było możliwe dzięki tytanicznej pracy niemieckiego przyjaciela Roberta, pana Hermanna Tenbusha. Kronika została następnie przetłumaczona na polski, zaopatrzona w przypisy, mapy, indeksy i wydana. Dla mnie, gościa pensjonatu, który odwiedza Zawady kilka razy w roku to niezwykła lektura, bo teraz znam tu „każdy dom”. Jednak „Kronika” jest czymś więcej niż lokalną ciekawostką – to ukazanie „wielkiej” historii z perspektywy osady, która nigdy nie miała więcej niż 300 mieszkańców (obecnie na stałe mieszka tu zaledwie kilkanaście osób), to także dekonstrukcja procesów historycznych zakończonych katastrofą.

Podzielę się z Wami rzeczami, które mnie najbardziej poruszyły. W latach 1883-1899 pozornie nic się nie działo. To znaczy zimy były ciężkie, zbiory czasem dobre, często słabe, a cesarz umiłowany. Co roku szkoła świętowała urodziny monarchy i rocznicę bitwy pod Sedanem. Przez wiele lat nauczyciele kwitowali te wydarzenia rytualnym „rocznicę obchodzono w szkole jak zwykle”. Okazuje się, że szkolna akademia z recytacją, śpiewem i sztampą to taki sam pruski wynalazek jak układ ławek szkolnych.

Nauczyciel uprawiał przydzieloną do szkoły ziemię, miał krowy, świnie, oraz sadek owocowy i równej mierze dbał o gospodarstwo co o nauczanie. Stylem życia niewiele różnił się od rodziców swoich uczniów, i tak jak oni był w sumie tylko małorolnym chłopem. Jednak szkoła w Sawadden, ze swoimi 60 do 80 uczniami nie działała w próżni. Nauczyciel był także realizatorem wielkiego bismarkowskiego planu zjednoczenia Niemiec, czyli budowy państwa narodowego, zlepionego z księstw, księstewek i szeregu niejednoznacznych tożsamości i to zaledwie kilkanaście lat wcześniej. Nauczyciel uczył po niemiecku i przekazywał całą państwową narrację – w centrum było umiłowanie cesarza, zwycięstwo z 1870 r. (które otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec) oraz język niemiecki. Był przysłany (zwykle z innej części Prus Wschodnich), ukończył państwowe seminarium i służbowo podlegał powiatowemu inspektorowi oświatowemu. I to on był ostatnim ogniwem nowoczesnego, centralnego systemu oświatowemu zjednoczonej Rzeszy niemieckiej. „Szkolna historiografia” podrzuca nam obrazki „brutalnej germanizacji”. W Prusach cała sprawa miała się inaczej. Germanizacja była udana, pełna i prawie bezproblemowa. Nie było tu przecież Polaków, byli Mazurzy, tutejsi, ludzie dwujęzyczni, którzy mówili lokalną odmianą polszczyzny i nosili przeważnie polsko brzmiące nazwiska, ale jednocześnie byli protestantami, szczerze miłującymi kaisera. Jeszcze w 1899 r. nauczyciel Reith stwierdzał, że „starsi mieszkańcy wsi (…) nie do końca dobrze posługują się językiem niemieckim.”, a we wsi działał ludowy poeta, tworzący po polsku – Jan Luśtych (któremu poświęcę osobny wpis), ale nie ma to większego znaczenia, skoro zaledwie 20 lat później, podczas plebiscytu na Polskę nie zagłosował nikt. Nauczyciel Gustaw Albat zanotował: „Wynik plebiscytu tutaj, jak i w całym powiecie, był wspaniały. Z 292 oddanych głosów wszyscy opowiedzieli się za Prusami Wschodnimi. W całym powiecie, na 26 000 głosów tylko 2 oddano na Polskę.”

W latach 20. XX wieku z Kroniki znikają akademie, a większość opisu pochłaniają problemy ekonomiczne, najpierw hiperinflacja z 1923 r. „Dolar kosztował 4,2 biliona marek. W listopadzie nadeszła w końcu długo oczekiwana Rentenmark. Wprowadzenie jej pokazało z przerażającą dokładnością, jak wszyscy stali się biedni.”, a potem mozolne próby poprawy infrastruktury szkolnej i mieszkaniowej nauczyciela.

Akademia wraca w 1929 r. i wygląda to na spóźnioną próbę narzucenia narracji przez trzeszczącą w posadach Republikę Weimarską. W programie były: wiersz „An die Freiheit”, pieśń „Freiheit, die ich meine”, przemowa nauczyciela „Hoch auf die Republik” oraz referaty dzieci a) Friedrich Ebert, b) Hindenburg. „Szkoła wywiesiła flagę Rzeszy”.

W roku 1930 odbywają się w szkole wybory do Reichstagu. Najwięcej, bo 53 głosy uzyskuje SPD, po 36 głosów Niemiecka Narodowa Partia Ludowa i Partia Rolnicza, 6 głosów komuniści i 6 głosów Hitler. Jest to debiut tego indywiduum w Kronice i zwiastun narodowosocjalistycznego szaleństwa.

W 1933 wszystko było już jasne: NSDAP – uzyskało 139 głosów – (4.9.1930 – 6 głosów!) - dopisek nauczyciela. Następnie: „Od nowego rządu spodziewamy się poprawy stosunków.” i dalej „13 marca w godzinach wieczornych zjawiło się SA i uroczyście wywiesiło flagę ze swastyką. Stara flaga Rzeszy „czarno-czerwono-złota” została spalona przez SA”

Zaraz po tym symbolicznym wydarzeniu, nowym i jak się później okazało ostatnim nauczycielem został Willy Hoffmann. Ten 31 latek w momencie objęcia placówki wydaje się być szczerym nazistą, który jednak był nie pozbawionym talentów wychowawczych nauczycielem. Wracają akademie! 20 kwietnia – urodziny kanclerza – w programie słuchowisko „Horst Wessel”. W szkole pojawił się radioodbiornik! O wyborach nie będę pisał, bo już wszyscy głosują jedynie słuszne. Hoffmann organizuje pierwsze wycieczki szkolne. Walczy o zniżki, o fundusze szkolne, ma ambicje, aby maksymalnie dużo dzieci uczestniczyło w szkolnych wyprawach.

Zdaje mi się także, że był nazistą pierwszej fali, który szybko przeżył pewne (bardzo ograniczone) rozczarowanie, nie tyle Hitlerem (na to Willy nigdy by sobie nie pozwolił!), ale kierunkiem rozwoju narodowego-socjalizmu. W 1934 r. nauczyciel Hoffmann notuje entuzjastycznie: „Pełni ufności weszliśmy w nowy rok.”, a następnie pozwala sobie na zawoalowaną krytykę „Cały naród zabiera się do dzieła, by budować swoje państwo w duchu narodowosocjalistycznym. Ciężka to praca, gdyż idealistów jest mało, a ci, co są, nie wszędzie zajmują wiodące pozycje. Ofiarność roku 1933 zdaje się robić miejsce pewnej obojętności.”

Nie ma jednak czasu na takie dylematy. „Idealista” Hoffmann musiał ciągle organizować i doglądać rozmaitych zbiórek. „Pomoc zimowa” to tylko jedna z wielu zbiórek organizowanych przez nauczyciela na zlecenie państwa. Ponadto szkoła, jako jedyny budynek posiadający większą salę, stała się miejscem zebrań propagandowych, co jednak irytowało Hoffmanna. Tak, żalił się Kronice: „Ławki poprzestawiane. Ściany, które dopiero parę tygodni temu pomalowane, znów są odrapane. Dookoła leżą pudełka po papierosach, owoce, papiery, skórki po pomarańczach.”

W 1937 r. odbyła się najdalsza i chyba najpiękniejsza wycieczka w historii szkoły – 3 dni do Królewca i Pilawy. Kronika przytacza bardzo szczegółowy program i trzeba uczciwie przyznać, że robi wrażenie mnogością atrakcji oraz organizacją. „Nasza wycieczka przebiegła w najpiękniejszej harmonii i bez żadnego incydentu. Głęboko w nas, wspólnie przeżyliśmy piękny kawałek Prus Wschodnich.”

„Od 3 czerwca (1938) również nasza wieś ma niemiecką nazwę Schwalgenort!” w ten sposób zdanie z Kroniki ujęło ostatni akcent całkowitej germanizacji i „glajchszaltowania”. Hitlera nakazał zmianę wszystkich nazw, które brzmiały niewystarczająco niemiecko. Słowiańskie Sawadden zostało wymazane z map III Rzeszy.

Wybuch wojny powoduje pewne perturbacje w prowadzeniu Kroniki. Nauczyciel zostaje powołany do Wermachtu, a nauczanie przejmuje tymczasowo jego żona. Kronika notuje, że „kampania pochłonęła pierwszą ofiarę przy ujściu Narwi w pobliżu Serocka. Ojciec ucznia, Horst Rogalla, zginął śmiercią bohaterską.”.

Hoffman zostaje zwolniony z wojska w 1941 roku i wraca do pracy w szkole. Wcześniej spada na wieś klęska ciężkiej zimy 1939/1940. Znaczna cześć Kroniki dotyczy zjawisk przyrodniczych i ich wpływu na zbiory, celowo pomijam ten istotny wątek, chcąc zainteresować czytelników sprawami bardziej uniwersalnymi. Ale w opisie tamtej zimy jest coś metaforycznego: „Sarny niemal wyginęły. Zajęcy nie było widać prawie wcale. W ogrodach owocowych powstały niewyobrażalne szkody. (…) Ta zima przyniosła im śmierć (to o drzewkach owocowych- MO). Minie wiele dziesięcioleci nim ponownie będziemy mogli cieszyć się ze zbiorów owocowych.” Natrętny symbolizm.

Ponadto początek wojny przebiega Schwalgenorcie spokojnie. „Licznie przydzieleni francuscy więźniowie pokazali się ogólnie jako chętni, pilni i niezawodni pracownicy.” Synowie chłopscy walczą na wszystkich frontach: Lustig (którego dziadek był 40 lat wcześniej poetą Luśtychem) w norweskich fiordach, Fritz Michalowski, pilot, otrzymał Krzyż Żelazny II klasy i pierwszej też i przesyła pozdrowienia z Tobruku itd…

Wieś jest miejscem kwaterunku oddziałów przygotowujących się do operacji Barbarossa. Po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni pojawił się w tych okolicach czołg. Zbiórki nasiliły się jeszcze bardziej. Zbierano: pieniądze, makulaturę, szmaty, skarpety, zioła, dosłownie wszystko i ciągle. Znany nam doskonale, od zupełnie innej strony gauleiter Erich Koch zarządził w 1942 roku jedzenie surówek we wszystkich wschodniopruskich szkołach. „Początkowo dziwnie dzieciom było gryźć obraną marchewkę. Ale potem stwierdzały coraz częściej, że marchewka i brukiew (którą przecież jedzą tylko krowy) smakuje naprawdę dobrze.” Ten dbający o uczniów gauleiter szczęśliwie zgnije w przyszłości w więzieniu w Barczewie.

W 1944 roku Willy Hoffmann ponownie został powołany do wojska. 22 października nastąpiła ewakuacja wsi. Rodziny bez zaprzęgów zostały przeniesione do Saksonii, a te z wozami udały się do powiatu mrągowskiego. Żona i córki Hoffmana zabrały „Kronikę” ze sobą. Sam nauczyciel został uznany za zaginionego. W ostatnim liście z 5 marca 1945 r. pisał:

Kochana Gustel, kochana Matko i moje kochane, dobre dzieci!

(…) W rękach Boga jest, jak dopełni się mój los. O czym to się nie myśli? O zranieniu, bezradny w błocie i deszczu, o śmierci i o niewoli, o wywiezieniu w nieskończoną dal, gdzie niknie każdy ślad i gaśniesz. (…) Przeminie również ten straszny czas, który wygląda, jakby piekło rozwarło swoje wrota i nasłało na nas wszystkie złe demony. (…) Musimy zacząć od samego początku. Wszystko będzie nowe.”

Nigdy więcej wojny! To ja, nie Hoffmann.

Na zdjęciu była szkoła w Zawadach Oleckich wczoraj.

powrót do: Kronika szkoły w Zawadach Oleckich

Komentarze

Skomentuj:
OOEWX
 
 
caly_tekst_pana_michala.txt · ostatnio zmienione: 2018/04/08 16:56 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika