19 listopada 2017

Co ma wisieć nie utonie

czyli pewne sprawy muszą dojrzeć. U nas niektóre wiszą i dojrzewają od 18 lat. Okna na strych w stodole kupiłam chyba 10 lat temu i stały w rogu, w bałaganie. Ale się doczekały.

do tej pory nie było jak ich wstawić, bo nie można było się dostać do dachu od wewnątrz;)

I z tej okazji stodoła dostała oczu:

zdjęcie w deszczu, jak zwykle ostatnio, ale coś widać

Jednym z największych wisielców był bajzel na strychu stodoły. Robert wchodząc tam zawsze mówił, że wrzuci granat i w ten sposób rozwiąże problem. Nie wspomnę o strychu nad Tulipanem. Tu granat by nie pomógł, raczej pracowite krasnoludki. Są znaczne postępy ale do pełnego szczęścia brakuje. Albo kuchnia kaflowa. Zawaliła się trzy… cztery lata temu? Umarł zdun i koniec. Dobrze, że wciąż można było na niej gotować i grzała samą płytą, mimo zawalonego kanału. To, że drewna żarła bez liku, szczegół. No i miała niesprawny piekarnik! Ale objawił się w okolicy zdun umiejący stawiać trzony kuchenne (to prawdziwa sztuka, piec to przy tym łatwizna) i w dodatku przyszedł jak się umówił!
Z rozkoszą wyciągnęliśmy spod stołu w pracowni kafle w żółte tulipany, które leżały tam kilka ładnych lat, przesuwane w te i nazad przy okazji różnych porządków. Szkliwiłam je… prawie 9 lat temu (nie pamiętałam, ale zajrzałam do katalogu zdjęć).

Najpierw kuchni ubywało…

widać jeszcze stary piekarnik

tu już troszkę widać nowy

…ubywało do pewnego momentu, bo nie była rozebrana do dna, tylko góra i tam, gdzie piekarnik, który w ogóle nie działał, bo ten kto kuchnię kiedyś stawiał, zrobił go źle, w ogóle prawie wszystko zrobił źle:( (bez wzmacniających drutów i ze zwykłymi cegłami zamiast szamotu, nic więc dziwnego, że zawaliły kanał)

Potem kuchni przybywało:

więcej zdjęć z tego bałaganu w albumie Znaleźliśmy zduna!

a teraz jest tak:

na razie z grubsza przetarta i przepalana po trochu codziennie

Trzon kuchenny gotowy, jutro będzie można rozpalić na dobre. Wisi jeszcze remont zlewu, któremu poodpadały wewnątrz kafle i w ogóle był to pierwszy betonowy zlew Roberta, więc… Podczas mojej nieobecności Robert wykończył podłogę w kuchni, tę wyszorowaną do żywego – doczyścił, wypełnił szpary i pomalował olejowoskiem, bo olej do podłóg na wsi się nie sprawdza. Zbyt słaby. Ale skoro podłoga…

pod szmatami i dywanami w czasie remontu kuchni;)

…taka piękna i prawie nowa, pora za jednym bałaganem odnowić pomieszczenie kuchenne. A jak kuchnię to i resztę;) W całym domu szpary na łączeniach sufitu i ścian, przez które wpadają plewy z mysimi gówienkami, bo 18 lat temu zrobiliśmy remont dołu, zanim zaadaptowana była góra (na górze trzymano ziarno), ciężka gliniana polepa została usunięta, sufity poszły do góry i powstały szpary. I te szpary wciąż nad nami wiszą a gówienka z plewami spadają. Tak więc nie wystarczy zwykłe odmalowanie mieszkania, co tłumaczy dlaczego wykazujemy w sprawie malowania bierny opór;) To jednak musi powisieć, mam nadzieję nie następne 18 lat;) Trzeba skończyć najpierw, co zaczęte!
I jeszcze à propos wiszenia – dostaliśmy od zduna w prezencie starego koguta na komin, żeby dym wyciągał. Podobno walał się u niego 10 lat. Obiecaliśmy, że u nas najwyżej rok się powala:)

porządki na gumnie jak zwykł mawiać Bażant

A ile skarbów odkrytych czy znalezionych podczas tych porządków! Najważniejsze – znalazła się piłka, którą Gustaw dostał na urodziny podczas obozu w Olympique Marsylia. Byliśmy pewni, że zginęła na jakimś okolicznym boisku. Tymczasem musiała skryć się w stercie desek pod płachtą za garażem i podczas sprzątania wyturlała się w krzaki. A ile drewna do zacnych wyrobów ujrzało światło dzienne! Ile mebelków fajnych się odsłoniło!

I do warsztatu tkackiego wreszcie dostęp! Gdy się ociepli na zewnątrz (teraz na strychu ziąb), nareszcie będzie można poprosić panią, która na krosnach się zna i może je uruchomi! No i skarby zwożone przez lata ze strychu w Warszawie. Robert jeden zdobyczny regał z lat 60. (za 1 zł na Allegro), jeszcze z czasów urządzania Inżynierskiej, gdzie się nie zmieścił, wypełnił naczyniami ozdobnymi mojej i nie mojej produkcji z czasów warszawskich, łapaczami kurzu i innymi pierdółkami. O niektórych, przyznam, zapomniałam;)

Robert ujrzał opustoszały strych i zapragnął mieć stół do pingponga. Co zapragnął, ziścił na Allegro, a Wy zgadywaliście na FB:)

co oni niosą???

pingpong w wykonaniu Misio-Ptysiów

Goście też już zacierają rączki, tyle że zimną porą będą grać w czapkach uszatkach i rękawiczkach:)

i okno od strony podwórza, najbrudniejsze w całym gospodarstwie, zostało umyte!

Ale wciąż coś wisi. Parę rzeczy ponapoczynanych, przerwanych z powodu deszczu lub zbyt szybkiej ciemnicy. I kamienie z betoniarką pod bramą, i membrana pod daszkiem garażu nieobrobiona, i łazienka nad Tulipanem, i bałagan w górkowej wiacie… Podobno Robert i jego pomocnik trzymają rękę na pulsie. Tylko, jak znam życie, zadołowane marcinki będą się dołować do wiosny, o ile przeżyją, bo zadołowane płytko. I cała ta reszta rzeczy zapomnianych, o których nie pamiętam;)

nie wspomnę też, że pewne wisielce, zanim je wykończono, już się zapełniają elementem niepożądanym! (pokrywa bagażnika kangura, który robi cały czas za ciężarowy podczas przewożenia bałaganów spod Tulipana na Górkę, gdzie przybierają postać porządku)

i o moim biurku, gdzie Strzała musi popracować, zanim się zmieści

Pomijając moje biurko, notabene wczoraj sprzątnięte (ciekawe na jak długo, chre, chre), jak widzicie to nie są zwykłe porządki… To są gigantyczne przedsięwzięcia! Zaczęły się zanim wyjechałam, wróciłam – są nadal.
No właśnie. Moja nieobecność.

zdjęcia tuż sprzed mojego wyjazdu, Piechul z wyczyszczoną paszczęką i na antybiotyku

Pewnie się zastanawiacie, jak im poszło. Oczywiście psy były w depresji, Pieso dał Robertowi do wiwatu, bo Roberta całymi dniami nie było w domu i mimo otwartych drzwi na podwórze, by psy się mogły przemieszczać, i wyziębiania domu, Pieso budził się i nie zdążał dotrzeć ani z sikaniem ani z kupą na dwór.
Tak więc po powrocie głównie prałam dywaniki (i walczyłam z zaległymi niusami).

Przez to, że Pieso nie chodził na spacery i za dużo spał zostawiony w spokoju, osłabł, chwiał się przy chodzeniu i nawet nie był w stanie zrobić kupy bez wywracania się i wpadania w nią tykiem. Trzeba więc było tyłek prać. Za to Czarli, jak było do przewidzenia, do domu w ogóle nie wchodził. Jeszcze na początku podobno wpadał rano, 5 minut poleżał na swoim posłaniu, i wypadał. Im bliżej wieczora, tym bardziej na panusia ujadał. Robert karmił go na ganku a pies głównie spał w wiacie na łóżku mimo aury. Im dłużej trwała moja nieobecność, tym bardziej Czarli krzyczał na Roberta, przestał już w ogóle wchodzić do domu, na podwórku czasem podchodził po żółty serek, który kocha, ale równie często spierniczał do ogrodu. Wyskakiwał za płot, robił krótkie wycieczki, parę razy się wytarzał ale zawsze zaraz wracał. Na ten czas miał założony lokalizator (ostatnio już w nim nie chodzi,

zamiast niego lokalizator na spacerach ma Pieso, który coraz częściej się gubi).

Moja nadzieja, że Czarli rad nie rad, skoro mnie tak długo nie ma, przekona się do Roberta i przestanie robić cyrki, padła:(
Gdy weszłam na podwórko po powrocie, też leżał na łóżku wiacie. Gdy się odezwałam, usłyszałam cichy skowyt. Myślałam, że będzie skakał z radości, a on ostrożnie, nie dowierzając, podszedł popiskując, położył się na plechach w moich nogach i wiercił z rozkoszy. Potem z domu wyleciała Lodzia i jazgot i obskakiwanie było wielkie. Na koniec zorientował się Pieso i dostał dużych oczu.

Koty przyjęły mój powrót ze stoickim spokojem;) Ptysio, jako „mój” kot, wyglądał na ucieszonego.

Pierwszy spacer odbył się tuż po święcie narodowym, więc powiewa flaga.

W święto akurat wracałam z Warszawy żakbusem. To święto jak co roku budzi moje różne refleksie. Musiałam wyjść godzinę wcześniej na pekaes, żeby nie utknąć z powodu zamkniętej drogi na przystanek. Bo, jak to powiedział Borys, faszyści świętowali wolność i niepodległość. Zawsze w takich chwilach podpieram się myślą, że świat ma też drugą stronę!

Oprócz Chumbawamby najlepszym komentarzem jest rysunek reżysera Patryka Wegi:)

Ponieważ wróciłam po nocy, rano na spacerze odkryłam, że:

vis a vis bramy zaorana łąka po raz pierwszy za naszej kadencji - mam nadzieję, że będzie łąką znowu

pewne budowle, które lepiej, aby zostały w ukryciu, wyłoniły się :(

odkryliśmy też, że ktoś ma zdrowie, by o tej porze…;)

a tak poza tym bez zmian…

kupa Jehowy jak stała tak stoi :(

więcej zdjęć z pierwszego spaceru po powrocie Podobno od Maroka wolicie pieski i kotki;)

wciąż zielono, bo nie było mrozu, jako że ciągle pada…

nawet niektóre kwiatki udają, że zima nie idzie!

ale idzie!

więcej zdjęć po powrocie w albumach No dobrze, wracamy do rzeczywistości:) i Dziś nie padało po raz pierwszy od...

Powrót z Maroka był bolesny. Na początku taka wygrzana byłam, wciąż mi było ciepło, ale kursowanie niedoubranej po podwórzu z praniem skończyło się przeziębieniem:( Powoli zapominam, że jest w listopadzie taki świat, gdzie nie pada wciąż lodowata mżawka, za to jest ciepły ocean! Nie do wiary, nie?;) To był tygodniowy sen! Ale może za rok łatwiej mi będzie iść na wagary.

Wasze reakcje na FB:

Komentarze

Monika, North Carolina, 2017/11/21 12:46
Wszystko wszystkim, ale tego stolu ping-pongowego to wam zazdroszcze!
No i gratuluje przekopywania sie przez zalegle balagany. Jak ja mam cos wreszcie uporzadkowac i poukladac to zawsze jeszcze wiecej namotam i nabalaganie.
MACIEK, 2017/11/24 17:56
Robert, przegapiles okazje jak gospodyni nie bylo, mogles zrobic niusa z komarkiem, maluchem i Bxem, a tu znowu te kwiatki i kocury. Rysunek z pingwinami bardzo fajny, tak teraz bede nazywal ruskich troli.
Skomentuj:
IMHYT
 
 
co_ma_wisiec_nie_utonie.txt · ostatnio zmienione: 2017/11/26 18:56 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika