28 sierpnia 2011

Co za długo, to niezdrowo

Bynajmniej nie chodzi o pobyt Gucia, choć nie powiem, było miło, gdy nastała dziś błoga cisza po wyjeździe dzieci;) Ale jak już dawno ustaliliśmy, ambiwalentne uczucia wobec jakichkolwiek gości, to normalka. Owszem po ostatnich 10 dniach, gdy musiałam się ponad miarę udzielać towarzysko (mięliśmy serię odwiedzin) i w dodatku wróciłam do pracy gadanej, marzę o chwili świętego spokoju. Ale Gucia bym jeszcze długo wytrzymała! Natomiast nie wiem, czy wytrzymałaby z Guciem Madzia, a właściwie z Guciem i Tymonem w Zawadach. Ale o tym potem. Nie chodzi także o lato, które dało na koniec dwa nareszcie ciepłe wieczory i dwie ciepłe noce – nawet do nas dotarł upał ze Środkowej Europy, bo lata mam wyjątkowy niedosyt. Woda trochę się znowu ogrzała, ale to już ostatnie pływackie podrygi.

Historyjek Gucia też nigdy dość, bardzo jesteśmy od nich zdrowi!:) Bo Gutek opowiada niezłe historie. Raz jadąc z nami o zmierzchu z domku na górce zaczął opowiadać, że na łące teraz są na pewno dziki i sarenki i zajączki. Że jedzą sobie trawkę. Na co dziadek niefrasobliwie poprawił, że zajączki to raczej wpierdzielają krzaczki. Na co Gutek: Tak babciu i dziadku, zajączki są upierdliwe.

Na pewno niezdrowo dla Roberta, który za długo i za dużo pracuje, aż w końcu przypłacił to łokciem-gigantem. Wrócił któregoś razu z Olecka, od rehabilitanta w dodatku, który ratował mu prawy łokieć, z łokciem lewym trzy razy większym. I to nie jest historia z cyklu „taaaka ryba”, bo sama się przeraziłam i wszyscy obecni tym, że łokieć może spuchnąć do takich rozmiarów. Robert lekko stuknął łokciem w klamkę wewnątrz tico, w którym, jak się łatwo domyśleć, stuka się ciągle, bo gabarytami nie bardzo do siebie pasują. Kilka dni wcześniej uderzył się mocniej, chyba na budowie, ale bez przesady. Opuchlizna mu już schodziła. Tymczasem łokieć, gdy Robert wysiadł pod domem z samochodu, okazał się monstrualny. A że zaczął boleć, chciał nie chciał, licząc na to, że nasze doświadczenia z pogotowiem ratunkowym w najbliższych szpitalach będą tym razem bardziej udane - po tym, jak mnie jeden (i ten sam) chirurg przepisał antybiotyki na wylewający się płyn z przeciętej torebki stawowej w palcu, jak u Roberta odesłanego z braku urządzeń okulistycznych do Ełku nie stwierdzono ciała obcego w oku, choć bolało jak piorun, a nazajutrz rano pani okulistka wyjęła metalowy opiłek, nie wspominając o naszym niemal daremnym (niemal zawdzięczamy oczywiście mojej kłótliwości:)) domaganiu się zastrzyku na tężec po tym, gdy nas Lodzia pogryzła - zawiozłam go do oleckiego szpitala. Trafiliśmy na tego samego chirurga rzeźnika, co mi załatwił na dwa lata palec w prawej dłoni, pana, który nie chciał w ogóle gadać z Robertem, tylko kazał mu się nazajutrz udać do poradni chirurgicznej i czekać 1,5 miesiąca na operację kaletki, bo jak stwierdził, to jakiś stary uraz, który teraz z byle powodu skończył się wylewem krwi do stawu łokciowego i on mu na to nic nie poradzi. I nawet żadnego środka przeciwbólowego mu nie zapisał, ani nie zalecił okładów. Dopiero gdy wsadziłam swoją pyskatą gębę do gabinetu przez szparę w drzwiach, łaskawie zrobił punkcję, czyli spuścił kilka strzykawek krwi z łokcia, ale zanim zajechaliśmy do Zawad, łokieć był z powrotem taki sam. Na drugi dzień na szczęście dobrzy ludzie pracujący w szpitalu zapisali zaocznie Roberta do przychodni, dzięki czemu nie musiał jechać rano do Olecka i czekać aż przyjdzie kolej na jego 31 numerek:( Tym razem nie trafił na rzeźnika i może obejdzie się bez operacji, ale jak się łatwo domyśleć, Robert bez lewej ręki jest inwalidą na budowie i to najgorszy moment na takie numery. Opuchlizna już nieco zelżała po okładach, a najpierw zeszła na dół, więc ręka opuchnięta równomiernie nie wygląda już tak koszmarnie. Ale dalej nie jest dobrze. Cóż, zużył się chłop nieco, a oszczędzać go jeszcze nie da rady i zastąpić nowszym modelem bez szans.

Takie życie - łokieć jeden oklejony, drugi spuchnięty, ale trzeba zrobić ramy dla klienta, w czym Gutek mentalnie dziadka wspiera

Właściwie powinien to być nius na podsumowanie sezonu, ale gdy Gucio w Zawadach, wszystko inne schodzi na plan dalszy, podsumowanie i zaległe różne wiadomości muszą poczekać. Całkiem jednak nie odbiegnę od tematu. Bo co za długo, to niezdrowo dotyczy obserwacji dzieci i ich rodziców przyjeżdżających do pensjonatu… No niestety. W tym wypadku mój zawód główny ogromnie mi zawadza. Jeśli chodzi o dorosłych czyniących różne rzeczy innym dorosłym, to wychodzę z założenia, że skoro to ludzie dorośli i takie życie sobie organizują, to nikomu nic do tego. Jeden dorosły nie będzie traktował źle drugiego, jeśli ten mu na to nie pozwoli. I skoro latami tak się bawią ze sobą, wolnoć Tomku… Gorzej z dziećmi. Gdy słyszę przy rezerwowaniu pokoju, jak ktoś mówi, że dziecko będzie spało z nimi w jednym łóżku, bo w domu też tak śpi i na pewno nie zechce spać samo, chciał nie chciał włącza mi psychoanalityczne światełko. Pół biedy, gdy to dziecko ma do dwóch lat, ale powyżej… nie mówiąc o dziecku siedmioletnim, a i takie się zdarzały.
Nie, nie będzie o kompleksie Edypa i wpływie na życie człowieka faktu, że jako dziecko żył w złudzeniu, że rodzice nie uprawiają seksu, że ma ich pod kontrolą dzięki temu, że rozdziela parę rodzicielską śpiąc między nimi, a mama czy tata jest tylko jego. Nie będzie też o tym, dlaczego rodzice się na to godzą, pozwolę sobie jedynie wspomnieć, że na ogół co najmniej jednemu z nich jest na rękę, że nie ma seksu. Jak ktoś dociekliwy, znajdzie w internecie np. jakieś moje na ten temat artykuły:)
Ale w tym momencie napiszę dużymi literami to, co mam ochotę takim rodzicom powiedzieć: CO ZA DŁUGO, TO NIEZDROWO.
Dzieci do pewnego wieku powinny dostawać wszystko, czego zachcą, tyle, ile rodzice są im w stanie dać. Ale przychodzi taki moment, gdy dzieci muszą zaznać, że nie mogą mieć wszystkiego, nie są najważniejsze na świecie, że rodzice dla siebie są równie ważni, jak dziecko dla nich, a więc są chwile, są pokoje i łóżka, w których dziecko musi opuścić rodziców i zostawić ich samych ze sobą, bo inaczej wyrasta z niego bardzo nieszczęśliwy dorosły. I możemy ustalić na użytek tego niusa, że dziecko jest gotowe przyzwyczajać się do faktu, że nie jest pępkiem świata, od 8 miesiąca życia. Do tego czasu lepiej, żeby tak sądziło, co oczywiście nie oznacza, że trzeba z nim spać i się nie wysypiać, czy z zaciśniętymi zębami zaspokajać jego wszystkie potrzeby kosztem siebie - chodzi o to, by poziom frustracji nie był zbyt duży, by był do ogarnięcia przez kruchą psychikę dziecka, bo tylko wtedy niemowlę może się dobrze rozwijać. A później proszę Państwa jest na odwrót…
I czemu ja o tym? Ano skojarzyło mi się, bo gościliśmy ostatnio dwóch dwulatków. A nie wiem czy wiecie, wiek dwóch lat to jeden z najbardziej neuralgicznych momentów w życiu człowieka. Wiele od tego skoku rozwojowego zależy, tak jak od tego, jak poradzili sobie z nim rodzice. A że rodzice w większości nie tolerują, gdy ich dzieci upierają się przy swoim i robią na odwrót, są przerażeni, że są pełne agresji, że nagle wstępuje w nie diabeł, chętnie przedłużyliby okres miłego dziecięctwa, gdy dzidziuś w symbiozie z mamą piją sobie z dzióbków. Oczywiście rodzice robią to kompletnie nieświadomie, bo świadomie na pewno by się im nie udało. Prawo rozwoju człowieka jest jakie jest i na ogół dwulatek nie daje się zatrzymać w stanie słodkiej dzidzi. I całe szczęście.

No więc dwulatek…
Grzecznie sobie rysuje,

a za chwilę…

włazi w niego diabeł, ale nie uprzedzajmy faktów, bo o tym, co teraz Gucio chciał zrobić, będzie potem (wspomnę tylko że chodzi o Tymona).

Maluje sobie palcem farbami,

a następnie…

rzuca się z miłości na Lodzię i ją miażdży.

Je pyszne placuszki od cioci Gosi,

by nagle pobiec…

coś narozrabiać.

Kosi swoją ukochaną kosiarką trawę,

by za chwilę…

rzucić się w ozdobne trawy babci i powygniatać, czego Belfegor nie zdążył.

Itd, itp…

Choć oddajmy mu sprawiedliwość, bo miewa lepsze chwile i na przykład potrafi się skupić na tyle, by wykonać kilka prac ceramicznych,

np. taką

Dwulatek zaczyna budować swoje JA, nie może więc być w symbiozie z mamą, czyli JEDNYM, mamo-nim, jak to było wcześniej. Sęk w tym, że dwulatek niestety ma jeszcze dość prymitywny umysł i dojrzałe mechanizmy radzenia sobie z rozpierającą go energią i agresją są dla niego niedostępne. Dwulatek nie rozumie swoich uczuć i boi się, gdy rodzice, zwłaszcza mama, są przerażeni tym, co się z nim dzieje, bo skoro nawet oni tego nie pojmują i nie ogarniają, no to kto?? Dwulatek widzi świat czarno-biało, nie zna ambiwalencji, nie rozumie więc, że można jednocześnie kogoś kochać i chcieć go stłuc, więc przeskakuje z jednego stanu ducha w drugi, a co na myśli, to w czynach. Wreszcie dwulatek nie zna pojęcia poczucia winy, bo to przychodzi za rok, gdy właśnie wejdzie w edypalną fazę rozwoju. Dwulatek, gdy mama się gniewa, boi się, że straci jej miłość, ale nie czuje wstydu ani winy. Jednocześnie czuje przeogromne parcie na to, by się oddzielić wreszcie od mamy, co zwłaszcza u chłopców jest trudne, bo zaczynają działać siły przeciwne – miłosne. Musi więc ze zdwojoną siłą (w porównaniu do dziewczynki) walczyć o separację, autonomię i indywidualność, no i o męskość. Chce być sobą, stanowić o sobie, a jak wiadomo, gdyby mu całkiem pozwolić, skończyłoby się katastrofą. Stąd dwulatek głównie wyje, bo nie może znieść, że dorośli mu tak wiele odmawiają, a już się zdążył nauczyć, że wycie jest skutecznym narzędziem osiągania celu (no bo kto jest w stanie znieść wycie dwulatka?:)) No i jak w takich warunkach tworzyć tożsamość i odrębność? Jak uczyć się granic? Do tego jak znieść, gdy w pył się rozpada złudzenie, że jest się jedynym na świecie i najważniejszym.

Taki dwulatek widzi koło siebie inne dziecko, z którym musi się dzielić zabawkami, choć chciałby mieć wszystkie dla siebie, musi pogodzić się z faktem, że coś jest nie jego, tylko tego drugiego, niedostępne, np. cudza koparka.

Chciałby być w centrum uwagi, tymczasem jakieś inne dzieci domagają się tego samego, a przecież pępek świata może być tylko jeden. Jak to zrobić, gdy na orbicie pojawia się inny dwulatek? Jedyne co można, to go odepchnąć, przetrącić i w ten sposób pozbyć się rywala o palmę pierwszeństwa, o wszystkie zabawki oraz całą uwagę dorosłych. A gdy się nie da, przynajmniej jakoś sobie potem ulżyć i pobić słabszego. A że nie ma dorosłych mechanizmów powstrzymywania agresji ani poczucia winy i świadomości krzywdy, faktycznie może czasem kogoś uszkodzić. Do tego dochodzi rozwijający się w tym wieku sadyzm i nie trzymanie emocji. Także tych, wydawałoby się, przyjemnych - niczym kot, który z nadmiaru pobudzenia, gdy długo głaskany, robi łapami rowerek, dwulatek nadmiar miłości także objawia boleśnie.

miłość okazywana Wilkusiowi groziła zmiażdżeniem, więc Wilkuś się ewakuował

Gucio przeniósł więc uczucia na Lodzię:)

No i najważniejsze – jak pokazać swoje JA, jeśli nie poprzez siłę. Pamiętacie, jak Lodzia rok temu ustalała swoją pozycję w stadzie, czyli po ludzku „określała się”? Dwulatek jest jak zwierzątko – zna też tylko taki sposób – złościć się, upierać i określać się wobec słabszych bijąc ich i szturchając, a silniejszym schodzić z drogi…

np. Belfegorowi

Choć nie do końca. Gutek np. z lubością zajmuje kanapę Belfegora, co jak wiadomo u psów jest oznaką dominacji. Skoro w bezpośrednim starciu boi się Duły (czasem jeszcze tak o nim wspomni), to przynajmniej go podsiądzie w czasie jego nieobecności:)

tu cała sesja zdjęciowa na kanapie Belfegora

A im ma większy temperament, im więcej wrodzonej agresji, tym z większą mocą będzie określał, kim jest, gdzie się kończy i zaczyna.
No to po tym przydługim wstępie wyobraźcie sobie, że przez ostatni tydzień w naszym domu mieszkało dwóch dwulatków!:)
Problem w tym, że byli w innej fazie rozwoju. Gucio, który jak wiadomo skończył dwa lata w lipcu a bunt dwulatka rozpoczął w długi weekend majowy w Zawadach:), i starszy od niego o 3 miesiące Tymon, który w bunt dwulatka jeszcze nie wszedł. Nie wszedł, bo na razie nie może. Jest jeszcze karmiony piersią, więc nie może się wyodrębniać i stawać oddzielnym, złoszczącym się jawnie na mamę, bo jest to sprzeczne z jego interesem bycia nadal karmionym. Coś za coś. Tymon jest bardziej zależny od mamy, niż Gutek, nie odstępuje jej na krok i to normalne, gdy musi pilnować cyca:) ale efekt tego był taki, że Tymon na Gucia działał czasem jak płachta na byka;) Gucio go szturchał, klepał, popychał a Tymon płakał, czym budził w Madzi jej ulubione uczucie:) - poczucie winy.

Głównie czas jej upłynął na obserwowaniu Gucia, w jakiej jest fazie uczuciowej i zatrzymywaniu go, gdy z diabelskim błyskiem w oczach zbliżał się do Tymona:)

Madzia wykorzystywała cały repertuar:) Wstydziła się za swoje dziecko, powtarzała, że potwora wyhodowała na swym łonie i prawiła Guciowi kazania, z których rzecz jasna nic rozumiał, zwłaszcza gdy słyszał, że jest winny. Oj trudno być matką dwulatka! Nie wiadomo co robić. Więc Madzia gniewała się i dawała kary, przez co Gucio oczywiście płakał. Skutek był taki jak z tym psem, co gdy nasikał na dywan, to mu właściciel mordę wsadzał w siuśki, po czym wyrzucał psa przez okno, aż w końcu pies, gdy nasikał, wycierał sobie mordę w obsikany dywan i sam wyskakiwał przez okno. Bo dwulatek uczy się głównie jak pies Pawłowa: bodziec - reakcja. Gdy Gutek płakał, a powód był nieznany, należało się domyślać, że właśnie szturchnął Tymona, który pobiegł z wyciem do mamy. Gutek bynajmniej nie płakał z żalu, lecz dlatego, że wytworzył odruch warunkowy:) Albo chodził i powtarzał „To nie moja wina” a na pytanie, „co Guciu nie jest Twoja winą?” odpowiadał „Tymon”. No i miał rację chłopak:) Madzia dodatkowo miała jeszcze jeden powód do czucia się winną. Jeszcze w Warszawie zaraziła Gucia katarem, który jak to u Gucia przeszedł w zapalenie oskrzeli, ale mimo to przyjechali, bo jak wiadomo w Zawadach lepsze kurowanie.

No ale Gucio zaraził mnie i Tymona. Obaj więc chodzili z gilami do pasa i tak to nam upłynął ostatni tydzień z dwulatkami…

Za to na koniec pobytu stało się to, co dawno stać się powinno:) - ostatniego dnia Tymon wreszcie pokazał swoje szpony i szturchnął Gucia. Ale był Gucio zdziwiony! I co usłyszał? „Sam go nauczyłeś!”:)

Komentarze

Egretta, 2011/08/29 08:50
Hehehehe dobre, to mieliście wesoło :) Zawsze z podziwem patrzę na rodziców dwulatków, zwłaszcza jeśli dostrzegam u nich niewyczerpane pokłady cierpliwości i wprost nie mogę uwierzyć, że sama przez to przeszłam dwukrotnie i wciąż żyję :)
Aurela, 2011/08/29 17:57
Życzymy wam przede wszystkim zdrowia!!!:)))ostrożnie z tą pracą:)) Pozdrowienia dla Madzi i malucha;)
Magda, 2011/08/30 19:45
Dziękujemy za pozdrowienia. Zawadzkie powietrze plus nacieranie Gucia czosnkiem wg. receptury cioci Gosi dało rezultaty - po powrocie lekarka nie wysłuchała ani jednej zmiany w oskrzelach. ta ta tam!
Anna, 2011/08/31 08:58
Witam, Jestem zażenowana tym wpisem. "Psychoanaliza" osoby, która była pod Pani dachem, opatrzona zdjęciami i podaniem imienia? Szkoda, że jeszcze Pani nazwiska i telefonu nie podała!? Niesmaczne, nieetyczne - i to niby czyni psycholog? Uwag pod kątem "synowej" lepiej nie komentować - żałosne. Druga kwestia - Tymon i Gutek różnią się TEMPERAMENTAMI. Tak więc przypisywanie pewnych cech długiemu karmieniu piersią, czy też spaniu z mamą to totalne nieporozumienie. Ale jak ktoś ma swoją teorię, to sobie zawsze dopasuje. :-/ Mam syna, który był karmiony przez ponad 2 lata. I jakoś nigdy nie "pilnował cyca", zawsze był bardzo samodzielny, mało tego, jest od zawsze jeszcze bardziej niezależny i zaradny niż Gutek (tak, znamy się i to dobrze). Jest przy tym dużo bardziej ekspansywny, ale - o dziwo - nieagresywny, tak, to możliwe połączenie! Dodam jeszcze, że nie wiem, skąd Pani wyssała teorię, że dziecko, które jest długo karmione piersią, nie wchodzi w "bunt dwulatka". Więcej już nie będę pisać, bo szkoda mi czasu. Ale proszę się zastanowić nad sobą jako psychologiem - w teorii i w praktyce. :-( Pozdrawiam.
ania, 2011/08/31 10:12
Nie widzę tu żadnej psychoanalizy nikogo, ani złego słowa wobec żadnej ze znanych mi osób, w przeciwieństwie do Pani wypowiedzi, w której atakuje Pani mnie, moją relację z synową oraz mojego wnuka (insynuując, że coś z nim nie tak, skoro nie potrafi być ekspansywny i nieagresywny). To ciekawe, że zareagowała Pani w ten sposób i co Pani odczytała jako negatywne? Dziką psychoanalizę tępię, TU jedynie podaję fakty rozwojowe udokumentowane klinicznie, czyli m.in. psychoanalizą, a ta jak wiadomo od zawsze, a w pewnych kręgach szczególnie, budzi agresję. Oczywiście że każdy widzi tę stronę słonia, którą ma najbardziej pod ręką, i tak weganie agresję przypiszą nadmiarowi białka, a psychoanalityk wrodzonym predyspozycjom (z całą pewnością Gutek ma moje geny:)), ogólnie temperamentowi oraz warunkom środowiskowym, czyli np. wychowaniu. Nie napisałam słowa, że bycie zależnym od mamy i karmionym piersią w wieku 2-3 lata jest czymś złym czy nieprawidłowym. Dzieci wchodzą w bunt dwulatka jedne wcześniej drugie później, tak jak w dojrzewanie (i tu też z powodu predyspozycji wrodzonych i/lub lęków rozwojowych) - to normalne, dzieje się przeróżnie i jak wiadomo dopiero w pewnym wieku brak oznak dojrzałości budzi obawy co do przystosowania człowieka do życia. Moją intencją było pomóc matkom, które w tym okresie życia swojego dziecka są zagubione - i tym, których dzieci mają duży poziom agresji, i tym, które porównują swoje dzieci do tych bardziej "do przodu" i są umęczone zależnością swojego dziecka od siebie. Wiem, że takie matki czytają nius, stąd przykład Madzi i Gosi wydał mi się dobry, by wyjaśnić pewne rzeczy i tym samym uspokoić niektóre z mam. A Pani ma z pewnością najlepsze, najmądrzejsze, najlepiej rozwinięte i najlepiej wychowane dziecko na świecie;) - gratuluję!

PS. Co do dzieci, które śpią z rodzicami, gdy wchodzą w wiek edypalny, pozwolę sobie upierać się, że jest to bardzo szkodliwe, ale tych dzieci z imienia nie wymieniłam!
zośka, 2011/08/31 11:07
A ja myślę, że jeżeli osoby występujące w tym "fotoreportażu" zgodziły się na to, żeby w nim wystąpić, a na pewno zostały o to zapytane - to nie widzę w tym nic złego :) Normalny opis tego co się działo, z glutami do pasa i opowiadaniem o dziecięcych przepychankach :) A ja tak zupełnie nie w temacie - znalazłam w internecie potrzebującego domu psa rasy Belfegor (gdzieś tu taki temat był, ale nie chce mi się szukać) , może komuś odwiedzającemu tę stronę wpadnie w oko i w serce ;-) http://www.psianiol.org.pl/adopcje?species=d&status=1&page=5&id=2140
ania, 2011/08/31 11:59
dzięki Zośka za Belfegora, zamieszczony: http://ceramika.zawady-oleckie.com/wiki/psy_rasy_belfegor
ania, 2011/08/31 12:13
A propos pozwolenia na zamieszczenie zdjęcia, pytam o nie obce osoby. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że gdy robię zdjęcia, to do niusa:) i jeśli sobie nie życzą, to mi mówią albo proszą, bym zdjęła ze strony. To się zdarza:) ale sporadycznie. Co do słowa pisanego, cóż... Staram się nikogo nie obrażać, ale czasem, jak wiadomo nadeptuję komuś na odcisk lub trafiam w czuły punkt i wtedy gotowa jestem dokonać cenzury. Ale też bez przesady! To moje NIUSY I STARUSY, a więc moje przemyślenia i mój punkt widzenia, dlatego to czytacie przecież;) Udało mi się zakończyć bunt dwulatka;), daję więc sobie prawo do autonomii, odrębności, swojego zdania i z ciekawością poznaję odmienne zdanie innych, choć nie powiem, czasem bardzo mnie dziwi:)
Monika, North Carolina, 2011/08/31 14:09
Gdy bylismy z moim Tata w Tebach, dyskutowalismy komplex Edypa. Wieczorem po obiedzie, Ojciec tak dalece zachwycal sie przyroda okolicy, ze wyznal: "Marzylbym mieszkac w takim miejscu i moc podawac taki adres do korespondencji! Niechby nawet ludzie rozne rzeczy o naszej rodzinie gadali..." Do dzis zasmiewam sie na wspomnienie tamtych greckich chwil...
Tess, 2011/08/31 23:26
Bogu dziękuję, że nie jestem matka dwulatka:-))) Ale z dwulatkami płci niewątpliwie żeńskiej też może być niezła jazda, co mimo upływu lat 16-tu nadal dokładnie pamiętam! ( Własnie dlatego jestem matka jedynaczki - więcej moja psyche by nie zdzierżyła:-))) Ale z wnukami ponoć jest inaczej ( moja Mama tak twierdzi:-))) Pozdrowienia serdeczne ze szczególnym uwzględnieniem Madzi i Gucia:-)))
Skomentuj:
TLLYX
 
 
co_za_dlugo_to_niezdrowo.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika