1 września 2013

Depresja opuszczeniowa

No i pojechali. Wszyscy naraz. Goście z obu domów i domownicy. Jako ostatni Gucio z rodzicami i Krecikiem. Dziś rano pierwszy raz od dwóch i pół miesiąca (z małą dwutygodniową przerwą w lipcu) nie obudził mnie tupot gucinych nóżek i sceniczny szept do ucha: teletuna plusa! Teletoon plus, dla niezorientowanych, to kanał na nc+ nadający non stop kreskówki i filmy dla starszych dzieciaków. Bo mini mini już nudzi Gucia! Po dołączeniu telewizji n do cyfry plus okazało się, że nasz stary abonament już nie istnieje a nowy był nie do przyjęcia, ale myliłby się ten, kto myśli, że tak łatwo można się wywikłać z tego związku! Bylebyśmy tylko ich nie opuścili, dostaliśmy w cenie starego nowy wypasiony abonament ze wszystkim co możliwe, w tym ze wszystkimi canalami i teletoonem plusem, o którym do tej pory nie słyszałam, Gucio zresztą do wakacji u dziadków też nie. Ale codzienny rytuał oglądania po obudzeniu kreskówek „Psia paczka”, „The Littlest Pet Shop”, nieśmiertelnych Smerfów i oczywiście najlepszego Baranka Shauna skończył się.

taka sobie paczuszka:) i inne pomysły Gucia długo nie będą naszym udziałem…

Krecik nie chodzi za mną krok w krok, Lodzia nie chodzi krok w krok za Madzią, tylko leży w ich pokoju pogrążona w depresji. Bo z Madzią były dłuższe spacery, a to wystarczający powód, by się zakochać. Z tej samej miłości na ostatnim spacerze Lodzia znowu pogryzła Belfegora. Magda widząc panią na rowerze przytrzymała Krecika i Belfegora, największych wrogów rowerzystów. Belfegor zawarczał na panią, niestety dla niego warczał będąc zbyt blisko lodzinej ukochanej i mu się oberwało. Oczywiście jak zwykle po nogach, a Lodzia po powrocie wciąż miała krew na rękach. Wróciła w charakterze wierzgającego zająca, trzymana w powietrzu za tylne nogi, dzięki czemu Belefegorek miał mniej zmasakrowane pęciny niż ostatnio. Ale i tak Robert musiał sobotnim wieczorem udać się do Olecka do doktora po ketonal i antybiotyk. Belfegorciu wczoraj trząsł się cały i nie ruszał z posłania, a ja obawiałam się o życie Lodzi, bo Robert miał mordercze instynkty. Na widok poszkodowanego staruszka, wszyscy nienawidziliśmy Lodzi, Madzia też. Dziś na szczęście jest dużo lepiej. Nawet byliśmy na spacerze wszyscy razem, znaczy w starym składzie, bez Krecika. Lodzia w kagańcu zmodyfikowanym przez Roberta, by dziur jej w pysku nie robił. Póki nie będzie mrozu i sztywnienia mokrego filcu, może modyfikacja zadziała.

Tak więc dziś nie słychać dziamgania Krecika, krzyków pensjonacikowej dzieciarni, zanim wrześniowi goście po południu zjechali - cisza, spokój. Pogoda się zmarnowała wczoraj, za to po nocnym deszczu cieplejsza woda, bo ostatnio chyba jakiś skandynawski wyż był u nas, bo niebo rozgwieżdżone nocami, temperatury prawie zimowe a rano lodowate jezioro. To oczywiście nie powstrzymało naszych gości, ani Gucia, ani Madzi, nie mówiąc o mnie, bo ja, wiadomo, zamierzam do 20 września co najmniej;) Wczoraj na pożegnanie jeziora Gustaw wskakiwał do wody na Jana i to kilka jak nie kilkanaście razy. Jakby kto nie wiedział co znaczy na Jana, to z rozbiegu rzuca się do jeziora - zaczerpnięte od naszych gości ze Śląska. Potem powrót wpław w rękawkach na brzeg. Fajne miał wakacje Gustaw, też bym takie chciała:) I ani razu nawet pół gila, ciekawe na ile mu starczy, czy przedszkole szybko go zmoże i znowu będzie wieczny gil do pasa. Oczywiście na pożegnanie (po zarżnięciu w marcu opelka wyjechali moim kangurem) nie obyło się bez rozpaczy. I o ile przed wakacjami wspominali, że wyjadą na dłużej do Francji, ostatnia wersja jest, że do Kowal:) Najbardziej urzekły ich zajęcia sportowe pana Marka i okoliczna dzieciarnia. Gdzie tam jej do warszawskiej! No tak, ale co by robili tu zimą??

A ja tam już marzę o zimie;) O świętym spokoju, zawianych drogach i obrastaniu brudem! Mam tak od wczoraj, gdy sprzątanie po gościach w dwóch domkach gościnnych zajęło nam 9 godzin. Masakra. Dziś od rana za to piorę, dla odmiany, bo prałam też wczoraj w przelotach, tylko ostatnia porcja suszyła się na deszczu, bo ja na górce, Robert pojechał walczyć z wiatrakami, dzieciaki już wyjechały i nie było komu zdjąć prania ze sznura Belfegora. Jak zaczęło lać o 18.50 tak przestało o 6 rano. Ale zanim wstałam na dobre, było już podsuszone. Dziś miałam zrobić kafle na zamówienie, ale zanim ze wszystkim się uporałam, była 19.40, więc zgasiłam światło w pracowni, które zapaliłam godzinę wcześniej już się tam wybierając i postanowiłam paść. Znalazłam na FB, jak się nazywa ta przypadłość, która mnie najbardziej wykańcza: Syndrom Starczego Braku Skupienia Uwagi czyli w skrócie SSBSU. Przykład z dnia dzisiejszego: Idę wyjąć pranie z pralki. Stwierdzam, że najpierw trzeba sprawdzić, co wyschło, bo przecież nie ma gdzie powiesić. Po drodze potykam się o kupę Piesa, więc idę po narzędzia do zebrania, wyrzucając kupę za płot sprawdzam co z cukiniami, bo jakoś ostatnio nie owocują. Stwierdzam, że nie mają światła, więc przestawiam donice. Po przestawieniu drugiej zauważam porzucone przez Gucia grabki, zanoszę je do garażu, ale nie donoszę, bo Robert złorzeczy na dzikie wino, które mu wrasta przy garażu w drewno, prosi mnie o sekator. Z sekatorem, grabkami i uciętym dzikim winem udaję się za stodołę, by zakopać ucięte pędy, bo co się mają marnować, niech się wiją po słupku i zakryją sterty doniczek, potem muszę umyć ręce, bo przecież brudnymi prania nie będę z pralki wyjmować, a w łazience…. Oszczędzę Wam ciągu dalszego. Jakimś cudem udało mi się do przyjazdu gości oporządzić wszystkie pokoje do końca, uzupełnić ręczniki i zlikwidować niedoróbki, i tylko zostały mi trzy porcje prania już naszego osobistego, bo sprzątanie naszego domu po zbyt dużej ilości ludzi w nim mieszkających to odrębny rozdział… Może zdążę przed moim wyjazdem do W-wy, który zbliża się milowymi krokami:(, choć wątpię, bo kafle na zamówienie, bo praca zawodowa, bo za tydzień od nowa sprzątanie po gościach i przed gośćmi… Ale, ale, nie ma nic za nic, sezon udany i wrześniowych gości całkiem dużo, więc dlatego marzę o zimie, aby już żadne konflikty wewnętrzne między chęcią, by kwitł interes a niechęcią do koniecznej by kwitł roboty, mnie nie nękały.

Doniosę jeszcze na koniec, że Tess wygrała zegarek, bo zgłosiła nas do konkursu po terminal payleven , w którym nie ma żadnych miesięcznych opłat, tylko prowizja od sprzedaży, którą poprosimy od gości, którzy będą woleli zapłacić 2,70 od 100 zł niż jechać do Olecka do bankomatu:)

Ostatni goście na górce mieli uczulenie na koty, tzn. każda połówka z dwóch par rodzicielskich, a Piotr miał tak wielkie, że poprosił nas o namiot:)

ale namiot okazał się niepotrzebny, wystarczyła świadomość, że jest gdzie uciec, a druga pani prawie się odczuliła:)

Nasze okienko kocie do piwnicy całkiem zgniło, więc Robert otworzył wytwórnię kocich okienek (przyszła pora na zamknięcie również dziury do stodoły na górce, gdzie koty zostały wyniesione z miskami, gdy w Domku nastały psy i koty bały się jeść w domu).

Lodzia znowu poczuła smak dłuższych spacerów więc po moim krótkim ucieka na spacer indywidualny. Ostatnio panuś ją po łąkach ganiał tikusiem, bo jakby kto nie wiedział, tikuś to auto terenowe:

a tu film ze zwożenia zguby do domu:

Tak proszę Państwa, znowu wrzesień, pora do szkoły!:)

Komentarze

Aurela, 2013/09/02 06:31
to dopiero jesienny spleen i aż nie mogę uwierzyć że czekasz na zimę!!! Tico na pagórach- nieziemski widok, Lodzia ma charakter!!:)) buziaki dla Was
Ewa U., 2013/09/02 16:57
Ten starczy syndrom mam od dawna, konkretnie od czasu przeprowadzki na wieś. Tłumaczę sobie i - co ważniejsze - wierzę w to, że to nie żaden syndrom, tylko nadmiar prac do wykonania, dosłownie na każdym kroku. Ale nachodzi się człowiek, fakt.
Z Lodzi kawał zołzy jednak. Mój nowy domownik nie może dogadać się z kotką, ale to raczej ona nie chce. Drugi tydzień mieszka na szafie. Jak Wam to się udało?
Ja tam za zimą nie tęsknię, chociaż roboty wtedy mniej. Dzisiaj wichura tzw. łeb urywa, a deszczu ani śladu od miesięcy. Przed jesiennym spleenem bronię się produkując nalewki.
ania, 2013/09/02 19:56
U nas lało dziś calutki dzień, dopiero teraz przestało, więc wreszcie wyszłam z psami a nawet poszłam pływać, a co! nie poddam się już na początku września!

Co do psów, które przychodzą do kotów, to Model, gdy przyszedł Krecik, chyba z dwa miesiące na szafie mieszkał. Aż w końcu zszedł i został przyjacielem Krecika. A nasze koty, gdy przyszedł Belfegor, a były wtedy trzy, siedziały w oknie stodoły kilka dni i obserwowały, czy warto schodzić. A że czuły się gospodarzami, zeszły i to Belfi musiał się dostosować. Gorzej jest w drugą stronę, wtedy rozwiązanie klatki, jak u nas, jest najlepszym rozwiązaniem. Piszą też o trzymaniu zapoznających się zwierzaków w sąsiadujących pomieszczeniach i karmieniu w tym samym czasie po obu stronach drzwi. A w domach tymczasowych nowo przybyli śpią najpierw w transporterach, skąd mogą wyjść, ale spać wracają do klatki by czuć się bezpiecznie. Nasze psy przez to, że wciąż jakiś nowy pies pojawia się w pensjonacie (albo kot, jak ostatnio) już po prostu olewają, bo co innego mogą zrobić?;) To kwestia przyzwyczajenia. Z następnym przybyszem będzie łatwiej:)
Ewa U., 2013/09/02 23:20
Trochę mnie pocieszyłaś. Kotka na szafie czuje się bezpieczna, ma tam swoje łóżeczko i w ogóle jest to jej ulubione miejsce od zawsze. Karmię jednocześnie, za zamkniętymi drzwiami z przezorności, bo nowy strasznie żarłoczny i połyka wszystko zanim zdążę wsypać do miski. Kotka schodzi wtedy na niższą szafkę, tam ma zastawę. Z pierwszym psem poszło bezboleśnie, chociaż 100 razy większy od nowego. Raz dostał w paszczę sierpowym, trochę dłużej niż codziennie siadywała na wysokościach i na tym koniec. Teraz kotka nawet nie próbuje, od razu ucieka. Od czasu do czasu zamykam drzwi do pokoju, żeby dać jej szansę na spokojne siku! A nowy wcale nie jest agresywny, raczej zaciekawiony. Nic nie rozumiem. Może ma złe doświadczenia z małymi psami? W sumie to możliwe, bo na wsi luzem latają przeważnie małe właśnie. Dwa miesiące powiadasz? Ja wytrzymam, ale okropnie żal mi kotki...
ania, 2013/09/02 23:32
Nasz Model nie miał żadnego doświadczenia z małymi psami, bo urodził się w naszym domu i miał do czynienia tylko z dużym Suczusiem. Może mały pies jest bardziej jak drugi, konkurencyjny kot, a duży pies jak człowiek?
Ewa U., 2013/09/03 19:43
Kotka jest przybłędą ze śmietnika, tutejszą, wioskową. Obawiam się, że napatrzyła się (i nie tylko) na pieski wszelkiej maści. Ona raczej się boi, z konkurencją próbowałaby chyba konkurować, jak sama nazwa wskazuje. Dzisiaj jakby malusieńki przełom. Została na niższej szafce i stamtąd warczała. Uciekła dopiero jak nie patrzył. Wczoraj wiała natychmiast strącając wszystko, co na drodze.
ania, 2013/09/03 21:35
Oj, konkurenta bardziej należy się bać, niż kogokolwiek! Nie wiadomo jaką metodę obierze by wyeliminować przeciwnika...;)
Ewa U., 2013/09/04 15:37
Dzisiaj jest o niebo lepiej, chociaż do względnej harmonii jeszcze daleko. Kotka ośmieliła się zejść na podłogę, a nowy udał, że jej nie widzi! A widział na pewno! On ma ADHD i ciągle jest w ruchu, więc kotka w końcu nie wytrzymała presji i zwiała na swoją szafę. Jestem dobrej (lepszej) myśli, bo on nie wykazuje żadnej agresji w stosunku do kotki, ani do nikogo zresztą. Otrzymał wdzięczne i wyszukane imię Wałek, został zaszczepiony i oficjalnie wciągnięty na listę obecności. Wg weta ma ok. roku. Wg mnie też.
ania, 2013/09/04 19:51
dogadają się, nie mają wyjścia:)
Skomentuj:
EJSGF
 
 
depresja_opuszczeniowa.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/07 20:50 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika