18 listopada 2010

Depresja poporodowa

Dopadła mnie, Roberta chyba też, ale on radzi sobie ucieczką w pracę, robi nowe deski, bo święta za pasem a galeria świeci pustkami. Radzi sobie też z depresyjną aurą i przedwczesną ciemnością. Wpadł na pomysł wykorzystania nieco podartego pawilonu z różnych jarmarków po tym, jak wczoraj zapomniał posprzątać plenerowego warsztatu pracy za garażem i zmókł mu cały zapas papieru ściernego.

A ja poddaję się depresji, bo wiem, że ucieczka od niej to zabieg nieopłacalny – dorwie w postaci choróbska lub jeszcze gorszej. Mieszkanie na Inżynierskiej wynajęte, umowa podpisana, więc coś, czym żyliśmy ostatnio, rozpłynęło się w życiu i trzeba startować od nowa. Myślałby kto, że skoro coś szczęśliwie dobiegło końca i osiągnęliśmy sukces, to ogarnie nas jedna wielka szczęśliwość. Nic z tych rzeczy! Depresja jest nierozerwalnie związana ze stratą (szeroko rozumianą) - czyli tam gdzie depresja, tam była strata. Przeżycie straty dotyczy także tego, co się udało osiągnąć. Gdy się osiągnie upragniony cel i minie stan twórczej euforii oraz pełnego niepokoju oczekiwania, czeka nas nieuchronna depresja poporodowa. Bo po szczęśliwym zapłodnieniu, donoszeniu i po bólach porodowych następuje rozstanie z naszym dziełem. Nawet jeśli to nie jest mieszkanie do wynajęcia, ceramiczna misa na zamówienie czy książka, która trafia do wydawnictwa, nawet jeśli z ukończonym dziełem ma się potem kontakt na co dzień, to i tak jest jak z dzieckiem – urodzone staje się odrębnym bytem i nie należy już tylko do nas (patrz: nasz pensjonacik). Akt rozstania to inaczej akt separacji, oddzielania się i jest nieodzownym elementem tworzenia. Dlatego z depresją poporodową należy się pogodzić i już ( i oczywiście nie mówimy tu o klinicznej postaci, która ciągnie się miesiącami a matkę ściąga w brak kontaktu z dzieckiem, lecz raczej o baby blue). Nie wiem jak tam Madzia i Borys, może u nich dopiero się zacznie, bo jeszcze do wczoraj żyli podpisywaniem umowy (Borys już marzy o kolejnym zakupie mieszkania:)), ale ja ewidentnie mam zniżkę nastroju po ekscytującym i nerwowym finiszu. A listopadowa burość tylko ją pogłębia.

Tak jak świat musi zapaść w burość, zanim znowu rozkwitnie, tak po ukończonym dziele trzeba się wycofać w siebie i nabrać sił (a także uzupełnić zasoby finansowe:)), zanim przystąpi się do kolejnego, twórczego zadania. A mamy ich nieco w perspektywie, oj mamy.., więc ja tymczasem wolę o tym nie myśleć i zapadam się dalej:)

bure jezioro

pogłębiające depresję gnijące, niewywiezione siano z pól sąsiada i gałęzie ściętych brzóz

bura dolina rzeki

bura rzeka

oślizgły mostek z próchniejącymi deseczkami (i jak zwykle przepychająca się przed Piesa Lodzia)

bobry bałaganiarze

dołujące resztki po marcinkach

burość poplątana, czyli nasze krzaki

powrót z burego spaceru do burego domu

i jedyny dołek, który szybko znika za sprawą kretów - górka Belfegora lada moment odzyska swój kształt

W Święto Niepodległości zawitała do nas Doris i wyrwała z depresji psy. Bo Doris oznacza upragnione DŁUGIE SPACERY. Szczególnie Lodzia jest wniebowzięta. Jak wiadomo najlepsza na depresję jest miłość, więc Lodzia, gdy przyjeżdża Dorota, nie je, nie śpi (chyba że śpi Dorota, to wtedy Lodzia z nią w łóżku) tylko wodzi za nią zakochanym wzrokiem, efekt tego jest taki, że mam wolne od wstawania na lodziową kupę o 3 rano. W ogóle stwierdziliśmy ostatnio, że nam przybyło zwierząt. Nie żeby tak liczebnie, tylko jakoś tak się skupiają, gromadzą wokół nas, są bardziej przysiadalne i robią większy tłok. A pamiętacie dyspensę dla Piesa w sprawie leżenia na skraju łóżka? Oto efekt:

tylko Belfegora brakuje na łóżku, w tym tempie nastąpi to niebawem…

W ramach przedzimowych porządków Robert sprząta łódkę. Wanna wody, a raczej burej zupy w niej była. Druga łódka nie nasza, mam nadzieję że właściciel zdąży przed mrozami.

Jest też coś na pocieszenie:

sądząc po prognozach pogody, to już chyba na pewno ostatni zbiór!

Barek pod Żurkiem dla wybrańców, czyli japońskie klimaty w Prusach Wschodnich za sprawą sąsiadki Agnieszki, która sprowadziła się na zimę do Zawad

A na koniec o tym, jak to trzeba uważać zakładając kalosze

kalosz pod gniazdem wypełniony jest do połowy ziarnem kukurydzy - ot, taka spiżarka, na wypadek gdyby zabrakło w supermarkecie obok

czyli koniec historii o zanęcaniu myszy na ganek - ku uciesze tabunów okolicznych gryzoni Robert postawił koło półki z butami na ganku worek pełen zanęty na karasie. Myszy uznały że to raj i w naszych butach urządziły sobie mysie miasto.

Komentarze

Ola z Katowic, 2010/11/19 14:02
Ja mam depresję od zawsze. jakoś da się żyć... pozdrawiam
Aurela, 2010/11/21 14:13
Baby blue w zawadzkim otoczeniu bez porównania lepsze od tego miejskiego:((( Pozdrawiam słonecznie - mimo wszystko:)
OLQA, 2010/11/22 14:16
Rzeczywiście pogoda nie zachęca do optymizmu, ale np. w niezebranym sianie i gałęziach może przezimować jakieś pożyteczne stworzonko, jezioro nawet bure jest piękne a gumowce tez sprawdzam przed włożeniem-przez cały rok a obecnie , gdy jedziemy na naszą wieś dodatkowo bardzo ostrożnie podnoszę poduszki i odkrywam kołdry, bo choć myszy się nie boję, ale każdorazowo ich szurnięcie spod pościeli wywołuje we mnie atak serca:)
Monika, North Carolina, 2010/11/24 19:23
Eee tam, depresja... Nawet w zimno-burych szatach Wasze miejsce na ziemi wydaje sie bardzo kolorowe! U nas tez powoli puka zima do okien. Koty coraz czesciej juz wola spac w domu, niz na ganku. Grzyby mozemy jeszcze zbierac, ale wlaciwie znajdujemy same surojadki pod mokrymi liscmi. No i koniki polne (albo jakies-tam skoczki - grasshoppers) coraz czesciej lubia wbiegac nam do chalupy, bo w murach zawsze to jest cieplej o tej porze roku.
Skomentuj:
ZCXVP
 
 
depresja_poporodowa.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika