22 maja 2013

Dieta cud

czekamy na gości bożocielnych, ale, ale, wciąż wolny apartament pod tulipanem, więc może ktoś miałby ochotę!?

Właśnie piję herbatę i zagryzam czekoladą wyszperaną jak zwykle w okazjach cenowych w supermarkecie na skrzyżowaniu oleckim. I ogłaszam, że poza politykami, jak psom nie wierzę dietetykom. Stosunek ilości teorii żywieniowych, jakie przewinęły się przez moje życie do ilości tych, które zostały obalone, jest wystarczający, by nie wierzyć ani w ząb (np. te na temat oleju, co to najpierw trzeba było tylko na nim smażyć, a potem już lepiej nie, albo o aminokwasach egzo- i endogennych, co podobno jest bzdurą). Ale przede wszystkim przeczy im mój własny organizm. Kiedy wzrasta moja aktywność fizyczna niezbędna ponoć przy odchudzaniu - mój apetyt wzrasta dwa razy bardziej niż ilość spalanych kalorii, gdy ograniczam jedzenie – wciąż o nim myślę, więc jak tu nie jeść, gdy jem duże śniadania – mogę już tylko położyć się i resztę dnia spędzić na jęczeniu, jaka jestem ociężała i na nic już nie mam siły, czuję się jako tako z rana tylko, gdy przegryzę do herbaty kawałek wafelka (podług dietetyków zgroza – zaczynać od cukru dzień), a gdy na śniadanie zjem müsli albo jakiś nabiał - do 16.00 boli nie brzuch. Gdy nie jem słodyczy - boli mnie klatka piersiowa, gdy nie jem, na co mam ochotę - bez kija do mnie nie podchodź, gdy jem zgodnie z zaleceniem (ostatnio podważanym) wiele małych posiłków w ciągu dnia zamiast jednego dużego - to jem na okrągło;), woda bez gazu nie gasi mojego pragnienia, gdy nie popiję w trakcie jedzenia - zatkam się na amen i uduszę, a jeść mi się chce najbardziej w porze kolacji, którą mogę spożyć dopiero po pracy, czyli po 20.00 (ale zanim ją zrobię…). Co to za przyjemność jeść w biegu? Mogę w spokoju usiąść i się delektować dopiero po pracy. Jedyne co mnie odchudza to stres, nerwy i zapomnienie o jedzeniu w ferworze zajęć, no i jeszcze płomienna miłość, ale te czasy dawno za nami:) To, czy mam spokój i jest mi dobrze, poznać po mojej dużej figurze:) Jadłam tak całe życie i byłam szczupła a to, że teraz nie jestem, zawdzięczam zapewne hormonom i stabilizacji życiowej, a nie temu, że moja dieta i nawyki żywieniowe urągają zasadom dietetyki. Jak wyjadę do Warszawy, zaraz chudnę – wróciłam, to spodnie ze mnie spadają, ale bez obaw, za chwilę będą znowu dobre:)

i pomyśleć, że w połowie kwietnia odśnieżał nas staliniec…

A czemu ja o tym? Bo ostatnio wpadają mi w oczy nowe dietetyczne ustalenia, kompletnie odwrotne niż dotychczasowe. Jak to człowiek nie powinien jeść regularnie, bo to nie w zgodzie z naturą, że powinien mieć duże przerwy w jedzeniu, bo kiedyś tak było (zanim coś udało się upolować, albo była susza) i na pewno nie jadał dużych śniadań, bo na te musiał zapracować. Nareszcie jakieś teorie, co się nadają dla mnie;)

Więc jak zwykle jeden wniosek – słuchać siebie, swojego ja, swojego organizmu a nie „naukowych” wymysłów. Choć oczywiście niektórzy mają tak zaburzony kontakt ze sobą, że ich JA nic mądrego im nie podpowie:) Albo tak jak ja, mają defekt metaboliczny i na poziomie komórek bardzo długo nie wchłaniają cukru, przez co po posiłku cukier w krwi utrzymuje się tak długo, że nie czują głodu. Ja czuję tylko wtedy, gdy ssie mnie pusty żołądek, albo gdy jestem sfrustrowana, bo dawno nie czułam przyjemności płynącej z jedzenia. Stąd, gdy jestem z dala od lodówki czy miski ze słodyczami, zapominam o nich, a pracując koło domu i w domu i mając męża, który, gdy za długo bagatelizuje sygnały o głodzie, nagle słabnie, trzęsą mu się rączki i ledwo doczołguje się do cukierniczki (tak mają byłe wcześniaki, nie mówiąc o cukrzykach), chciał nie chciał towarzyszę w posiłkach i jem więcej, niż zauważam, że potrzebuję. Ale widzę i słyszę, że każdy ma inaczej – jeden zajada stres, tak jak go przesypia, drugi niczego nie przełknie i nie śpi po nocach. Jeden zjada obfite śniadanie i dopiero może zacząć dzień, drugi do południa niczego nie przełknie. Więc jak jeszcze raz usłyszę, jak się nie powinno jadać, to palnę w ten rudy łeb!;)

nie ten rudy łeb:)

A poza tym nie doniosłam z Warszawy, że tuż przed wyjazdem Lodzia dotkliwie pogryzła Belfegora. Śmiał pokazać jej kły podczas, gdy iskałam go w sprawie kleszczy. Oczywiście pogryzła go w nogi, bo tam sięga najlepiej i jest to punkt neuralgiczny u dużego psa, dzięki któremu można go unieruchomić. No i go unieruchomiła niestety. Leżał biedak półtora dnia bez ruchu, na siku zwlekał się z wielkim trudem. Baliśmy się, jak to się skończy dla takiego staruszka. Dostaje do tej pory antybiotyki, wcześniej razem z przeciwbólowo/przeciwzapalnymi.

Jeszcze trochę kuleje. Z tej okazji Lodzia została zrzucona z łóżka, znaczy nie wolno jej wchodzić na nasze łoże, skąd się lubiła rządzić, aż Belfegor bał się do mnie podchodzić, gdy leżałam. Obrażona śpi teraz w swojej budce obok. Na łóżku rządzą koty i Pieso, który żadnych jak wiadomo dominujących zapędów nigdy nie miał. A ja już myślałam, że w stadzie wszystko wyjaśnione i nic już nam nie grozi! Nic z tego. Pitbullowi miniaturze nadal wystarczy najmniejszy sygnał, by rzucić się do walki na śmierć i życie. Myślicie, że udało mi się je rozdzielić (jak zwykle w takich razach nie było Roberta)? Polewałam wodą (cały pokój zalałam), kułam Lodzię w tyłek, ciągałam za nogę, nic, dopiero jak Belfegor wywlókł ją uczepioną jego nogi na korytarz, bo postanowiłam wyjść z domu w nadziei, że da to sygnał do opamiętania, przytrzasnęłam Lodzię drzwiami wejściowymi rozdzielając ją od Belfegora. Stracha miałam, bo biedak okropnie krwawił, ale na szczęście krew sama się zatamowała.

niewykorzystany talent do psich walk po przedwczorajszym spacerze

Wczoraj za to poszłam z nimi po pracy na krótki spacer, ale to wystarczyło, by kogoś przyuważyły w bajorze tuż przed Zawadami Małymi. Pieso się szybko opamiętał, Belfegor w ogóle odpuścił, a ten pitbull zajadły zniknął na dwie godziny. W końcu pojechałam po niego samochodem upewnić się, czy żyje. Usłyszałam jazgot zaaferowanej Lodzi, rzucanie się w wodzie, czyli to samo, gdy ją zostawiałam, ale zero reakcji na moje wołanie. Więc postanowiłam wrócić po kalosze i strój odpowiedni do wejścia w pokrzywy. Gdy zawracałam samochodem usłyszałam piszczenie. Jednak się wystraszyła, że odjeżdżam. Zmoczyła mnie całą siedząc mi na kolanach, trzęsła się jak galareta (nic dziwnego – dwie godziny w wodzie!) a po oględzinach w domu okazało się, że ma rozpruty nieco brzuch i przekrojoną łapę. Był już wieczór, więc do weterynarza nie bardzo było jak jechać. Dzisiejsze oględziny pokazały że chyba się wyliże sama, ale spaceru dziś nie było.

A poza tym u nas…

drewno z tej strony uprzątnięte, teraz przerabiane to z drugiej strony stodoły

Jest pięknie! szkoda, że bzy kwitną tak krótko! Tym razem nasze osobiste:

więcej większych w albumie Nasze bzy

Dziki pomost na plaży gminnej, jak to dziki, nie wytrzymał:

a przedwczoraj ktoś go wyciągnął na brzeg i sterczy wielkimi gwoździami do góry czekając na zmiłowanie, aby ktoś z gminy nim się zajął:

Na górce malowania elewacji ciąg dalszy…

taki widok z naszej kuchni (pomalowany drewnochronem także drewniany szczyt stodoły)

Robert najpierw wymył myjką ciśnieniową górne kawałki szczytów domu, które nie były obłupane z tynku, ale porośnięte mchem w załomkach i okropnie dziurawe, a teraz uzupełnia ubytki i zatyka dziury

stodoła pomalowana z dwóch długich stron dwa razy podkładem, z jednego szczytu raz, czeka na ciąg dalszy i przecierki

dom tak samo

a tu wprawki przecierkowe na stodole

No i pięknie wkoło kwitnie świat, krzaki, kwiatki

i chwasty przeogromne!

A ja się zrobiłam okropnie leniwa i pstrykam zdjęcia telefonem zamiast swoim mądrym aparatem! (wszystkie w tym niusie zdjęcia telefoniczne)

Komentarze

Monika, North Carolina, 2013/05/22 21:22
Jaka piekna wiosna u Was! I prawie, prawie juz lato sie robi.
Sliczne sa te Wasze Zawady!
ania, 2013/05/22 21:24
Nawet myślałam, że zacznę pływać w jeziorze po powrocie z W-wy, ale nieco się ochłodziło:(
Ewa U., 2013/05/23 19:27
Co/kogo ta ruda bestia dopadła w bajorze? Krokodyla? Podziwiam Twój stoicki spokój - czy to tylko tutaj tak wygląda? Rany boskie... Dobrze, że koty się nie żrą. W sprawie diet i żywienia podpisuję się pod każdziutkim Twoim słowem. Dobijają mnie te sprzeczne mądrości. Dawno przestałam tego słuchać. Siebie słucham. O słodyczach, niestety, nie zapominam w żadnej sytuacji.
Przecierki na stodole są śliczne.
ania, 2013/05/23 20:28
Niestety nie wiem, kto był w bajorze, pokrzywy były zbyt wielkie i rozległe. Chyba był na krzaku, bo się chwiał. Co do ŻARCIA SIĘ, nic mi nie pozostało, tylko stoicki spokój;) Co do ŻARCIA też;)
Monika, North Carolina, 2013/05/24 07:40
Zapomnialam skomentowac swiezo malowanych budynkow: bardzo jest fajny turkusowy nowy domek, a zolta stodola tez jest w calkiem wiejskim blogim nastroju. Ciekawam tylko jeszcze tych zapowiadanych przecierek.
ania, 2013/05/24 09:44
Domek jest raczej (póki co) szmaragdowy, nie turkusowy:)
Monika, North Carolina, 2013/05/31 05:49
Domek jest szmaragdowy? Jejku... Nie znam sie na takich niuansach...
Skomentuj:
MRYGH
 
 
dieta_cud.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/10 00:12 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika