Nie, nie

15 maja 2011

tylko w środę czyli moją niedzielę był

Dzień ogrodnika

a

Dzień rolnika

był wczoraj,

ale ani w środę, ani wczoraj nie było oczywiście czasu. Dziś pada deszcz i dobrze, bo podlewa nasiona i przesadzone roślinki i dzięki temu mogę napisać niusa, bo wreszcie jakaś siła zmusiła mnie do wyjścia z ogrodu i nie przechodzenia przed podwórze, gdzie w pracowni czekają rozpoczęte misy i kafle. Ale co tam, ja też mogę być specjalistą od zaczynania. Bo ostatnio mianowałam Roberta starszym specjalistą od zaczyniania. I dlatego dziś zawziął się i naprawił traktorek by dokończyć pracę w sadzie, gdzie wczoraj pousuwał karpy ze ściętych śliwek, które przeszkadzały w koszeniu i gaj pokrzyw i podagrycznika szumiał w najlepsze. A że była potrzebna taczka do wywożenia odkrywek archeologicznych, czyli zarośniętych trawą płyt chodnikowych, które niegdyś (oj baaardzo niegdyś) prowadziły do kompostu, ja też musiałam coś dokończyć, czyli wywożenie trocin jeszcze z czasów, gdy Robert piłował wielkie ilości brzozy. Lodu wprawdzie pod trocinami już nie było, ale chyba od niedawna:) Nie będę opowiadać, co to starszy specjalista zaczął i na tym poprzestał, bo to już wstyd się przyznać. Tak tylko, żeby może znowu się zawziął, wspomnę o słynnej już łazience w Olecku:) O wysypisku śmieci na górce powiem tylko tyle, że po usunięciu (już z ledwością z racji ekspansji przyrody) porzuconych do połowy wypełnionych śmieciami toreb i kilku garnków ze szkłem, następne sprzątanie wczesną wiosną roku przyszłego. Do tej pory, wzorem naszych poprzedników, będziemy udawać, że niczego tam nie ma;)

a tu tylko sterta zaczętych desek i szafa, która nie może wrócić na miejsce, bo podłoga „dopiero” zaczęta

i opony zimowe czekające nie powiem już który dzień na nowe miejsce magazynowania i tym razem moja kora czekająca na kontynuacje prac w ogrodzie (Wiadomość z ostatniej chwili - kolejny sukces, opony zaporządkowane!)

Na usprawiedliwienie starszego specjalisty napiszę, że nic się nie zmieniło - nie było tego jeszcze w historii Zawad, żeby Robert robił danego dnia to, co sobie zaplanował. Dziś miał wstawiać kafle w deski, bo do Galerii już wstyd wpuszczać, ale robił to, co miał wczoraj, a nie mógł, bo wczoraj był Dzień Rolnika. Z samego rana niespodziewanie (jechała od tygodnia) przyjechała brona talerzowa przyczepiona do Lamborghini i Robert udał się na miejsce przygotowywania pola pod zasiew,

a pod wieczór, gdy ucichł wiatr, oderwał się od miski zupy by przejść chrzest rolnika.

koty też siały:)

W piątek też miał robić deski, ale przyjechał traktor, żeby zwieźć z górki z dołkiem drewno ścięte przez bobry

a potem to drewno oczywiście piłował i zaraz będzie rąbał. Niech wspomnę, że do środy, odkąd wróciłam z W-wy, była u nas babcia Teresa, która też żadnej pracy się nie boi, ale nie umie się pogodzić z tym, że na pewne sprawy to już siły ani zdrowia nie ma, więc ostatecznie wylądowała przy naprawianiu poprutych i podartych szmat. Ale wcześniej ZACZĘŁA pielić ogród, nie można więc było zmarnować jej pracy i środa została ogłoszona Dniem Ogrodnika.

tu walka czasowo wygrana

tu jeszcze nie rozpoczęta, ale kolejny dzień przy pieleniu zmusił mnie do wezwania posiłków i miejmy nadzieję w poniedziałek przybędzie pewna miła pani z odsieczą.

Zwłaszcza że zachwaszczonych ogrodów ci u nas dostatek:( W domu na górce dziczeją różne zacne rośliny, więc i tam potrzebna natychmiastowa pomoc.

Potem przyjechała do pensjonatu pani z puchatą suczką, więc teraz przed popołudniową pracą umysłową uczę panią lepić i szkliwić. A przy okazji, gdy Pani jest zajęta sobą, uzupełniam braki galeryjne wynikające z mojej winy. Więc właściwie nic nowego w Zawadach, na wyprawę na bobry i inne zwierzątka nie ma czasu, więc pstrykam co się da przy bardzo porannej kupie Lodzi (niestety z okazji wiosny powróciła do starych nawyków)

czyli o świcie

i na spacerach z psami, które okroiłam (spacery rzecz jasna, nie psy) do maksimum i z braku czasu i by nie stwarzać im pokus.

ale właściwie jest tak wszechobecnie obrzydliwie zielono;) że znudziło mi się robić zdjęcia

Pielenie ma dobrą stronę - jest nudnym i mechanicznym zajęciem, więc ma się czas na przemyślenia. Więc tak sobie myślałam, myślałam na różne tematy, a że niedawno pewien/pewna internałta (mam nadzieję, że to taki dowcip zamierzony internałty a nie problemy z ortografią) pod niusem Starość nie radość... napisał(a) „Lecz się kobieto.”, co oczywiście skasowałam, jako że ja tu rządzę:), myślałam nad pewnym paradoksem. Paradoks jest taki, że o ile rozumiem internałtę, chodziło mu/jej o leczenie się na głowę, a podejrzewam, że w promieniu 100 km jestem najdłużej leczonym na głowę osobnikiem (nie liczę oczywiście chronicznych schizofreników), bo z racji zawodu nie było rady, trzeba było się podleczyć:) Leczyłam się na tę głowę 13 lat, więc nawet jakbym była bardzo oporna, coś tam musiało ulec poprawie:) ale zgadzam się - długość nie znaczy jakość:), więc jedynie mogę dodać, że we frakcji psycho-, w której mam certyfikat, nikt by mi go nie dał ani nie pozwolił pracować, gdybym nie była podleczona. Śmiem też podejrzewać, że mogę być bardziej niż internałta ale nie będziemy się mocować:) W każdym razie wyrok „lecz się” załatwia w pewnych kręgach wszystko - najbardziej eliminuje refleksję nad tym, co tak denerwuje w tym, co ktoś głosi. Refleksję ma się z głowy i o to chodzi. A pierwsza podstawowa zasada świadomego człowieka mówi, że jak nas coś tak denerwuje, że aż się nam chce pisać obraźliwy komentarz, znaczy, że ktoś trafia nas w czuły punkt. Druga zasada jest taka, że jeżeli w czyichś słowach widzimy to, czego tam nie ma, znaczy że jest w naszej głowie. Znaczy że KOMUŚ przypisujemy SWOJE. Oczywiście nie twierdzę, że inernałta uważa jak ja, ale sam o tym nie wie:), że rolnicy krzywdzą zwierzęta przez sam fakt ich wykorzystywania, a ci z nas, którzy jedzą jakiekolwiek produkty zwierzęce, przyczyniają się do tego, ani że martwi go/ją niehumanitarne zabijanie - do tego potrzebny jest pewien poziom „wyleczenia” właśnie, czyli przejście do pozycji wobec świata, w której troszczymy się o coś więcej niż nasz tyłek, nasi najbliżsi i ci, z którymi się identyfikujemy. Obawiam się że troska o zwierzęta hodowlane nie gości nawet w podświadomości internałty. Twierdzę natomiast, że potrzeba, by widzieć w moich słowach z tamtego niusa coś obrażającego właścicieli świniaka, wynika z internałty potrzeby obrażania. Co zresztą zademonstrował(a) w komentarzach. Ale na to szkoda czasu. Przy tej okazji chciałam o czymś innym. Myślałam o tym, co ludzie zrobili od czasu udomowienia zwierząt - uzależnili je od siebie i skazali na marny los. I żadni weganie tutaj nie pomogą. To jest problem nierozwiązywalny! Wyobraźcie sobie, że wszyscy na świecie zostają weganami! Wyobraźcie sobie następnie te stada wałęsających się krów, świń zamarzających zimą, rozszarpywanych przez bezdomne psy, atakujących spacerujących ludzi. Konie może by sobie jakoś poradziły, kozy, owce chyba już nie, bo zbyt są niemrawe, by się obronić przed dzikim zwierzem. Nawet gdyby każdy obywatel wziął jedno czy kilka takich zwierząt, trzeba by je sterylizować i kastrować, by nie skończyły w przepełnionych schroniskach, jak bezmyślnie rozmnażane psy i koty. Nawet gdyby każdy miał parę kurek, to inny musiałby mieć same koguty, by nie robiły kolejnych niepotrzebnych kur. Nawet gdyby jadł jajka do czasu, gdyby chciały je znosić, a potem pozwoliłby nioskom na szczęśliwą emeryturę, to co z tymi wypuszczonymi na wolność z ferm? 60% by umarło, to wiadomo, ale całe 40 ginęłoby pod kołami i w paszczach głodnych psów. Człowiek w procesie udomowienia skazał zwierzęta na taki los i całe wieki musiałyby upłynąć, by zawrócić ten piekielny proces. To jednak nie usprawiedliwia bezmyślnego w tym uczestnictwa. Udawania, że tak ma być i już. NIC nie robienia, nawet MYŚLENIA o tym, gdy wkłada się kolejny kęs wyprodukowany przez zwierzę lub z niego.
Jestem optymistką. Mimo wszystko. Gdy widzę, jak internet zmienia świat, mam nadzieję, że może kolejne pokolenie, w tym dzieci internałty, zacznie myśleć, bo internałta nie może, to by za bardzo podważyło jego obraz siebie i świata. Rozumiem.
Oglądałam kiedyś straszny film. Nie tylko straszny bo szmirowaty, ale z powodu treści. Wieścił, że za kilka dziesiątek lat na świecie będą sami idioci. Porozumiewający się odmianą różnych przekleństw, żrący w fastfudzie, nawet nie czytający tylko „Pudelka” (a propos Pudelka - dr House odchodzi z serialu po 8 sezonie!), bo czytać już nie umieją, tylko oglądać obrazki… Ten obraz przyszłości był bardzo przekonujący, biorąc pod uwagę, że im bardziej prymitywni ludzie, tym mają wyższy wskaźnik rozrodu, w przeciwieństwie do ludzi inteligentnych, którzy rozsądnie czekają na potomstwo do czasu, aż stają się bezpłodni;) A ja mimo to jestem optymistką! Jakoś wierzę w ewolucję i ufam, że idzie w stronę coraz większej wrażliwości! Śledząc los ustaw uchwalanych przez panów, którzy pozjadali wszystkie rozumy świata, oczywiście na przestrzeni wieków, postęp idzie właśnie w taką stronę! A póki co RÓBMY SWOJE!
Nasze macki pomagactwa dotarły do Katowic, gdzie nasza tajna agentka Ola na naszą prośbę nie tylko zakupiła worki dla bardzo potrzebujących psów ze schroniska w Zabrzu, ale i zrobiła zrzutkę w pracy na ten zacny cel:

A tymczasem nasze szkodniki, przed którymi zastawiona tu i ówdzie roślinność,

wiosennie szczęśliwe

Belfegorowi z tego szczęścia aż przybyła tajemnicza, z niebieską obwódką łata

Trójca Nieświęta:)

a poza tym jak wszędzie inwazja mleczy czyli mniszków

za to w wiacie przybyły „porządne” kwiatki.

Nasz nowy domek wygląda wiosną jak z bajki!

zwłaszcza zburzona stodoła niczym mury warowne zamku:)

a w koło wije się rzeczka rozlana przez bobry - cudnie!

Ale mnie się czasem marzy zima… bo wtedy jednak więcej czasu!

Komentarze

Ola, 2011/05/16 07:25
to z tej ilości mniszka koniecznie miód z mniszka i syrop z mniszka trzeba zrobić na zimowe wieczory i chrypki
ania, 2011/05/16 09:18
tak, tak, tylko jeszcze jakąś miłą panią do robienia syropków poproszę:)
Ola, 2011/05/16 10:44
To się robi chwilunia :)przepis na syropik http://mamabartka.blogspot.com/2011/05/syrop-z-mniszka.html na miodzik też służę :) samo sie robi :)
Ola z Katowic, 2011/05/16 12:59
Zdjęcie kocia w roślinach czad!!!
konwalia1961, 2011/05/16 14:41
Internałta z pewnością dalej nie rozumie o co właściwie chodzi...Jak dziś się martwiłam o psa na czas mojego pobytu w szpitalu, miła skądinąd pani sprzedawczyni z wiejskiego sklepiku poradziła:To na łacuch go na jakiś czas i spokój!No i jak tu być spokojnym:(
ania, 2011/05/16 23:37
Joanno, mam nadzieję, że nic poważnego zaciąga Cię do szpitala! Zdrówka życzę, psu dobrego przechowania a pani sklepowej... cóż, zdrówka również, tego w główce;)
mufmiwójó, 2011/05/16 16:45
Pani Aniu, też mieszkam na wsi. Od dawna czytam Pani niusy ale nie komentowałem, bo sił i czasu brakuje. Gratuluję i podziwiam wytrwałość z jaką stara się Pani trafiać do troglodytów. Moim zdaniem to raczej próżny trud. Taki 'internałta' sądząc z ortografii i braku zrozumieniem tego co czyta na polskim chodził na wagary i dmuchał żaby albo męczył koty. Jego lektury pewnie zaczynają i kończą się na Fakcie albo Detektywie. A czemu to jego dzieci mają być lepsze? Czy widziały kiedyś, że rodzic pogłaskał psa albo kota? Wątpię. Każą się Pani leczyć. Z czego? Z wrażliwości i dobrego serca? Na to chyba lekarstwa nie ma. Tak jak nie ma lekarstwa na zawiść, głupotę i znieczulicę. Z tego co Pani pisze on nie rozumie NIC, ZERO, NUL Ale ma Pani rację, że trzeba robić swoje. Pozdrawiam serdecznie.
ania, 2011/05/16 23:52
Tak miło, że Pan czyta co piszę, mimo braku czasu. Widać, że ma Pan dużo złych doświadczeń z ludźmi. Ja też, ale mam i dobre, także tutaj na wsi - czasem złamanego grosza bym nie dała za kogoś, a odkarmia szczeniaka smoczkiem, a ostatnio się dowiedziałam, że jedni sąsiedzi wynajmują za niemałe pieniądze, choć bogaci nie są, speca od świniobicia, który fach ma w ręku, czyli zabija jednym uderzeniem, "bo inaczej szkoda zwierzaka", niektórzy nawet do kota zagadają i pogłaszczą, więc trzymam się wciąż tej myśli, że świat ma obie strony, ludzie też, nie tylko złą i do tej dobrej staram się trafić. Myślę że dzieci "internałty" jak to dzieci mogą tę dobrą, wrażliwą mieć jeszcze całkiem nie wybitą paskiem, nie upokorzoną, a nawet w ramach buntu, odróżniania się od rodziców, mogą zostać weganami, znam takie przypadki:) - nie jest to dojrzały wybór, ale jeśli chodzi o czynienie dobra, każda motywacja dobra!:) Pozdrawiam i dziękuje też za dobre słowo.
Ewa, 2011/05/17 11:33
"Moja" wieś z wyglądu i mentalności najwyraźniej nie różni się od innych polskich wsi, chociaż chciałbym któregoś dnia odkryć drugie, lepsze jej oblicze. Nie zanosi się, niestety, jak wieś długa i szeroka. Sąsiad, który trzyma psa (w typie dobermana) w kojcu w wymiarach metr na metr i nie wypuszcza go stamtąd nigdy, ma skrystalizowany pogląd na sprawę "mania" psów w ogóle. Otóż twierdzi on, że należy surowo karać tych, którzy trzymają psy w mieście, w bloku, bo tam pies się męczy. Na wsi to co innego - pies na wsi musi być. Nie wypuszcza go z kojca, bo on "głupi jest, śmierdzi i na wszystkich skoko". Dzieci owego sąsiada panicznie boją się psów i kotów (!), moim nieprofesjonalnym zdaniem to jest już fobia wymagająca terapii. Swojego psa zamkniętego w kojcu w ogóle nie postrzegają jako psa, wrósł w pejzaż jak drzewo. Sześcioletnia córeczka sąsiada zobaczywszy pierwszy raz naszego pieszczoszka powiedziała do swojej mamy, że też chciałaby mieć pieska...Z daleka cmokają do mojego psa, który (za płotem) biega wolno, jest czysty, wyczesany i przez to śliczny (bo jest śliczny, między nami mówiąc!). Ale tylko z daleka, bo tata poucza: "uwożej, jak nie bydziesz grzeczny, to cię ugryzie!" A jak już dziecko nieopatrznie zbliży się do płotu, przez który pies(niesłychanej łagodności) wsadzi ciekawską paszczę, histeryczny wrzask obudziłby umarłego. Wtedy słyszę dla odmiany: "czegu sie boisz? nie drzyj się, łyn ci nic nie zrobi!" Mogłabym mnożyć przykłady w nieskończoność, niestety. A skąd biorą się internałci? Proszę bardzo: sąsiadka usłyszała o programie edukacyjnym pt. "laptop dla każdego dziecka" czy jak to tam szło. W każdym razie wiadomo, o co chodziło. Sąsiadka skwitowała to krótko: "po co im te laptopy, pisać nie umiom, a laptopy im dajom. Teraz to będą w szkole ino grać, zamiast się uczyć!" Zastanawiam się, czy wieś ma inną mentalność, czy tylko bardziej ją widać? Nic tutaj nie dzieje się normalnie. Śmieci, szamba wywożone w niedzielę (bo w niedzielę nie złapią!), zaraz po mszy oczywiście, dzieci do których mówi się "chcesz, k...w ryj, no chcesz?", których nie posyła się do przedszkola "na zmarnowanie" (bo dmuchanie żab marnowaniem nie jest) i to wcale nie dzieje się w patologigcznych rodzinach, a może jednak w patologicznych, bo ja już sama nie wiem, co jest patologią, a co nią nie jest. Próbuję sączyć dydaktyczny smrodek tu i ówdzie, ale zdaje się, że życie i literatura zna takie przypadki i wiadomo, jak to się skończyło...Pozdrawiam nieustających w wysiłku!
ania, 2011/05/17 21:00
Myślę, że z racji zawodu mam już w tej chwili prawo porównywać, bo mam wgląd w przekrój ludzki i z Warszawy, i z małego miasta, i ze wsi. Ludzkie opowieści w gabinetach pokazują ciemną stronę wszystkich społeczności i jest wszędzie równie ciemna;) I oczywiście daleka jestem od stwierdzenia, że ludzie na wsi są jacyś wyjątkowo... Problemem wsi i bardzo małych miasteczek (na szczęście Olecko już nie jest takie małe), jest małe zróżnicowanie wśród ludzi. Nikt nie ma prawa się wyróżniać, myśleć inaczej, bo w tak małych społecznościach musi dbać o to, by go nie wykluczono. Ci, którzy myślą inaczej, albo dawno zwiali do miasta, gdzie na ich myślenie jest miejsce i gdzie zawsze gdzieś się przytulą do podobnych sobie w miejskiej różnorodności, albo, i obserwuję to aż za dobrze - siedzą cicho (np. w Cichym:)), udają, że myślą tak samo, mówią wprost - "niech myślą, że myślę jak oni". A to różnorodność jest warunkiem rozwoju, dojrzewania. Pozwolenie, by inni się różnili, jest dowodem dojrzałości, ale też tym, co popycha do rozwoju. W dużych społecznościach, gdzie nie mamy wyjścia, bo stykamy się z tyloma "przeróżnymi", że nie możemy ich wszystkich odrzucić, kazać się leczyć, musimy w końcu zaakceptować ich sąsiedztwo. Stąd już tylko krok do zaciekawienia, co w tych innych siedzi, czemu ktoś inny TAK myśli, a nie jak my. W ten sposób poznajemy różne punkty widzenia i mamy szanse zrewidować własne. Na wsi to praktycznie niemożliwe. Warunkiem życia na wsi jest myśleć tak samo, więc na wsi zostają albo ci, którzy nie mają odmiennego zdania i wartości, albo udają, przez co nikt z ich inności nie skorzysta. Najważniejszym zmartwieniem ludzi tutaj jest to, co inni pomyślą i co pomyśli ksiądz, bo tu ksiądz ma władzę - np. może wytknąć palcem w kościele, albo co gorsza odmówić pochówku na cmentarzu - nie wiem, czy to prawda, ale tak wielu ludzi tu myśli, nic więc dziwnego, że się z niczym "niestosownym" nie wychyli. I tak, dzięki temu, od wieków króluje na wsi ta sama mentalność, co za króla świeczka, tylko że wówczas była bardziej adekwatna do czasów, a teraz jest nie do zniesienia dla tych, którzy poszli krok dalej. Luksus myślenia po swojemu mają tylko "wariaci" i jakieś baby, co przylazły nie wiadomo po co z miasta i nigdy nie będą "stąd". Ale wariatów i pojedyncze baby łatwo można wrzucić w swojej głowie do szuflady "lecz się" i nie skorzystać z okazji, by zasiały wątpliwości w ich głowach. A jak wiadomo tylko wątpliwości prowadzą do zmiany.
Ewa, 2011/05/17 22:50
Tak, zgadzam się i rozumiem wszystkie społeczno-kulturowe uwarunkowania, tylko nie potrafię się z tym pogodzić. Ciągle mi się wydaje, że nie można być aż tak tępym i bezmyślnym, i ciągle myślę, że to ja czegoś nie rozumiem, że to ja nie jestem przystosowana. Nie wychylać się - to jedno, ale działanie na szkodę swoją przecież (śmieci, szamba, itd.)i innych w taki oczywisty - wydawałoby się - sposób? Przecież to szambo wylane na własne pole zostanie za chwilę zjedzone z własnymi ziemniaczkami! Nie trzeba mieć wielkiej wiedzy na ten temat. Nie przeprowadziłam się na wieś z sielankowym obrazem w głowie, bynajmniej. Wychowałam się na wsi, i to w PGR-ach, gdzie demoralizacja wszelkiej maści zbierała i nadal zbiera wyjątkowo obfite żniwo. Poza tym nie mam, nad czym ubolewam troszkę, trzydziestu, ani nawet czterdziestu lat...Wiedziałam, co robię i absolutnie nie mam ambicji wtopienia się w tutejszą społeczność za wszelką cenę. Próbowaliśmy się nieco zintegrować - to nieodpowiednie słowo - raczej poznać ludzi i zawalczyć np. o drogę permanentnie zalewaną na skutek wadliwej melioracji, zamieniającą się zimą w lodowiec nie do przebycia. Świetną okazją wydały nam się dożynki. Jednak srodze się rozczarowaliśmy, chociaż w zasadzie spodziewaliśmy się tego. Dożynki okazały się wielkim pijaństwem, z trudem uszliśmy z życiem - wszak kto nie pije (w ilościach prowadzących do zatracenia), znaczy się gardzi tymi, co piją. Mieszkamy tutaj od 4 lat i w zasadzie - poza najbliższym sąsiedztwem, które nie ma wyjścia - ludzi nie znamy, a jest ich nie tak wielu (18 domów). Nie przeszkadza mi to, nie czuję się odrzucona, potępiona, wukluczona, jak zwał, tak zwał. I tak jest dobrze, bo nie chodzimy do kościoła i jeszcze nikt nas nie podpalił! Nie mogę pojąć, ani zaakceptować faktu, że można być tak zamkniętym, tak kompletnie odciętym od wszystkiego, co jest za płotem. Rozumiem, że na wsi niewiele się dzieje, że nie ma kina, teatru, pubu, ani nawet remizy. Wieś i w dzień, i w nocy wygląda jak wymarła, tylko ciągnik od czasu do czasu w polu hałasuje. A w końcu te 18 domów daje w sumie ok. 100 ludzi! Rzecz w tym, że nie ma ich nie dlatego, że nie mają co robić, tylko dlatego, że nie mają takiej potrzeby. I robi się błędne koło środowiskowych zaniedbań. Z potrzeb rodzą się motywacje, a te z kolei napędzają machinę zmian. Żal mi tych dzieciaków, które już w momencie urodzenia mają mniejsze szanse. Nie chodzą do przedszkola, które kosztuje tutaj 30 zł, w dodatku autobus zawozi i odwozi pod dom, bo przedszkole to marnacja. Czy mieści się Pani w głowie, że prawie 6-letnia dziewczynka nie rozpoznaje żadnych liter? A jej mama zaocznie studiuje na prywatnej uczelni pedagogikę i nigdy nie słyszała o Freudzie? Ojej, ojej, rozkręciłam się i zaplątałam, a dygresje prowadzą mnie na manowce. Wracając do tematu myślę, że nieprędko uda się przerwać to błędne koło, o ile w ogóle. Obserwuję tutaj trzy pokolenia: rodziców, dzieci i wnuków. Rodzice - przepadło, mama studiuje za pomocą "kopiuj/wklej" i to nie zmieni jej świata, ale może któremuś z jej dzieci uda się wyrwać, oby była to bystra dziewczynka z sąsiedztwa, która wprawdzie nie rozpoznaje literek, ma psią fobię, ale za to przepięknie rysuje... Nie poddam się i będę truć. Może mnie nie spalą...
ania, 2011/05/17 23:16
ja też:)
Magdalena, 2011/05/17 23:18
Ja też myślę, że bardzo powoli, ale jednak, nawet mentalność na wsi będzie się zmieniała. Na pewno wolnej niż w mieście, ale jednak będzie. Przecież dawniej akceptowano takie zabobony i zwyczaje, które jednak przeminęły, zatem jest postęp. Myślę, że dobra edukacja jest bardzo ważna. Na szczęście szkoła jest obowiązkowa. Bardzo ważne jest dobre uczenie dzieci na wsi dbania o środowisko, zrozumienia zależności w środowisku, czyli ekologii, oraz humanizmu. Według mnie pewne wykszałcenie daje szanse na niezależność myślenia. W mieście też jest dużo ciemnoty i okrucieństwa, może nawet więcej. Kiedyś na wsi widziałam starą babcię, która z wielką czułością i radością bawiła się z kotem. Według mnie nie miała demencji. Widać było że bardzo kota lubi. Wprawdzie nie wiem w jakich warunkach kot żyje/żył, ale bardzo przyjemnie było to zaobserwować, ponieważ bałam się że tego kota przegoni, ponieważ koty najczęściej tak źle traktuje się na wsi. I nadal to pamiętam, co może jest ważniejsze od tych wszystkich przykładów okrucieństwa i znieczulicy które widziałam.
ania, 2011/05/18 00:14
Myślę, że jest sporo osób na wsi, które kochają zwierzęta, ale wstydzą się okazywać takie uczucia (starowinka może już mieć to gdzieś, co ludzie pomyślą;)) Ostatnio jedna pani z ogromnym zawstydzeniem opowiadała, że płakała 2 tygodnie po śmierci kota, który był jedyną bliską jej istotą po śmierci męża, a jej brat pukał się w czoło, że jak można płakać po zwierzaku. Myślę, że wielu ma zamieszanie w głowie, bo dobre uczucia do zwierząt to jedno, zwyczaje i presja społeczna to drugie, a jeszcze trzecie to niemożność połączenia miłości do zwierząt z koniecznością zabijania ich i czerpania zysku. Żeby to pogodzić niektórzy znieczulają się na amen.
Magdalena, 2011/05/19 20:53
Zgadzam się. Zwłaszcza że przywiązywanie się do zwierząt, i przyznawanie się do głębszych uczuć wobec nich jest często uważane za niewłaściwe, dziwne, ponieważ to są tylko zwierzęta, a katolicyzm jakoś nie jest temu przychylny, nie wiem dlaczego, mimo że św. Franciszek był takim wspaniałym świętym. Może dlatego że chrześcijaństwo jest religią bardzo antropocentryczną, według której zwierzęta zostały stworzone aby służyć człowiekowi, a nie aby żyć wraz z człowiekiem. Z tego co zaobserwowałam, to ludzie na wsi często wierzą w Biblię dosłownie, i uważają że ewolucja na przykład to pogląd komunistyczny, czyli ateistyczny. W ogóle według mnie myśl ludzka idzie w dobrym kierunku, w kierunku poszanowania drugiego człowieka, przynajmniej taka jest idea, ale ludzkość jest nadal zbyt antropocentryczna, czego efektem jest chciwe korzystanie z bogactw planety bez umiaru i uznania praw innych gatunków zwierząt i wynikająca z tego dewastacja środowiska oraz ginięcie innych gatunków ją zamieszkujących. Mam nadzieję, że się to będzie zmieniało, myślę że już się powoli zmienia.
Skomentuj:
CQGVI
 
 
dzien_ogrodnika_i_dzien_rolnika.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:27 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika