21 listopada 2016

Fatum odwróciło się! Czarli znowu z nami!

Po czterech dobach znaleźliśmy Czarliego. Dzięki telefonowi pani Zakrzewskiej z Dybowa, dzięki intuicji Roberta i dzięki mnie, bo byłam blisko i mogłam podjechać, gdy znowu uciekł. Poszłam w tę stronę i znalazłam go w rowie dzięki temu, że ma całą czerwoną szyję od obroży, która zafarbowała mu futro, inaczej mogłabym go nie dostrzec. Więcej napiszę, gdy wrócę z pracy późnym wieczorem. Dziękuję Wam wszystkim!!!

tuż po znalezieniu

tak biegał z radości, że nie dało się zrobić zdjęcia;)

Teraz śpi. Bardzo się cieszył, gdy wszedł do domu. Merdał i biegał a w samochodzie wtulał się we mnie. Dostał prochy a ja idę w spokoju do pracy. Do wieczora!

Wieczór

No dobrze. To spróbuje opisać to wszystko, bo pytacie tu i tam.
To były 4 dni wyjęte z życiorysu. Jedne z najbardziej koszmarnych dni tak ciurkiem. Bo tu było wiadomo, że czas jest naszym wrogiem, że zaraz ściśnie mróz, że pies w końcu pójdzie tak daleko, że nie ogarną tego terenu ogłoszenia. Przez pierwsze dwa dni byłam sparaliżowana strachem o Czarliego, funkcjonowałam jak automat. Potem gnana nadzieją, na przemian z załamaniem, zwłaszcza wczoraj, gdy żadnej wiadomości o Czarlim. Przejechaliśmy z tysiąc kilometrów, nie jedliśmy, mało spaliśmy, gdyby trwało to dłużej, wykończylibyśmy się. Ale prawda jest taka, że Czarli się znalazł, bo została wykonana gigantyczna praca. Gdyby nie Marysia, nie wiem, czy wytrwalibyśmy w tym kolejnym nieszczęściu, które na nas spadło! No dobrze, to po kolei.

Czwartek 17 listopada był złym dniem od początku. Rozprawa w sądzie, przez co Robert był zdenerwowany, zwłaszcza że miało jej nie być, a w końcu była, choć nie było naszej adwokat (ja też napisałam prośbę, o zwolnienie). Na marginesie - zmienił się sędzia, więc nic się nie zadziało, tylko nowe ustalenia. Zostałam sama na przystanku pekaesu, bo Robert pognał do sądu, ale Polonus wrócił do starych zwyczajów - został odwołany bez podstawienia zastępczego. Pojechałam po godzinie do Ełku i z Ełku znowu po godzinie do Warszawy. Robert zadzwonił, że wrócił z rozprawy, że z Czarlim OK, że wyszedł z resztą psów i pobiegł do ogrodu na kupę i bez ceregieli wrócił do domu. Potem Robert wybierał się po drewno, więc psy znowu chciały wyjść, Robert wypuścił je i zakładał buty, a jak wyszedł, zobaczył uchyloną furtkę i już wiedział, że Czarli uciekł. Czarli musiał się rzucić na tę furtkę od strony jeziora, która jest na zatrzask, ale otwiera się w stronę podwórza. Furtka pod jego ciężarem musiała odbić i się otworzyć.

Robert pojechał samochodem na czuja mając nadzieję, że pies pobiegł główną trasą spacerową po naszych łąkach, którą szedł rano. No i rzeczywiście spotkał go, ucieszył się jak dziecko, tylko że Czarli niewidzącym wzrokiem biegł, minął go i pognał przed siebie. Robert nawet nie widział gdzie, ale wtedy goniąc go intuicyjnie, zadzwonił do mnie z pytaniem, czy chodziłam z psami za jezioro w stronę Małych Zawad i w ten sposób dowiedziałam się, że Czarli uciekł. Siedziałam wtedy w autobusie. Pan Roman poproszony o odcięcie drogi psu, jeśli ten skręci na Cichy, rzeczywiście to zrobił, tylko że Czarli wtedy, na oczach Roberta, skręcił do lasu i zniknął. Robert jadąc za nim utopił jeden samochód w dziczej sadzawce i stracił psa z oczu. Gdy wrócił po drugie auto, psa już nigdzie nie było. Potem załatwił Kangura jadąc szybko po głębokich kałużach, zgasł mu na amen i do tej pory nie działa. Pobiegł po tico, ale ten nie chciał zapalić, trzeba było naładować akumulator a przez ten czas Czarli poszedł już całkiem nie wiadomo gdzie. Jak pech to pech.

W Łomży, gdzie mogłam przesiąść się w powrotny autobus do Olecka, wydawało się, że jest jeszcze szansa na złapanie psa. Gdy byłam między Ostrowią a Wyszkowem, Robert po paru godzinach jazdy tico dotarł do Olszanki i w trakcie rozmowy ze mną, powiedział, że widzi psa. Nie rozłączył się więc słyszałam jak woła. I wtedy siadł zasięg a ja miałam przez pół godziny nadzieję, że Czarli już jest bezpieczny. Niestety. Nawet nie wiadomo, czy to był Czarli czy lis. Zniknął zanim Robert go dobrze zobaczył.

Gdy dotarłam do Warszawy, oboje byliśmy kompletnie załamani. Zupełnie nie wiedziałam co robić. Bałam się zadzwonić do dziewczyn, które mi powierzyły Czarliego. W końcu zadzwoniłam do Marysi. A Marysia spytała, czy mogę wrócić do Zawad, bo jedyna nadzieja, że Czarli usłyszy moje wołanie i mu się klapki otworzą. Uznałam, że mogę odwołać zajęcia w piątek, bo mam telefony do wszystkich. Ale w sobotę muszę być z powrotem w Warszawie. Madzia zaoferowała, że mnie zawiezie, oczywiście z Ksenią. W międzyczasie Marysia zdecydowała się wziąć urlop na żądanie i pojechać z nami. Resztę już wiecie z komentarzy pod poprzednim niusem .

Gdy żegnaliśmy się w niedzielę przed południem (z Marysią, Dorotą i Radkiem) była mowa o tym, że przyjadą w następny weekend znowu pomóc w poszukiwaniach. Na co ja, że nie przyjmuję tego do wiadomości, że żegnam się z nimi do stycznia, gdy mają zarezerwowany domek na górce.

Wczoraj był frustrujący dzień, a dziś planując dalsze kroki (przede wszystkim wyjazd Roberta do Olecka by wydrukować kolorowe ogłoszenia, bo nam skończył się tusz w kolorowej drukarce, a wydruk z laserowej czarno-białej nie oddawał w pełni wyglądu Czarliego i wzrastało ryzyko fałszywych doniesień) odebraliśmy telefon ze sklepu w Sokółkach, że jakaś pani widziała Czarliego wczoraj koło 18 na przystanku w Sokółkach, ale pies nie dał do siebie podejść, uciekł w pole. Nie wiem czemu wtedy sama nie zadzwoniła, może dlatego, że nie widziała nigdzie ogłoszenia, tylko to w sklepie, który był już zamknięty. Przyszła więc rano i powiedziała. I to w nas wskrzesiło nadzieję. Gdy Robert był w Olecku, my z Lodzią i Piesem poszliśmy na piechotę do Sokółek obsikując po drodze pobocze. W Sokółkach pokręciliśmy się zostawiając tropy. Rober zabrał nas w drodze powrotnej, bo Pieso by już raczej nie doszedł.

Potem Robert pojechał do gminy i pokręcić się po drogach za Sokółkami, a ja po rozmowie z czytelniczką niusów z Przerośli, która ma sukcesy w poszukiwaniach z różdżką, że wahadełko pokazało jej Dunajek, wybrałam się w tym kierunku. Wierzyć czy nie, sprawdzić trzeba było a przy okazji znowu tę trasę, z której było najwięcej doniesień. I gdy wjeżdżałam do Dunajka, zadzwonił Robert, że właśnie rozmawiał z panią Zakrzewską z Dybowa, że będąc w Cichym Młynie (dom i młyn niedaleko Cichego, kamienną drogą w lewo a nie w prawo jak na cmentarz - byłyśmy tam z Marysią w piątek) widziała biegnącego, przerażonego Czarliego. Pies pobiegł w stronę Nowin (gdzie też byłyśmy z Marysią, gdzie obskoczyły nas trzy psy w błocie i rozmawiałyśmy z ich panią z jedynego w Nowinach całego domu). Więc ja w te pędy z powrotem, ale uznaliśmy, że głupio jechać na dwa samochody w to samo miejsce, że muszę go łapać z drugiej strony, czyli od strony Mazur. W drodze znowu telefon od Roberta, że widzi Czarliego i znowu dramatyczna relacja, że gdy podjechał, zrobiło się zamieszanie, psy go obskoczyły, na to wyszła pani, powiedziała „o, piesek się znalazł, jak dobrze” i w tym momencie Czarli znowu w panice zwiał nie reagując na wołanie Roberta, choć wcześniej po prostu biegał między tymi psami (tak zresztą, jak myślałyśmy z Marysią, że może się stać, gdy tu trafi). Więc ja znowu w tył zwrot i tico do Nowin, po drodze spotkałam Roberta, który gonił już Czarliego beixem. Opowiedział mi, że się wystraszył, że Czarli ma podgryzione gardło, bo ma całą czerwoną szyję, ale zdążył zobaczyć, że to obroża zafarbowała. Porzuciliśmy tico, pojechaliśmy razem z powrotem do Nowin, bo żadne z nas na tej drodze Czarliego nie spotkało. I to było załamujące. Mieć psa w zasięgu ręki po czterech dniach szukania i wrócić do punktu wyjścia…

Wchodziliśmy na wszystkie wzniesienia rozglądać się po polach, ja w końcu poszłam na piechotę tą drogą, którą prawdopodobnie Czarli uciekł, a którą jechaliśmy chwilę wcześniej. Szłam, szłam, już miałam zawrócić, gdy kątem oka dostrzegłam coś czerwonego poruszającego się w rowie. To był czerwono- rudy kawałek futra poruszający się rytmicznie. Dotarło do mnie, że to Czarli. Nie było go prawie widać, leżał w rowie przy drodze, w suchej trawie w tym samym co on kolorze. Musiał już tam być, gdy przejeżdżaliśmy. Schowany przed całym światem lizał się. Nie usłyszał, gdy podchodziłam. Zaryzykowałam. Bałam się, że gdy podejdę bliżej, to się zerwie i znowu zniknie. Ukucnęłam i cicho powiedziałam „Czarlinku, to ja”. I wtedy odwrócił się, spojrzał, ale zupełnie innym wzrokiem - w tym wzroku była nadzieja nie strach i pomalutku na ugiętych nogach podszedł do mnie. Złapałam go mocno za obrożę, choć nie sądzę, aby w tym momencie chciał uciec, tak do mnie przywarł. Ale zero reakcji na smakołyk. Zadzwoniłam po Roberta, po drodze chcieliśmy zabrać tico, ale okazało się, że z tego wszystkiego zgubiłam od tico klucze, a zapasowe były zamknięte w aucie:( (potem Robert się do niego włamał starym sposobem przez okno na drut).

Płakałam ze szczęścia a Czarli tulił się do mnie w samochodzie. Pod domem na smyczy lekko się zawahał a potem była już tylko radość. W domu biegał i merdał ogonem, widać było, jak bardzo się cieszy. Obskoczył natychmiast wszystkie posłania, pił ciągle wodę, ale taki był zaaferowany, że nic nie zjadł. Niestety musiałam jechać do pracy, ale Robert mówił, że mimo to Czarli zachowywał się zupełnie inaczej, niż zwykle. Widać było, że jest szczęśliwy. W końcu zjadł i otworzył mu się taki głód, że teraz musimy uważać, by nie dostał skrętu żołądka. Dawkujemy małymi porcjami. Po moim powrocie i znowu radości, postanowiliśmy iść za ciosem i za jednym stresem go wykąpać. Niestety poderżnięte podgardle się nie zmyło:) Czarli wygląda upiornie! Ale jak dla mnie, może być nawet czerwony!

Ta historia nas wiele nauczyła. Przede wszystkim - nie wolno się poddawać. Gdy zginie pies, najważniejsze jest, by cała okolica o tym wiedziała. Trzeba chodzić po ludziach, wciskać im ulotki, rozwieszać gdzie się da, gadać w sklepach i wszelkich miejscach publicznych. Dzięki temu nadzieja w nas nie gasła, bo ludzie dzwonili. Gorąco im wszystkim dziękujemy!!! No i Marysi, Dorocie, Radkowi, naszej Madzi, Magdzie ze schroniska, która czuwała z Warszawy. Wam za udostępnianie i wsparcie. Pani Zakrzewskiej za decydujący telefon. No dobra, czas odpocząć. Jak padnę, to nie wstanę!;)

Czarli też nareszcie zamknął oczy. Jest 23.17, do niedawna nie spał z tego szczęścia.

I są nowe ustalenia. Kupujemy dla niego GPS, już nie są takie drogie (przy okazji - adresówki nie zgubił!). Szukamy najlepszego leku wspomagającego, bo, jak po fakcie się dowiedzieliśmy, takie psy, co całe życie były w schronisku, zawsze będą miały nie do przewidzenia ataki paniki. Jeszce inne usprawnienia w planach, a my jesteśmy o niebo mądrzejsi w spawie tak trudnych psów. No spadam.

Komentarze z FB - przypominam, należy kliknąć w dymek pod.

Komentarze

gaga, 2016/11/21 14:39
Co za radość.<3
Ewa, 2016/11/21 15:14
Wspaniale,trzymałam kciuki! :)))
Jola A., 2016/11/21 16:35
Wiedziałam, że się znajdzie! A w każdym razie mocno w to wierzyłam! :) Teraz już, gamoń, nie ucieknie! :)
Agata, 2016/11/21 18:11
ale łobuziak z niego :)
Ewa U., 2016/11/21 18:16
Co za ulga. Szyja wygląda dość makabrycznie, gdybyś nie napisała, że to obroża, przeraziłabym się. Biedak, co on musiał przejść...Pozwolił Ci się złapać bez problemu?
ania, 2016/11/21 18:58
Napiszę, jak wrócę do domu, bo zaraz pacjent.
maciek, 2016/11/21 19:32
Nie widac zeby schudlo to cielsko. A gdzie on sie wybieral ? Z powrotem do schroniska ? Niby trudno zrozumiec, ale wielu facetow tak sie przyzwyczaja.

Maciek
ania, 2016/11/21 21:14
Schudło, schudło i to znacznie. Wszyscy schudliśmy;)
Na początku swojego pobytu u nas chciał uciec do schroniska, ale sadząc po tym, że jednak nie gnał przed siebie tylko kręcił się po okolicy, chyba jednak żałował że stracił taki dom. No i jego radość teraz o tym świadczy.
Więc wniosek z tego taki, że czasem warto zaryzykować i zrezygnować ze schroniska:)
Monika, North Carolina, 2016/11/21 21:14
Chwala Bogu!
Ewa U., 2016/11/22 00:49
Dziękuję, że po tym wszystkim jeszcze chciało Ci się pisać. Biedny Czarlinek, może po tym wszystkim będzie przełom? Pewnie niewiele (o ile w ogóle) jadł przez ten czas. Wasze przeżycia wykończyły mnie od samego czytania.
ania, 2016/11/22 09:36
Tak, wydaje się innym psem. W ogóle nie ziaje, nie ma lęku w oczach, wyraźnie się cieszy, merda ogonem, znowu robi wygibasy na posłaniu.
A w ogóle jestem z niego dumna, że taki pies, co w ogóle nie zna świata, dał sobie radę w tak dzikim terenie, przeżył i wyraźnie wiedział co robić. I mimo tych wątpliwości, że zginął, bo pobiegł po naszej długiej trasie spacerowej, myślę, że te długie spacery go uratowały. Nie był tak przerażony łąkami, drogami wiejskimi, bo dobrze mu się kojarzyły.

Myślę, że przez 4 dni nie jadł, bo raczej nie polował, a gdyby jadł coś u kogoś, to byśmy wiedzieli. Na szczęście u nas dużo wody, ale i tak często teraz pije.
Wczoraj, gdy byłam w pracy, nawet po podwórzu Robert wyprowadzał go na smyczy, w nocy ja też, ale teraz rano pod ścisłym nadzorem puściłam go na podwórku bez smyczy. Nawet do ogrodu nie pobiegł:) cały czas patrzył, czy jestem i sprawdzał, czy drzwi od domu otwarte. Zrobił kupę, siku i natychmiast przed nami wszystkimi wbiegł do domu.
Ale oczywiście musimy mieć na uwadze, że byle wystrzał, ktoś obcy... i znowu może wpaść w panikę.
Monika, North Carolina, 2016/11/22 03:33
Niestety, albo stety - ostatnio Niusy czyta sie jak najlepszy kryminal. Wciaz sa zaskakujace, dramatyczne, mrozace krew w zylach wydarzenia, w kazdym nowym odcinku. Czytelnicy nie spia po nocach.
Teraz nam sie nalezy psychoterapia!
ania, 2016/11/22 09:40
:) Będę pisać terapeutyczne niusy :)

Myślę, że ta przygoda dla Czarliego była niezłą terapią. Po pierwsze uwierzył w siebie i może dlatego nie jest już w panice, po drugie docenił dom.

Dla nas też - można uwierzyć, że koniec fatum.
Okunie, 2016/11/22 10:49
To się nazywa " wiejska sielanka " nieustająca adrenalina! Aniu trzymamy za Was kciuki, dacie radę! Pozdrawiamy Was gorąco, wyczochrajcie od nas sierściuchy...
ania, 2016/11/22 11:27
tia... wiejska sielanka...

Buziaki!
Ewa U., 2016/11/22 18:03
Ciągle tu przychodzę i się napawam:)))
ola z Katowic, 2016/11/23 11:17
Ja z tych słabszych i czasami już na serio nie daję rady z kudłaczami :)))
W. Ciemnoszara, 2016/11/24 07:36
Bardzo , bardzo się cieszę !

Byłoby teraz łatwo powiedzieć 'wiedziałam', że będzie dobrze ale oczywiście to dzięki Waszej akcji, Waszemu uporowi i także bardzo dzięki społeczeństwu lokalnemu.

Tu 'fatum' nie ma oczywiście tak naprawdę nic do rzeczy, Wybraliście sobie zadanie takie z najtrudniejszych. Prawdopodobieństwo zabłąkania się Charliego było ogromne ! Jednak to Wy właśnie się podjęliście jego resocjalizacji.

W sensie społecznym jego poszukiwania to też ogromne dzieło . Z nic nie znaczącego kundla stał się OSOBĄ, OSOBĄ kochaną, ważną, poszukiwaną.

To jest jedna z akcji , która spaja, integruje społeczeństwo lokalne, wyzwala z marazmu, tumiwisizmu, obojętności. Każdy kto się zainteresował jest znowu trochę lepszy, może na chwilę a może na dłużej :-)

Z innej beczki … Jestem bardzo zainteresowana GPSem . Bardzo go chciałam naście lat temu, ale wtedy był dla mnie nieosiągalny finansowo i technicznie. Będę wdzięczna w przyszłości za opis doświadczeń.

Znalazłam na Paluchu (stronie internetowej prowadzonej tak dobrze jak inne nie są) rocznego pieska , który być może pasuje do mojego stada. Myślę , że nie tylko staruszki ale także psie dzieci nie powinny spędzać czasu w schronisku gdyż później będzie trudno jak z Charlim lub nie znajdzie się nikt...

On jest daleko, a ja się boję akcji takiej jak Wasza. Teraz nie mam tyle siły i tego partnerskiego wsparcia, które przewyższa wagę złota w niewymiernie wielki sposób. Fizycznie się nie nadaję za bardzo ale psychicznie tak.

Moja młoda wilczyca o tym wie i nie schodzi na manowce choć bardzo chce ale z prowodyrem nie wiadomo jak by było.
ania, 2016/11/24 14:29
GPS już przyszedł. Jutro w Olecku Robert dokupi do niego kartę SIM. Sam GPS kosztował 300 zł - po długich poszukiwaniach w internecie, czytaniu opinii (głównie niestety na forach myśliwskich, bo oni najbardziej są zainteresowani takim urządzeniem, gdyż nagminnie gubią w lesie psy) i opisów działania, ładowania, sczytywania pozycji, Robert wybrał właśnie taki, właściwie najtańszy (można było jeszcze kupić w Chinach za 150 zł ale nie miał polskiej instrukcji). Do tego dochodzi koszt karty SIM i abonamentu. Ale koszt benzyny wyjeżdżonej w poszukiwaniach, nie mówiąc o innych kosztach finansowych (tonery do drukarki, kolorowe ogłoszenia i ulotki, moja podwójna podróż do W-wy, karmienie i palenie w piecach dla ekipy poszukiwawczej:), koszty samych wolontariuszy, i inne nasze, oczywiście w ogóle nieistotne w tym momencie), psychicznych i fizycznych, z całą pewnością wielokrotnie przewyższa wieloletnie koszty utrzymania GPSa dla psa (czy kota, bo dla kotów też są). Jak tylko Czarli zostanie podłączony do sieci, dam znać, czy GPS się sprawdza. Robert też będzie mógł namierzyć mnie, gdzie się szlajam na spacerach z psami:)

Tak, dla mnie to również pozytywna zmiana w moim myśleniu! Zmieniła mi się optyka, nie widzę już tylko lichych bud, zaropiałych kotów, i psów, w tym yorków:( na łańcuchu. Mnóstwo ludzi pokazało, że los zwierząt nie jest im obcy, i bardzo się cieszyli a nawet mieli łzy w oczach, gdy informowaliśmy, że Czarli się znalazł!

Gdy bierze się psa z Palucha i każdego chyba schroniska, gdzie prężnie działa wolontariat, jak widać można liczyć na wolontariuszy w takich sytuacjach! Nie zostawiają wtedy człowieka samego.
Skomentuj:
QWJBS
 
 
fatum_odwrocilo_sie_czarli_znowu_z_nami.txt · ostatnio zmienione: 2016/11/22 12:15 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika