1 października 2011

Jesienne zaległości i nowości

Postanowiłam nie narzekać.

Ani na to, że odkąd znowu jeżdżę do Warszawy, gonię w piętkę, mnożą się zaległości a ja nie nadążam.

Ani na rozkraczonego kangura, któremu Robert wprawdzie króćca naprawił za parę groszy, olał pompę paliwową i kupił jakieś plastikowe ustrojstwa, z których sklecił rzeczony króciec, kangur pojeździł parę dni, przewiózł trochę cegieł i mnie do pracy, ale mu się znowu znudziło. W środę dojeżdżając do Olecka przestał mu się ładować akumulator. Pojechaliśmy do elektryka, podładował, kazał wracać bez świateł i dmuchaw i modlić się, żeby samochód po drodze nie stanął. Policja nas na szczęście nie zatrzymała, do Zawad dojechaliśmy a operację jazdy bez świateł powtórzymy we wtorek zawożąc kangura do naprawy czegoś, co póki co jest tajemnicą.

Ani o tym, że Robert wciąż mi truje, jak to marzy mu się obudzić i żeby się okazało, że przez noc kosmici porwali kangura. Niech sobie kosmici porywają kangura, tylko niech on mi znajdzie samochód, który spełnia te wszystkie warunki: żeby miał napęd na 4 kółka i był wysoko zawieszony, żeby był pakownym, dostawczym samochodem, żebym nie dostawała w nim klaustrofobii jak już w każdym innym poza tikusiem z wielkimi oknami dostaję, i żeby mało kosztował. Już przeżyję design, ale musicie wiedzieć, że jestem wielbicielką starych, znaczy oryginalnych kangurów, bo ten nowy model to nieporozumienie. Moim zdaniem to kultowy samochód niczym garbus i ogórek. Bo ja niestety takiego samochodu nie znam drugiego:( chyba że Wy macie jakiś pomysł.

Ani że żurawie odlatują:(

Ani o tym, że do Olecka pojechaliśmy m.in. po pieniądze na budowę do banku, a ja zapomniałam karty.

Ani o tym, że Robert już ledwo ciepły, nie wiem, czy wytrzyma do zimy, bo przed zimą trzeba skończyć kilka rzeczy na budowie, każda czynność zazębia sie z inną, którą trzeba wykonać, żeby wykonać następną.

Ani o leżącej na krześle desce sedesowej, co ją tylko trzeba zaolejować (bo, a jakże, drewniana z kafelkiem, deska z recyklingu z łazienki dzieci w Warszawie, odkąd im odgórnie zmienili kibel na kompakt przy okazji wymiany rury kanalizacyjnej) i przykręcić do naszego kibla, żeby nasza porysowana już nas nie szczypała w tyłek i nie spadała na plecy a Robertowi niczego nie przycięła;), ani o wciąż urwanej półce z kredensu, ani o „leżącym” mieszkaniu w Olecku, w którym już tylko drzwi do łazienki brakuje i kilku kafelków i to jest naprawdę załamujące, bo już wszystko co NIEROBERT mógł wykonać, zostało zrobione, ani o niedziałającej od wielu godzin poczcie e-mail, choć internet hula jak trzeba, a oczywiście jest sobota/niedziela i biuro komputerowe nie odzywa się…

Więc ani mru mru, narzekać absolutnie nie będę:) tylko spojrzę w odpowiednim kierunku i ponapawam się dobrą stroną rzeczywistości!

Np. tym, że w urzędach wszystko załatwiamy jak po maśle i za to kocham tutejszych urzędników! Załatwione formalności i w związku z budową wodociągu i oczyszczalni ścieków, i nawet złożone papiery o dofinansowanie, w końcu to projekt proekologiczny! i z odbudową stodoły:

wieniec wylany

Robert kończy wreszcie dach, a dlatego dopiero teraz, bo chcemy zachować oryginalne wykończenie - dachówki dochodzą do ściany szczytowej, bez wiatrownicy i muszą być przycięte i przyklejone zaprawą, co jest dość upierdliwą robotą; biedny Robert dziś w nocy płakał, tak go nogi bolały od łażenia i sterczenia na drabinie

fundamenty wylane także pod drugą częścią stodoły

Robert tłumaczy mi jak będą wyglądały ściany oddzielające grilujących i palących papierosy gości w wiacie od siana, z którego będą bryykiety:)

a tu jeszcze zostało nieco roboty, znaczy trzeba postawić ścianę, po to tylko, by po zimie ją rozebrać, ale ciii… miałam nie narzekać!

i koty na górce wciąż szczęśliwe, aż z tego szczęścia jedzą kanapki!

Jak ktoś ciekawy postępów w domku na górce, więcej zdjęć i wieści w stosownym niusie

Że jesień mamy piękną i nawet jeszcze wczoraj i przedwczoraj pływałam w jeziorze, a woda wcale nie była gorsza niż w poniedziałek, gdy na odtrutkę pływałam po powrocie z Warszawy, ani od tej sprzed wyjazdu. Ale już codziennie nie pływam, tylko jak wyjątkowo aura sprzyja i niestety obawiam się, że wczoraj był ten ostatni raz, bo tej nocy, gdy piszę niusa, jest 5 stopni, mgła okrutna i ziąb, a takie było miłe 14 stopni jeszcze poprzedniej nocy. No.. ale miałam nie narzekać! Przy okazji odrobię zaległości.

zabłąkany słonecznik koło domku na górce, który wyrósł na kupie chwastów wynoszonych po pieleniu z ogródka

Dzikie wino szaleje, zaraz nas zje! Choć to już ostatnie podrygi, na garażu już nie takie piękne, jak było:

Sprawy ze złamaną jabłonką idą do przodu. Przed wyjazdem do Warszawy przywlokłam Roberta do sadu i kazałam ściąć złamane gałęzie, bo jabłka już dojrzały (po to, by zawieźć nieskażone jabłuszka różnym dzieciom).

To niesamowite. Ta ogromna część, która została na gałęziach była rumiana i słodka, tylko połowę mniejsza niż na zdrowym drzewie.

co potwierdza Lodzia

Jabłonka nie poddaje się - na złamanych gałęziach…

kwitła, ale zanim pobiegłam po aparat, Robert strząsł płatki

ale jeszcze więcej jabłek spadło i leżało pod gałęziami. Wyzbierałam je dla dzików - może zainteresują się bardziej jabłkami niż buchtowaniem naszych łąk!

Na zdrowym drzewie piękne dorodne jabłka, w połowie zjedzone przez osy i szerszenie. Ale co im będę żałować. Tylko muszę zdjąć jabłka z drzewa przed przymrozkiem, co obawiam się, że nastąpi lada chwila, bo to i tak cud, że do tej pory nie było minusowych temperatur w Zawadach! Przecież nigdy nie pływałam do końca września! O tej porze nie ma prawa już być cukinii, tymczasem cukinie w najlepsze dojrzewają i niezimowe jabłka też! Normalnie o tej porze byłoby już po tym, jak mróz się dobrał i nie byłoby tak pięknie! Sami zobaczcie!

Nie ma co narzekać! Drewno mamy

(pomińmy milczeniem, że głównie w postaci nieporąbanych pieńków)

a nawet dywany na podwórzu:)

Ostatnio param się kupnem orientalnych, wełnianych kobierców:) Bo w pensjonacie najlepiej sprawdza się porządny, oryginalny wełniany dywan. Mamy taki jeden w pokoju z żurawiem, przetrzymał bandy dzieci, psy, koty i dalej jak nowy. A że znalazłam w necie dwa sklepy z używanymi dywanami, do których oddają je bogaci ludzie, którym się znudziły, to czyham na okazję. Kupiłam np. za złotówkę piękny wełniany modlitewnik irański, który sprofanuję kładąc go jako dywanik pod łóżkiem w domku na górce i mam nadzieję, że żadni fundamentaliści nie przyjadą do Zawad mnie rozstrzelać;)

Te dwa ogromne dywany okazało się, że takie są wielkie, że tylko na podwórku się mieszczą:) Ten niebieski mogę odstąpić za jedyne 200 zł, bo okazało się, że się nie mieści w niebieskim pokoju:(

Pieski szczęśliwe wciąż na podwórzu, tylko kopidół duży z tego szczęścia zaraz się podkopie pod furtką albo dom nam zawali

poza dziurami jest pięknie w obejściu!

ze spaceru wciąż wracamy z obiadem

marcinki w pełnej krasie

piękne zachody słońca

a w tych zachodzących promieniach…

i nawet pasikonik wygrzewa się w słonku (coby nie narzekać pominiemy też milczeniem tabuny much)

A w Warszawie, oprócz trudnych decyzji i smutnego pożegnania, jak zwykle zakatarzony Gucio:

nie ma co kontemplować zaczepów od przyczep, skoro urwało się haki we wszystkich samochodzikach!

Gustaw przystępuje do jakiejś akcji, nie pamiętam już jakiej, ale z cyklu „bezdyskusyjnie tego chcę!” - miło patrzeć na dwulatka, który jeszcze nie wie, co to wahanie, niezdecydowanie, wie czego chce i zdecydowanie kroczy po swoje

I narzekać nie będę:), że mnie stolica w końcu kiedyś wykończy i żadnego więcej niusa nie będzie! (Póki co Gucio mnie tam trzyma przy życiu)

Komentarze

Tess, 2011/10/02 17:53
Przygody z lekko leciwymi i intensywnie użytkowanymi samochodami to norma, niestety. Mi ostatnio zaczęło dymić spod maski. Okazało się, że chłodnica się rozszczelniła. Ale zanim ją wymienimy, musi dać radę... I jeżdżę z 10 l. baniakiem wody, dolewając co jakiś czas i budząc uznanie w oczach co niektórych taryfiarzy. Bo Jeepik swoje lata ma, lekko obłocony jest ( u nas roboty polowe i droga gminna " nie bardzo"), a tu kobitka mu pod maską grzebie:-)))Ale i tak go kocham. Gdyby nie palił jak smok kochałabym bardziej...
Uściski dla Gucia, którego jestem fanką absolutną!
Asia
PS. A możesz podesłać link do dywanów? Bo nasze berny załatwią każdy i nowych doprawdy nie ma co kupować...
PS2. Ewa się dzisiaj wyprowadziła do MIASTA. Ech życie. I po co te dzieci tak rosną...
ania, 2011/10/02 19:19
Dzieci dorastają, żeby rodzice mogli zająć się sobą:) a linki do dywanów: http://allegro.pl/listing.php/user?us_id=10598618&order=p&change_view=1
http://allegro.pl/listing.php/user?us_id=22138998&order=t&change_view=1
Aurela, 2011/10/03 08:43
Ależ praca wre:) trzymajcie się ciepło :)) i dawkujcie chwile relaksu żeby nie dać się przepracowaniu:) Serdeczności dla Gucia i Madzi:)))))
Egretta, 2011/10/03 08:48
Oj piękna piękna ta jesień u Was i pod znakiem ciężkiej pracy upływa. Jabłuszek zazdroszczę, bo u nas wiosną wymroziło kwiaty i owocu próżno szukać. To co się uchowało zjadły osy i szerszenie. No cóż, one do sklepu nie pójdą, więc niech im na zdrowie idzie :) Pozdrowionka
Skomentuj:
LVXIU
 
 
jesienne_zaleglosci_i_nowosci.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/12 00:49 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika