15 lutego 2011

Jeżdżenia PKSem, Walentynek i dotykowych komórek też

(nie cierpię)

Niestety nie pochłonął mnie House, lecz przyziemne sprawy, głównie pobyt w Warszawie a potem reanimacja i rekonwalescencja po nim oraz praca w Olecku. No i zaległości, tu też, więc do roboty!

Prawda jest taka, że jazda do W-wy wykańcza mnie. Po zapuszczeniu korzeni na dobre w Zawadach, obiecałam sobie, że stolica będzie mnie gościć najwyżej raz w miesiącu. I niestety po 3 latach wróciłam do jeżdżenia 2 razy. Tyle że w odwrotnym stosunku. A nawet mniejszym. Kiedyś, poza wakacjami i wszelkimi dniami wolnymi, byłam w Zawadach 8 dni na 28, teraz jestem 6 dni w W-wie na 31. Mimo wszystko jest postęp!

Zanim wyjechałam, Robert skończył rozbiórkę pieca.

a nawet zrobił przymiarkę kozy, żeby wyliczyć, ile rur musi zamówić na Allegro.

Niestety po odłączeniu pieca z powodu dziury do komina robiła się w kominie cofka i mało się nie uwędziliśmy. Uratowała nas derka Belfegora upchnięta w dziurę po piecu.

W Warszawie największa odtrutka PKSowego znoju - Gustaw Wspaniały:

Nie boje się przyznać:) Po śmietnikach zbieram nie tylko meble (Borys do tej pory się wstydzi takiej matki:)). Ten ogromny Miiii…ś wprawdzie nie siedział w śmietniku, ale żałośnie opodal „żeby go ktoś sobie wziął”. No sami powiedzcie - jak można wyrzucić takiego misia?! Miś oczywiście poszedł do pralki, prababcia Teresa trochę mu nos doszyła, odprasowała kokardę i Miii…ś jak nowy. Teraz ulubiony Gucia, kładzie się spać w tym samym czasie, tyle że na kanapie obok łóżeczka przykryty kocykiem.

Gutek nadaje na okrągło. Zasób słów ma tak duży, że idzie się dogadać. Ostatnie słowne odkrycie (znaczy ostatnie, gdy byłam, czyli z soboty) - winda. Jest na etapie trybu rozkazującego - PIĆ, DAJ (jeśli chodzi o „daj”, bardzo rozkazującego:)) i litery ś, gdzie się da - MAMU…Ś, TATU…Ś, BABU..Ś. Nadal ma swój słownik i raczej jego używa, gdy o czymś opowiada (np. choć zna słowo KOT woli stare MAA). „Pupa maa, ho ho mniam mniam, nie nie nie” oznacza (rzecz oczywista) „piesek zjadł kupę kota, a mu nie wolno!” Mimija znaczy myć się i generalnie skończyła się era wyrazów zakończonych na „uła” (brumbruła, tutiuła) a zaczęła na „ija”. Niektóre wyrazy znaczą to samo i czasem są nieporozumienia. „Ijło, ijło” to wspólne określenie pojazdów uprzywilejowanych (czyli na sygnale) i huśtania się na huśtawce. Huśtaniu ostatnio MUSI towarzyszyć „la,la”, czyli muzyka. Najlepiej ska lub punkowa:) I chyba do tej pory nie uwieczniłam łały i bibi, choć obowiązują od dawna. Łała to chleb, a to drugie - ciało, brzuch, biust, generalnie golizna:) Gdy był u nich Robert, Gucio nazywał go „dadi”. Gutek niestety nauczył się otwierać drzwi z klamki i teraz trzeba zamykać je na zasuwę, bo inaczej wędruje do starej baby piętro niżej na serek i ciasto kilka razy dziennie:) Jak już się tam dostanie, sam otwiera szafkę z pieczywem, siada na fotel, zakłada śliniak (choć w domu nie znosi śliniaków) i rozkazuje:) Taka to z niego pociecha.

Potem wróciłam z Warszawy a ze mną tęgie mrozy. Słonina po ostatniej odwilży zrobiła się nieco nieelegancka i nasz (już chyba mogę tak powiedzieć:)) dzięcioł średni przerzucił się na ziarno w karmniku. Jak widać świetnie poradził sobie z przeciwsójkowym pawilonem.

A nasze darmozjady z tego zimna jeszcze bardzie przytulne:

Robert zabronił mi publikować to zdjęcie, żeby okoliczni mieszkańcy nie widzieli, jak mu psy i koty na głowę wchodzą:) Bo jak się okazuje, nasze niusy czyta cała gmina:) A ja wychodzę z założenia, że skoro tak, to możemy ważną funkcję pełnić - np. pokazywać, że można inaczej zwierzęta traktować, niż jest to tutaj w zwyczaju, choć oczywiście są chlubne wyjątki, są ludzie stąd, którzy kochają swoje psy. Niestety są też tacy, którzy trzymają dużego psa w betonowej budzie w kojcu 1,5 na 2 m (ludzie mówią, że przesadziłam, że kojec jest metr na półtora). Jak już jestem przy tym temacie, to pójdę krok dalej, tylko ostrzegam wrażliwych! To link do artykułu będącego tłumaczeniem z niemieckiego Die Tier-WeGe. Ja nie wytrzymałam, rozryczałam się widząc te zdjęcia, a raczej uświadamiając sobie, że to jest Polska norma, nie tylko pod Kielcami! Marzy mi się taki dzień… zresztą, eh, szkoda gadać po próżnicy, ci którzy mają choć trochę człowieka w sercu czy serca w człowieku, nigdy nie pogodzą się z takim obrazem świata. Wstydźmy się, że w takim kraju żyjemy i nic z tym nie robimy!

Wracając do darmozjadów. Tak naprawdę darmo nie jedzą! Chwile przyjemności obcowania z nimi - BEZCENNE!:) Z małymi wyjątkami, ale o tym później. Z okazji mrozów nowa koza jest hitem na salonach. Na razie wylewka pod rozebranym piecem wiąże i schnie, zanim Robert uzupełni podłogę i postawi we właściwej pozycji szafę, oraz dziury w ścianie, oprócz tej, w której tkwi szczęśliwie rura, aż trzy:) Bo najpierw pan dziurorób puknął się w głowę, że za blisko słomianego sufitu, potem trafił na przewody elektryczne, trzecia dziura dopiero była właściwa, a czwarta - po rurze od pieca.

:)

Wszystkie cztery schną, więc na razie widok taki sobie, za to gorąc bucha wielki!

I te mrozy! Litości. W nocy -20, a przecież zaraz żurawie przylecą! Za jakieś dwa tygodnie powinny być, a tu takie rzeczy! i pomyśleć że jeszcze kilka dni temu u „sąsiadów” na Warmii było tak:

zdjęcie z Ostrowa Kierwińskiego, które nazwę swą zawdzięcza temu, że kiedyś było wyspą, znowu nią jest, tyle tylko, że teraz pewnie na zmrożonym akwenie, przysłali Waldek i Beata (pozdrawiamy!)

A u nas błękitne niebo, słonko w dzień, gwiazdy w nocy.

Lodzia biega po jeziorze

No i Walentynki. Jak dr House:) ściemy nie lubię i bycia wkręcaną w spirale komercji, drewnianych serc z kafelkami nie robimy, a tanie i zbyt romantyczne przejawy miłości budzą moją nieufność i włącza mi się psychoterapeutyczna podejrzliwość:) Nasze psy swój stosunek do tego święta wyraziły najlepiej:) Z okazji dnia św. Walentego pogryzły się! I to przez kagańce. Zaczęło się chyba od tego, że na plaży gminnej wyniuchały jakieś żyjątko, które im zwiało do norki.

Ta frustracja, że kąsek tak blisko, a niedostępny, tak sobie to przynajmniej tłumaczę, bo nawet nie widziałam, co się stało, bo akurat gadałam przez komórkę, była pierwszym krokiem do agresji. Jak to frustracja. Najpierw Belfegorowi coś nie spodobało się w Piesie, wziął go między przednie nogi, ale nie był to przejaw miłości, lecz dominacji. Pieso w takich przypadkach nieruchomieje i czeka aż koledze przejdzie, ale tym razem się odszczekiwał (znaczy odwarkiwał). Poszłam więc interweniować, Belfegora na smycz, na co wtrąciła się Lodzia i się zaczęło! Na tym pitbulu można by zbić majątek na psich walkach. Tylko usłyszy stosowny sygnał, rzuca się w wir walki na śmierć i życie, chociaż go to nie dotyczy! Żadne tam wg porad podcinanie tylnej nogi - trzymałam ją za nogę a ta na trzech dalej do gardła! Jak wiadomo nie jestem słabowitą kobietką, ale nie dałam rady małej, rozjuszonej suczce, która poczuła zew krwi. Jak na złość Belfegor ma dziurę w kagańcu, zasznurowaną do czasu, gdy kupimy mu nowy (kupiliśmy, ale okazał się za mały), musiałam więc pilnować, by przez zwykły sznurek nie zjadł tej pozbawionej instynktu samozachowawczego samicy. Lodzia atakowała jak zwykle nogi Belfegora, na co Pieso, jak to ma w zwyczaju, dopingował, tylko nie wiem kogo, strasznie ujadając. Gdybym tego nie przeżyła, to bym też nie uwierzyła, że można nie dać rady trzem psom w kagańcach, w tym dwóm małym i jednemu dużemu w garści na smyczy. Chciałam wezwać pomoc i tu się wyjaśnia ostatnia część tytułu. Jaki kretyn wymyślił dotykowe komórki!!?? Spróbujcie z kotłującymi się u nóg psami wybrać z listy numer zgrabiałymi od mrozu palcami, w dodatku w ostrym słońcu na plazmowym wyświetlaczu! Gdybym wzywała pomoc z powodu ataku serca, zamiast teraz tutaj, spotkalibyśmy się na moim pogrzebie;)
A na koniec akcji jeszcze dołączył pinczer Łilki:) W końcu Robert przybył z odsieczą interwencyjnym tikusiem, natrąbił na towarzystwo, co unieruchomiło na sekundę rozwścieczonego, napakowanego biszkopta i pozwoliło na złapanie go za kark i wrzucenie do samochodu. Reszta towarzystwa na piechotę wróciła do domu. Lodzia pokrwawiona zamknięta została w łazience z gorącym piecem, jako że była mokra cała, jakby się kąpała w jeziorze, co nie było możliwe, bo tam lód pewnie 20 cm, więc nie wiem jakim cudem. I co się okazało, gdy Robert poszedł obejrzeć skąd krwawi? No, co? Oczywiście pitbul gruboskórny nie ma na sobie ani pół zadrapania. Krew była Belfegora! Jakim cudem w kagańcu znowu pogryzła go w nogę? Jej kaganiec metalowy, zupełnie sprawny, widocznie skaleczyła go kagańcem. Belfegor nie odzywał się do niej kilka godzin, ale już mu przeszło. Dziś rano w najlepsze się całowali! Ot, miłość:)

Dziś rano również Robert wyleciał z łazienki wołając „dobrze, że nie piję!” Nie miał pijackich zwidów, za sedesem naprawdę biegała ryjówka! Ryjówka przebiegła do sypialni, potem znowu do łazienki i tam została pojmana w pudełko od CD, czyli to co było najbardziej pod ręką.

większe ryjówki są w niusie przyrodniczym

Potem Robert poszedł po eleganckie pudło po moich nowych super butach za 39 zł z Olecka:), przełożył ryjówkę w wygodniejsze warunki, zamknął drzwi łazienki i poszedł sprawdzać w internecie czy ryjówkę można wyprowadzić na dwór na taki mróz, czy przypadkiem nie powinna spać zamiast ganiać po domu i prosić się o bycie złapaną przez koty. Już byliśmy gotowi zrobić jej miłe gniazdko i do wiosny dokarmiać śpiącymi muchami z domku na górce, ale okazało się, że ryjówki zimą mają się dobrze, nawet łapią większe od siebie myszy i nie gardzą ziarnem, choć są przecież owadożerne. No to uznaliśmy, że można ją poprosić o udanie się na dwór, a nawet wypuścić koło karmnika, gdzie ziarna w bród. Tymczasem ryjówki w pudełku nie było, ani nawet w łazience - otworzyła drzwi! Jeżu, takie małe a takie sprytne! Potem widziałam, jak próbowała drzwi otworzyć. Wścibiła ryjek w szparę i dawaj pchać! Uciekła przez kocie okienko do korytarza, gdy się nią już koty zainteresowały i wbiegła po moim płaszczu na wieszak. Tam ją Robert w końcu zdybał i zaniósł pod karmnik do sikorek. Najgorsze jest to, że ludzie nie wiedzą, że to zwierzątko pod ochroną, bardzo pożyteczne, bo zwalcza wszelkie robactwo, a na wsi często traktują je jak myszy, czyli wiadomo jak.
A mróz dalej trzyma, rzekę też

tylko śniegu po odwilży mało, więc roślinki bardziej narażone na wymarznięcie, no i widać, co porobiły dziki:

Występować jednak o odszkodowanie do koła łowieckiego nie będziemy. Co jak co, ale byłby to z naszej strony szczyt hipokryzji:)

Komentarze

Aurela, 2011/02/17 17:29
Dziś jadąc do dziecka na terapię przed moim autem przebiegło z lasu "coś ', więc widocznie kilkudniowa odwilż zbudziła futrzaki;)))) Wnusio rośnie pięknie;) Pozdrawiam:)))
sylwia, 2011/02/19 23:16
pewności nie mam, ale stawiałabym na zębiełka - a nie ryjówke :) piekny zwierz - również pod ochroną, kuzyn ryjówki. Kiedys w moim domu i przyległym do niego muzeum przyrodniczym mieliśmy ich plagę. Potrafiły wyjeść wszystkie okruchy spod stołu, a najlepiej smakowały ćmy na ganku pod lampa, spadające na podłogę. Nie bały się ludzi i były zupełnie beszczelne, kilka razy nawet zabrał się któryś zębiełek ze mną do pracy w torbie, dwa razy też wlazły do plecaka i powędrowały do szkoły :))) W szkole wiadomo.... łaaaa myyyyszsz ! raz wiosną juz prawie widzialam widok, który wart wszystkiego! samica - mama zębięłkowa wyprowadzała swoje młode chyba do nowego gniazda... szły wszystkie gęsiego! mama, a za jej ogonek pyskiem trzymał się młody nr1 :), dalej tak samo kolejne 7 :) takie zębięłkowe wagoniki :) Zębiełki są pożyteczne, są pod ochroną, nie śmierdzą jak myszy - stąd spokojnie mogą w domu sobie żyć, Jedynie czasem piszczenie przeszkadało. Mysz jak zauważy ruch zwykle siedzi cicho, zębiełki dokazują że hej! :) Łatwiej je tez chyba złapać nawet w rękę, łatwiej też je oswoić, Są dużo jaśniejsze od ryjówek. Jestem fanką usmiechu GUSTAWA!!!
ania, 2011/02/19 23:32
hmm, trochę za bardzo na północ dla zębiełka, ale skoro został odkryty w Puszczy Białowieskiej, to czemu nie u nas?? To dopiero! Rzeczywiście wydaje się jaśniejszy niż ryjówka, tylko że też jest malutki, nawet się zastanawialiśmy czy to ryjówka malutka czy aksamitna. Chociaż teraz patrzę na ryjówki w internecie i widzę, że aksamitna jest jaśniejsza od malutkiej, więc chyba jednak ryjówka. Musze zrobić wywiad u bardziej uczonych od nas:) A co do Gustawa, najfajniejsze jest to, że on się śmieje, gdy tylko widzi aparat foto w moim ręku:)
ania, 2011/02/20 18:05
http://forum.przyroda.org/topics3/zebielek-w-domu-vt8809.htm szkoda że nie wiedziałam wcześniej, to bym go lepiej obejrzała, do głowy mi nie przyszedł zębiełek
darek, 2011/02/20 18:11
Dokładnie na żywca się nie da, bo jak mu zajrzysz w zęby? Nie jestem prawdziwym biologiem, uważam że lepsze żywe niewiadomoco niż martwy i dobrze oznaczony
Skomentuj:
WKSMN
 
 
jezdzenia_pksem_walentynek_i_dotykowych_komorek_tez.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika