23 czerwca 2011

śpiewam sobie już bez Gucia

Jedzie pociąg z daleka

Na nikogo nie czeka

Konduktorze łaskawy

Byle nie do Warszawy!

a całe słowa, pod którymi w zasadzie mogę się podpisać obydwiema rękami, do wysłuchania tu:

Przetrwałam ostatnie 10 dni, w tym dwa wyjazdy do Warszawy, drugi półtora dnia po pierwszym i ogłaszam wszem i wobec, że moja noga ani kółko tam nie postanie aż do 7 września! Tylko za Guciem będę tęsknić, ale mam nadzieję, że przyjedzie do nas na dłuuuugie wakacje. Piosenka Rynkowskiego to jedna z paru, które towarzyszą Gutkowi przy buju, buju. Ma zestaw do bujania, w skład którego wchodzą: „Wlazł kotek na płotek”, „Pieski małe dwa”, „Kupiłem czarny ciągnik”, „Jedzie pociąg z daleka” właśnie, a na deser pan Fronczewski musi zadeklamować „Lokomotywę” Brzechwy i dopiero Gucio jest kontent.

a tak wygląda zadowolony wnuk podczas jedzenia

W Warszawie miałam nawet wolne jedno popołudnie, które spędziłam z Guciem w Jordanku

dokąd obowiązkowo pojechała także tutuła zwana już zamiennie koparą

Moja tutuła!

i pojazdy bezpiecznie zaparkowane w domu

Nastąpiło też różnicowanie na koparkę i traktor zwany tantonem

tanton z petepą

a przy okazji jest obawa, że babcia Aja będzie się jawiła Gutkowi jako omnipotentna cudotwórczyni, bo ten oto tanton z petepą z drzewem został zakupiony w drodze na działkę, gdzie odbywało się dalsze pakowanie gratów przed oddaniem kluczy nowym właścicielom, i upadł Guciowi na trawę tracąc jedno kółko, więc w drodze powrotnej babcia zaniosła tanton do jednego z sieciowych sklepów, gdzie był zakupiony i wymieniła na nowy. A potem zabrała konia drewnianego, któremu złamała się noga, wywiozła do Zawad i wróciła za dwa dni z koniem całym (zasługa to oczywiście dziadka Roberta i kleju typu wikol).

Ale prawda jest taka, że babcia Aja goni w piętkę, ma dość i zastanawia się, kiedy zacznie żyć.
Gdy wpadłam do Zawad po 4 rano i nieco pospałam, zadzwonił Waldek z Ostrowia Kierwińskiego, że ma u siebie Francuzów z przyczepą, których spotkał na polnej drodze i przygarnął. Wysłał ich do nas, żeby kolejną noc nocowali bez przygód i sławili Polskę jako kraj bezpieczny. Ponieważ wyrwał mnie ze snu, zapewniłam, że jeśli dojadą, Francuzów przygarniemy i oczywiście zapomniałam powtórzyć Robertowi. Więc gdy pracowałam w Olecku, zadzwonił poinformować mnie, że chyba o czymś zapomniałam mu powiedzieć. Wsi nie zrobił na szczęście, nie przegonił gości:) wręcz przeciwnie, aż zostali dłużej, tak im się podobało na naszym parkingu z widokiem na jezioro.

Ja niestety zostawiłam ich zanim oni opuścili nas, bo znowu, tym razem kangurem, coby graty mieć czym przywieźć z Arciechowa, pojechałam wiadomo gdzie. Robert mówił do nich po angielsku, po francusku słuchał, żeby sobie język przypomnieć i znowu wyszło na to, że na polskiej wsi rolnicy francuskim władają (kiedyś jakiś Belg poprosił, żeby pomógł mu wyciągnąć z rowu samochód i nieco się zdziwił:)) Francuzi, choć nie wiem, czy tak można o nich powiedzieć, bo mama Laury jest Niemką, Marc ma greckie korzenie a wygląda jak Arab i mieszkał swego czasu w Syrii, dzieci zaś, a jest ich trójka, w tym jedno niemowlę, poza nim gadają w dwóch językach naraz, tak że nawet poliglota Robert nie mógł ich zrozumieć. Wędrują do Indii i z powrotem najdłuższą jak się da trasą, a ich osiągnięcia można obserwować na blogu bringmichvonhierweg.wordpress.com.

i pojechali…

Zaszczyt nas kopnął i znaleźliśmy się na blogu z bardzo miłym wpisem pt. Zawady Oleckie, niestety w języku dla mnie niezrozumiałym, ale w wolnym tłumaczeniu (z tego co pamiętam, gdy mi Madzia czytała) jest tam o tym, że kamienista dróżka przywiodła ich do niebieskiego domu pod kominem, że jest tu superancki domek dla dzieci, cudowne jeziorko i że jest jak w raju i właściwie mógłby to być już kres ich podroży. Obiecali Robertowi kartkę z Kazachstanu, napisali mejla z Wilna i budzą zazdrość przeogromną w Borysie, któremu też zamarzyła się taka podróż.

A ja wreszcie szczęśliwa, że nigdzie nie muszę podróżować, wróciłam w nocy w niedzielę, po czym z rana posprzątałam po jednych gościach, których jeszcze udało mi się poznać, bo zostali do poniedziałku rano, zaraz potem przyjechali następni i pognałam do pracy. Wizytówka Zawad czyli żurawie na okoliczność pełni sezonu przeniosły się na naszą górkę za płotem i kasa nie musi zwracać za bilety, za to psy muszą z nimi czasem pogadać:

Do teraz próbujemy uporać się z kolejnym transportem gratów. To naprawdę niepojęte, ile człowiek gromadzi wokół siebie. Zwłaszcza taki chomik jak ja i babcia Teresa:) Ciekawe, co by było, gdybym miała do dyspozycji tylko camper i przyczepę… Od poniedziałku na okrągło piorę ubrania, ręczniki, obrusiki, dywaniki… bo na nieogrzewanej działce nieco zatęchły i brzydko pachną, a potem dumam, gdzie to wszystko przechować, zanim domek na górce je wchłonie. To samo z paczkami pełnymi naczyń, przyborów, ozdóbek… Koszmar. Póki co oczywiście lądują na ganku, a pod nimi tyrtolaki mają własną koncepcję na wygodne posłanie, gości do galerii więc prosimy uprzejmie, by przechodzili przez ganek z zamkniętymi oczami.

Lodzia ma także swoją koncepcję na posłanie Belfegora

Regularnie odwiedza nas Rudy, który nielegalnie (wg niego) dokarmia się w w domku na górce. Raz był nawet u nas w domu, aż go psy wywąchały i przegoniły, a wczoraj Robert natknął się na niego w garażu. Kot jest piękny i dziki, ale najwyraźniej ma się ochotę zadomowić, szkoda tylko że nasze psy nie chcą.

obserwuje nas z ukrycia zza ogniskowej ławki, zdjęcie nieco rozmyte, bo już zmierzchało

nasze koty chyba się z nim znają, bo w ogóle nie mają przeciwko

a w domku dziecięcym zadomowiły się osy

więc wczoraj Robert z narażeniem życia usunął gniazdo szpachelką, wyniósł w torebce pod dalekie drzewo i uciekł co sił w nogach, a teraz wreszcie domek wykańcza. Zmajstrował też huśtawkę, która póki co na parkingu, zanim stanie przy domku, no i będzie miała dłuższy drążek, na dwie huśtawki, teraz tylko prowizorka dla małego Szymona w gościach.

A poza tym deszcz wziął sobie do serca nius poprzedni, krążą nad nami chmury, z których co i rusz jakaś ulewa spadnie,

łąki posiwiały

nasza nowa łąka ma się świetnie

a domek na górce zarasta…

Znowu nie ma czasu na zapis głębszych przemyśleń i tak już będzie, bo przypływ kasy zaowocował wzmożeniem robót remontowo-budowlanych, a dotychczasowych robót jakoś nie chce ubyć. Ale tylko do 15 lipca! Potem… chłodne piwko w cieniu pić:) bo póki co mogę tylko wieczorem po pracy…

Komentarze

OLQA, 2011/06/23 12:49
najważniejsze,ze nie zastój tylko DO PRZODU!!!Gustaw jak zwykle wymiata!:)
Ola z Katowic, 2011/06/28 09:40
Najładniejsze są of course koty!!!!!
Aurela, 2011/06/29 21:23
Wnusio rośnie jak na drożdżach;) Dzieje się duuuużo jak czytam;)) Do zobaczenia;))))
ania, 2011/06/29 21:36
Czekamy na Was z utęsknieniem!
Egretta, 2011/06/29 22:44
Domek dla dzieciaków jest pierwsza liga :) Zachwyciłam się pomysłem i nie mogę obiecać, że nie zbudujemy podobnego :)
ania, 2011/07/06 10:39
domek nie jest opatentowany, można budować, a nawet kupić w supermarkecie:)
Bea, 2011/07/06 13:22
Duzo sie dzieje jak zwykle! Spotkanie z podroznikami niesamowite -tez zazdroszcze im tej podrozy :) Kocury slicznie sobie siedza na murku :) mam nadzieje ze rudy wkrotce dolaczy i licze na jego foty ...pozdrawiam!
Skomentuj:
YPGPL
 
 
konduktorze_laskawy.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika