14 lipca 2012

Kto rozdaje karty

Podobno Pan Bóg, ale musiałabym wtedy wierzyć w Boga Złośliwego, więc wolę nie. W każdym razie przeżyliśmy lekcję pokory i gdybyśmy mieli jeszcze wątpliwości, to już na pewno nie mamy. My kart nie rozdajemy! Wyznaczyliśmy kiedyś termin 12 lipca dla pierwszych gości w apartamencie. Ale plany sobie, a życie sobie…

Póki co żadnych zdjęć, bo aparatu do ręki wziąć nie było kiedy. Tylko historia.

Gdy glazurnik opuścił nas nieoczekiwanie na zawsze, pieprzyło się (to eufemizm) wszystko po kolei. Godzina ZERO była zgodnie z zapowiedzią Aurelii w środę o 15.00-16.00. Robert zamiast robić łóżka, szafę, półki pod blatem, wieszać szafki, zakładać krany, kible i wszystko to, co niezbędne dla gości, oddawał się układaniu kafelków w łazience, bo łazienka to podstawa i na nic więcej nie miał już czasu. To była bardzo trudna łazienka. Fugował ją jeszcze w środę rano. Podwórze, które straszyło po wizycie koparko-spycharki, nie doczekało pomocnika Roberta od ciężkich robót, bo jak wyszedł w piątek, to już nie wrócił. Babcia Teresa, która miała przyjechać PKSem słynnej firmy Polonus w sobotę o 6.40 rano, i w tym celu wykupiła bilet, by zająć się szmatami (kapami, poduszkami, zasłonami…), po 8 rano zadzwoniła, że autobus pojechał bez niej przed czasem, choć była na dworcu 10 minut przed planowaną godziną odjazdu. Kierowca załadował cały autobus nie bacząc na wykupione miejscówki i pojechał. Babcia zakupiła więc bilet na 10.30 i wróciła do domu, by za chwilę znowu spędzić 2 upojne godziny na dworcu, bo tym razem kierowca po nią nie przyjechał, ale zaalarmowany zawrócił. Tak więc umordowana babcia (a kończy w sierpniu 80 lat, choć chciałabym mieć jej energię) dotarła do Zawad wieczorem zamiast w południe. Ja w przerwach między pacjentami, warsztatami ceramicznymi i sprzątaniem pensjonatu (w dziurze, którą mieliśmy w rezerwacji, pojawili się goście trzydniowi), skrobałam i szlifowałam meble. Przy kluczowym kredensie do kuchni padły obie szlifierki. Właściwie psuło się (nowo kupiona spłuczka do kibla, nakrętka od prysznicowego węża…) lub ginęło wszystko, co mogło (gdy zgubiłam jedną listewkę od kredensu a następnie bez problemu znalazłam ją w ciemnościach na podwórzu, uznałam, że to CUD). Wisienką na torcie była lodówka, którą Robert włączył w docelowym miejscu, a która powiedziała „a figa”. Przyjechał pan, który ku naszej radości akurat znalazł wolną chwilę, więc myśleliśmy, że może wreszcie szczęście się odwraca, z nadzieją napełnił ją freonem, ale niestety. Zawiózł lodówkę do Olecka, a nazajutrz, czyli na 2 godziny przed godziną ZERO dowiedziałam się (będąc w Olecku po jakieś rurki i inne haczyki), że poszła sprężarka i należy się 500 zł za całą naprawę. Wszystkie karty odmówiły w bankomacie posłuszeństwa, bo z pustego i Salomon nie naleje, więc jedyne co mogłam, to rozpłakać się z bezradności i przy okazji wziąć pana na litość. Oddał lodówkę bez zapłacenia za naprawę, by była na przyjazd gości. Do tego dzień wcześniej wyjechali pensjonariusze spod tulipana, bardzo mili, mieli jednak jedną wadę. Byli małymi niechlujami;) i pensjonat po ich pobycie wymagał co najmniej dwóch dni, by doprowadzić go do użytku dla następnych gości. A dzień był tylko jeden, a w zasadzie żadnego, bo w domku na górce była kompletna klapa. Gdy Aurela z Monią już o 14.00 oznajmiły, że są w Sokółkach (dla niezorientowanych 5 km od nas), nie było jeszcze zrobionych łóżek, żadnych mebli w pokojach, poza pufami z Pepco i arabskimi dywanikami, umywalka była niezainstalowana, w jadalni brak stołu i krzeseł, nie mówiąc o takich szczegółach jak lampy (tylko gołe żarówki u sufitu). Gdyby nie anioł Agnieszka ze skrzyżowania, która pomagała nam przez ostatnie dni i posprzątała wszystko na błysk, pomyła tony naczyń i talerzy i umieściła je w kredensie, który ostatniej nocy wykańczałam, byłaby totalna klęska. Robert wracał do domu o piątej rano, padaliśmy oboje na pysk, moje sprawy święte, czyli spacery z psami i pływanie w jeziorze odbywały się biegiem, czasem tuż przed 22.00, gdy jeszcze całkiem nie było ciemno, bo do tego ja jeszcze pracowałam z pacjentami… Więc gdy Monia z Aurelą jechały z Sokółek, rzuciłam się na sprzątanie kuchni pod tulipanem, żeby miały gdzie przeczekać, zanim będziemy mogli je wpuścić do właściwego lokum. Robert pobił rekord Guinessa w robieniu łóżek, ale jak pech to pech, w trakcie rozpętała się burza. Udało mu się jakoś skończyć pod dachem, ja zainstalowałam materace, położyłam posłaną wcześniej pościel i kapy, ale wciąż nie była gotowa łazienka. Gdy Robert przystąpił do wycinania blatu pod umywalkę… padł prąd. I to był koniec! Do tego była to największa burza w tym roku, pioruny waliły pod nosem, Monia ratowała podczas naszej nieobecności Belfegora, który coraz gorzej sobie w takich chwilach radzi i puszczają mu zwieracze. W końcu burza poszła i nasi wczasowicze zniecierpliwieni przywędrowali na górkę, a następnie wzięli część spraw w swoje ręce. Wykaraskałyśmy z Monią spod sterty rupieci stół i krzesła, umyłyśmy je, wprawdzie brakowało śrub mocujących nogi do blatu, ale z braku prądu nie było nic innego do zrobienia, jak napalić w kuchni, wstawić wodę na herbatę, usiąść razem przy nieskręconym stole i zjeść kanapki przygotowane przez Aurelę… I to był mój i Roberta pierwszy posiłek tego dnia, a była pewnie 19.00. I tak to daliśmy kompletną plamę w Domku na górce. Dziewczyny umyły zęby przy zlewie w kuchni:) a Robert wycinał otwór w blaciku i impregnował znowu po nocy, po czym zainstalował umywalkę na drugi dzień, ale że wężyki okazały się za krótkie, znowu, tym razem on, bo ja od 7 rano sprzątałam pensjonat, wykonał kolejną wycieczkę do Olecka (w ostatnie dni jeździłam po dwa razy dziennie). Przyjechali goście, na szczęście sami swoi, czyli Kinga z Zenusiem i licznymi przyległościami, a my znowu daliśmy plamę, choć tym razem to goście się pospieszyli i byli grubo przez rozpoczęciem doby hotelowej, ale wiedząc, że poprzednicy wyjechali dzień wcześniej, mieli prawo i uprzedzali. I znowu goście wzięli sprawy w swoje ręce, dokończyli sprzątanie kuchni, gdy ja po raz trzeci szorowałam ściany w kiblu, by pozbyć się przykrego zapachu. Po moim sprzątaniu pokoi i tak jeszcze Kinga odkryła puste flaszki i dwa pełne piwa w skrzyni, której nie sprawdzałam, bo nikt nigdy do niej nic nie wkłada, wycieram ją więc tylko z wierzchu. A wczoraj, gdy ostatni raz pracowałam z pacjentami, skosiła podwórze! Takich mamy gości!:) I tak minęły najbardziej koszmarne dwa dni ostatnich czasów a potem wrócił pomocnik, wyraził skruchę i choć Robert odgrażał się, że wyrzuci go na zbity pysk, to prawda jest taka, że bez niego wykopalibyśmy sobie grób próbując doprowadzić posesję do porządku, a tak dziś już posiałam trawkę. Każdego dnia usprawniamy Domek na górce i w zasadzie to były tylko dwa dni obsuwy, ale to nie Euro tylko agroturystyka dla ludzi, więc obsuwy nie może być ani godziny! Teraz z racji, że mieszkają już goście, nie możemy pracować pełną parą i nocami, i przybywa już pomału.

Wczoraj przybyła meksykańska umywalka:

ale drzwi do prysznica zjadła lodówka:(

Wczoraj też w pokoju Dawida szafka dostała gałki do otwierania, ale do skrobania pójdzie po sezonie:

Dziś w apartamencie przybyła rama (dopiero wczoraj, zamiast w poniedziałek, przyszły materiały do jej „odnowienia”) i szafa, wreszcie wyremontowana przez Roberta (ten remont wymagał męskiej ręki):

W jadalni skręcony stół, miał być „póki co” ten z działki z Arciechowa, zanim Robert skleci taki ze starych desek, ale nie wiem, bo ten całkiem dobrze wygląda… Tylko krzesła na pewno będą inne, znaczy są, ale niewykończone w stodole:

Dziś w kuchni pod blatem Robert instalował półki, ale nie skończył:

I zawisła pierwsza lampa - w korytarzyku apartamentu. Tak, tak, to ta sama, co kiedyś wisiała w pensjonatowej kuchni, tylko trzeba było skrócić jej rurkę:

W korytarzu za to jest jak było, tyle że wysprzątane i na wandze schodów przybyło parę haków do zawieszenia kapoty:

Jak widać podłoga w kuchni zamiast z drogich kafli czy cegiełek - z tanich resztek rustykalnych kolekcji, które już wycofano. Moim zdaniem, prezentuje się całkiem nieźle, a i w sprzątaniu o niebo lepsza:

Jeszcze tylko druga część domu do 7 sierpnia, i będziemy mogli spać spokojnie…

bo póki co tak wygląda Romantyczna Dwójka 2:)

Komentarze

Monika, North Carolina, 2012/07/15 07:39
No niezle, niezle - niczym Stachanowcy! Gratuluje wykonczenia (z obsuwa, ale zawsze!) Domku na Gorce!
ania, 2012/07/15 09:43
Eeee! Do ukończenia to jeszcze jakiś rok:)
Ewa U., 2012/07/15 11:15
Teraz może być tylko lepiej, chociaż przecież już jest ślicznie! Mojemu Hukale, który strasznie bał się burzy, puszczałam głośną muzykę (o ile był prąd). Raz nie mogłam już znieść jego strachu i pojechałam z nim tam, gdzie nie było burzy...
OLQA, 2012/07/15 18:54
Jestem pod wrażeniem, że tak sobie poradziliście!!!ja w takich sytuacjach zupełnie tracę głowę, bo jestem powolna jak kierowca walca:)
Kasiaw, 2012/07/15 21:34
Jejku, faktycznie jak pech, to pech. Pecha wykończyliście :) w dosłownym słowa tego znaczeniu. Teraz będzie już tylko :) lepiej. A wnętrza Domku bardzo ładne. Cały czas kibicuję Wam i trzymam za Was kciuki.
Michał z Warszawy, 2012/07/17 14:40
Pani Aniu - jest pięknie. Nic dodać, nic ująć.
ania, 2012/07/17 17:46
Dzięki wszystkim za słowa uznania! Dodać jednak jeszcze trzeba:) - przede wszystkim parę lamp, bo na razie wciąż gołe żarówy i teraz dopiero rażą przy tych złotych ramach:)
Aurela, 2012/07/20 15:26
Byłam przeżyłam- nie żałuję;)))))!!!!! Cudnie i pięknie i atmosfera jak się patrzy- rodzinna;))wracać do miasta żal.:( Aniu i Robercie jeszcze raz ogromne wielkie dzięki za wszystko;)
monia, 2012/07/20 18:44
- e tam, dla mnie było zajefajno i tylko szacun dla gospodarzy! Domek jest cudny! Raz jeszcze ukłony!
ania, 2012/07/20 20:17
Dziewczyny (i chłopcze:))! - to ja DZIĘKUJĘ (za obrazek, za wierszyk, za WAS i za Waszą cierpliwość) i do zobaczenia za rok!
Egretta, 2012/07/22 20:54
Jesteście wielcy!! :)
Skomentuj:
EARJX
 
 
kto_rozdaje_karty.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 18:33 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika