2 czerwca 2011

Lekka przesada

Lekką przesadą jest, że mieszkam w takim idyllicznym miejscu, nic, tylko przechadzać się po łąkach i malować widoki, a gnam niczym szczur w korporacji. Marzę o wakacjach, choć wakacji nie mam. Marzę więc o 19 czerwca, gdy ostatni raz będę w Warszawie aż do września, a potem o 12 lipca, gdy po raz ostatni przed urlopem od pacjentów pojadę do gabinetu i 14 lipca, gdy po raz ostatni będę gadać pół dnia przez telefon. Gdy zostanie mi tylko pracownia, galeria i warsztaty, ścielenie łóżek i mycie kibli oraz „drobne prace” porządkowe w gospodarstwie, to będą prawie wakacje. Wakacje… Kiedy ja miałam wakacje? Już nie pamiętam. Taki np. Darek, brat Roberta, który wrzuca wyroby na serwer galerii i w ogóle opiekuje się naszą stroną, oznajmił że jedzie na wakacje i nie będzie go do 5 lipca. Ponad miesiąc laby! Chyba bym zwariowała od takiej ilości wolnego:) ale jak patrzę na nasze darmozjady, to nieco im zazdroszczę…

Nie powiem, chciałabym czasem oddalić się na tyle, żeby mnie żadne sumienie nie gryzło, gdy próbuję posiedzieć i NIC NIE ROBIĆ. Od tego właśnie są urlopy, żeby wyjechać nawet w jakieś idiotyczne miejsce, gdzie wcale nie jest ładniej i ciekawiej, nie mówiąc o wygodzie, niż w domu. Żeby NIE MÓC robić, co się powinno. Nie móc, bo to coś, co się powinno, jest na tyle daleko, że się nie da. Np. nie da się dobudować drewutni za stodołą, żeby drewno nie mokło,

kosić rosnącej w tempie tropikalnej dżungli trawy,

a jak się dorwie do kosy spalinowej, łanów pokrzyw przy drodze do plaży,

za to można leżeć sobie gdzieś na plaży, a trawa na łące sama rośnie, znając jednak Roberta, nawet leżąc na nadmorskim piachu wciąż by myślał, czy wystarczająco dużo deszczu spadło, czy słońce nie pali za mocno i trawki nie wypali…

ale czy na plaży, czy wpatrując się w trawę, i tak by niczego nie zmienił;)

Ja jednak o innej lekkiej przesadzie chciałam.
Nie w tę, tylko w poprzednią niedzielę znalazłam w pracowni myszkę. Znaczy jakiegoś gryzonia, jeszcze ślepego, rozpłaszczonego na zimnym betonie. Robert wtedy kosił, przestawiał do pracowni donice, myślałam więc, że gniazdo było w którejś z nich i gryzoniowa mama przenosząc małe zgubiła jedno z dzieci. Przełożyłam maleństwo kawałek dalej, żeby go nie rozdeptać i zamknęłam pracownię w nadziei, że gdy będzie tam spokój, matka wróci po zgubę. Niestety tak się nie stało, przeszukaliśmy więc okoliczne kąty w poszukiwaniu gniazda, ale nie znaleźliśmy. Położyłam więc myszkę w cieplejszym miejscu, ale wciąż obok tego, gdzie została znaleziona, znowu mając nadzieję, że w nocy jednak ktoś się po nią zgłosi. Rano serce mi się ścisnęło na widok wciąż żyjącego i otwierającego pyszczek w poszukiwaniu sutka maleństwa. Niestety, wciąż tam było, przetrwało zimno i głód. Ach te pierwotne uczucia! Nie trzeba być mną, żeby na widok porzuconego, głodnego, ślepego nieboraka, nawet jeśli jest tylko myszą, nie czuć tego, co ono czuje. Nie mogłam patrzeć, jak się męczy, a jedyne, co przyszło mi na myśl, to skrócić jego męczarnie. Oddelegowałam Roberta. I co widzę z kuchennego okna? Że włącza lampkę w pracowni nad wymoszczonym koszykiem z myszką i dzwoni do specjalisty od myszy. Specjalista wprawdzie głównie trudni się pracą naukową, która wymaga od myszy poświęceń, ale zaaprobował karmienie myszy krowim mlekiem:) I tak przez dwa dni wychowywaliśmy niemowlę gryzonia. Zostało przeniesione do domu, zamknięte przed kotami, ogrzewane żarówką i co 3 godziny karmione strzykawką. Robert twierdził, że robi to z ciekawości, niczym dr. House, bo chce zobaczyć co z myszy wyrośnie. Nic a nic mu oczywiście nie wierzę, ale dla okolicznych mieszkańców, co czytają niusy, niech ta wersja zostanie:)

Niestety. Myszka jadła coraz mniej, ustał jej odruch ssania i we wtorek koło 11.00 życie z niej uleciało. Została pochowana z należnymi zwierzęciu domowemu honorami i wróciliśmy do normalności. Wyjechałam do Warszawy, wróciłam jak zwykle o świcie w poniedziałek, i w tenże poniedziałek wypoczwarzyły się z pracowni identyczne jak nasza podopieczna gryzonie, czyli jej rodzeństwo, od którego została brutalnie odłączona, tyle że odpowiednio większe, gotowe do samodzielnego życia. Czyżby?? Kompletnie toto się nie bało, łaziło w ilości 5 sztuk między pracownią a składowiskiem doniczek pod schodami na strych stodoły, opalało się na słońcu w trawie, kimało, podjadało, dawało się głaskać i brać do ręki. Dwa z nich trzymały się razem, jedno za to było niezależne i chodziło swoimi ścieżkami.

(to moja noga)

Jak zaczęło chodzić po nosie Belfegora, który lubi polegiwać pod pracownią, zaczęło być niebezpiecznie. Bo z początku Belfegor ze zdziwieniem patrzył na te futrzane kulki, ale potem się wkurzył ich bezczelnym nie robieniem sobie z niego niczego. Wyłapałam więc towarzystwo do kubła (bez żadnego problemu) i wyniosłam za parking, w miejsce oddalone od łowisk naszych kotów.

w kuble przylgnęły do siebie, tylko to niezależne schowało się pod trawą

Sprawdziłam w internecie, że mam do czynienia z najpospolitszym niemal gryzoniem w Polsce, ze szkodnikiem paskudnym, nornikiem zwyczajnym i że to lekka przesada ratować je, nie mówiąc o całodobowej opiece nad niemowlętami:) I wprawdzie zgadzam się z Darkiem, że z karmą dla kotów lepiej się nie zaprzyjaźniać, ale muszę przyznać, że te małe chomiczki były bardzo miłe:) No ale poszły w świat. Mam nadzieję:)

Za to w Warszawie w przerwach między zawodowymi zajęciami przyjaźniłam się z Gutkiem, który po obcięciu włosów wygląda tak poważnie, że wciąż się dziwiłam, że to on. W dodatku od czasu, gdy byłam ostatnio, a przecież to było niedawno, Gutek poczynił kolejny milowy krok rozwojowy. Robi kupę do kibla i woła, kiedy chce siusiu!

poza tym gada i śpiewa z interaktywnym Kubusiem Puchatkiem

i uwielbia chodzić na działki podziwiać kwiatki

A w czasie, gdy mnie nie było, Robert wykonał, co dawno już zapowiadał. Zlikwidował Lodzi kanapę. Prawdą jest, że w pokoju stała kanapa, na której nie dało się usiąść. Czasem sypiał na niej Pieso, ale ostatnio we władanie wzięła ją Lodzia. Skakała po poduszkach, które miały służyć za oparcie, by je ugnieść i uczynić wygodnymi do leżenia, a koc, którym kanapa była przykryta, tak tyrtoliła, żeby się w niego zakutać. Tymczasem Belfegor nie miał porządnego posłania. Jedynie materac na ganku. W domu miał legowisko w przejściu, gdzie zagradzał kotom drogę z piwnicy na pokoje no i chodziło mu się po derce, żeby wejść do łazienki. Często też kładł się na łazienkowym dywaniku pod drzwiami, więc co jakiś czas tymi drzwiami obrywał. Robert od dawna przemyśliwał, gdzie zrobić wygodny materac, na którym pies mógłby się wyciągnąć. W końcu na stare lata mu się należy. No i nigdzie takiego miejsca nie było, chyba żeby zlikwidować kanapę, której nikt oprócz Lodzi nie używa. A to przecież LEKKA PRZESADA, żeby taka mała suczka miała na własność taką dużą kanapę. Lodzia ma swoją budkę, poza tym i tak przesiaduje na fotelu Piesa albo na łóżku, więc kanapy już mieć nie musi. I tak będąc w Warszawie dostałam mejla ze zdjęciem pt „Belfegor kocha swojego panusia”:)

Problem w tym, że małe żółte od razu podsiadły Belfegora, a on, nie będąc pewnym po tylu latach tułaczki, czy oby na pewno należy mu się spanie w luksusach, często im ustępuje

A poza tym bzy przekwitły, burze minęły nas bokiem, woda w jeziorze boska, tydzień temu padało i była piękna tęcza

a ja idę spać, bo jutro od nowa…

Komentarze

Tess, 2011/06/03 13:58
Kamień spadł mi z serca, że nie tylko ja ratowałam pod lampą mysiego oseska:-))) Taki maluch na krowim mleku nie miał szans przeżyć. Ja za radą znajomej hodowczyni myszy rasowych karmiłam rozrobionym kocim mleczkiem w proszku - zawsze mamy toto w domu na wypadek jakichś kocich dzieci do wychowania:-))) Ale takiego małego gryzonia strasznie trudno utrzymać przy życiu. Wrażliwe są. Pozdrawiam serdecznie i wracam do roboty ( ja też już nie pamiętam co to jest urlop...)
Bea, 2011/06/03 16:52
Bo wszystkie Roberty to wrazliwe chlopaki sa :) Moj R. w zeszlym roku pliszke maluska przyniosl, prawdopodobnie wypadla z gniazda, niestety tez sie nie udalo. Cudne to zdjecie slepego maluszka. A Lodzia to niezle "sie rządzi"... biedny Belfegorek :)
ania, 2011/06/03 20:05
No niestety tak to bywa z tymi przedwcześnie poza gniazdem - na ogół są z niego wyrzucane, bo był w nich jakiś feler, którego ludzie nie widzą, a zwierzęta tak. Te ptaszki, myszki i tak by umarły, dlatego są eliminowane, żeby niepotrzebnie w nie nie inwestować. A my z naszą ludzką naturą nie umiemy myśleć ekonomicznie o dzieciach, więc podejmujemy się ratowania za wszelką cenę. Poza nielicznymi przypadkami, gdy jakiś ptaszek kręcił się za energicznie i wypadł a nie został wyrzucony, albo myszka została rzeczywiście zgubiona podczas przenosin gniazda, a nie zostawiona celowo, jesteśmy skazani na frustracje w odchowywaniu takich nieboraków. Jednak kogo ta świadomość powstrzyma...;)
Aurela, 2011/06/04 10:28
A to historia! Pozdrawiamy:))
Ola z Katowic, 2011/06/04 16:19
A wiec urlopy są cudne... tylko gorzej z dostosowaniem sie do rzeczywistości po... wiem coś o tym, wlasnie wrociłam :-) pozdrawiam
Egretta, 2011/06/06 18:36
Aniu, jesteście dobre ludzie i tyle :)
kudlanka, 2011/06/24 11:52
Ja jednak bym na nornice rudą a nie nornika stawiała. Norniki są właśnie bardziej szare, mysie takie w kolorze. DO tego opis zachowania, spokój i sypatyczność - też nornicowatą są a nie nornikową :) Tak czy siak - słodziaki! Choć prawdziwą słodyczą to jest sam Gustaw!
ania, 2011/06/24 15:22
W internecie jest zdjęcie na którym jest identyczne zwierze i podpisane jest "nornik zwyczajny" - http://zoo.wendys.cz/foto/f102.jpg i na tym opieram swój pogląd, z kim miałam do czynienia:) 4 tygodnie później z pracowni wywędrowało kolejne pokolenie futrzanych kulek, ale jakoś szybciej poszły same w świat a my wciąż nie wiemy, gdzie mają gniazdo.
Skomentuj:
VYTXJ
 
 
lekka_przesada.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:25 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika