20 stycznia 2012

Marek Keller nie żyje

Nie mogę się zabrać do tego niusa, bo to Robert powinien go napisać.
Marek zmarł tydzień temu, 13-tego w piątek a wczoraj Robert pojechał się z nim pożegnać do Sztabina. Do małej kaplicy, gdzie wystawiono trumnę. Pogrzeb w najbliższy poniedziałek w Warszawie, Sztabin za Augustowem, 100 km od nas, ale przede wszystkim bez pogrzebowego tłumu, który niewątpliwie przybędzie pożegnać swojego nauczyciela, ornitologicznego guru, współpracownika, kolegę i przyjaciela. Bo Marek Keller był człowiekiem wyjątkowym – jego pasja a przede wszystkim sposób bycia, przyjazny stosunek do ludzi, anegdoty i opowieści, którymi sypał jak z rękawa i podejście do studentów gromadziły wokół niego wielu. Takiego Marka znałam sama.
Przez jakiś czas na studiach miałam z nim zajęcia fakultatywne z zoologii leśnej i łowiectwa (tak, tak, panowie myśliwi, znam się nieco na tym, co robicie). Taki też był, gdy czasem przyjeżdżałam do Roberta na akcje Wisła, gdzie łapali w siatki, obrączkowali i badali ptaki na wędrówkach.

Zdjęcia z akcji Wisła (także zdjęcie na górze Roberta z Markiem)

Takiego znał go nasz syn, który jeździł czasem na akcje z Robertem. Ale najbliżsi przyjaciele znali Marka też od innej strony - Marka samotnego, który uciekał z pustego domu do ludzi kochających to co on – przyrodę a przede wszystkim ptaki (no i psy, które zawsze miał). Największym paradoksem jest to, że mimo całej swojej wiedzy o ptakach, nie wiem, czy nie największej w Polsce, mimo życia poświęconego badaniom naukowym, mimo spektakularnych odkryć jego i jego studentów (ostatnie, to pierwszy w Polsce udokumentowany lęg puszczyka mszarnego w ukochanych przez Marka lasach sobiborskich) był tylko doktorem, choć należała mu się profesura. Bo Marek nie dążył do zaszczytów i tytułów, nie był gryzipiórkiem tylko wciąż w terenie lub na zajęciach ze studentami. Zmarł nagle mając 57 lat na zawał serca, będąc w odwiedzinach u ojca. Stąd znalazł się w Sztabinie. To był niestety jego drugi zawał. Jak wiadomo drugiego raczej się nie przeżywa. Nie znasz dnia ni godziny.
Marek Keller to przyjaciel Roberta od czasów studiów, gdy Robert był jego studentem, potem pisał u niego pracę magisterską z pokrzywnicy a potem na niejedno drzewo wdrapywali się razem do gniazd drapieżników, w niejedno bagno wpadli i przez niejeden brnęli śnieg. Gdy Robert wylądował w Zawadach, kontakt, jak z większością się urwał. Do czasu 40. urodzin Roberta. Nie znacie tej historii, bo to było w czasach, gdy nie pisałam jeszcze niusów, no może trochę znają Ci, którzy czytali o nas w książce. Wtedy to, na dwa miesiące przed, podprowadziłam Robertowi stary notes z telefonami i zaczęłam odgrzebywać jego znajomych. Z podstawówki, z liceum, ze studiów i z różnych innych miejsc, w tym udało mi się dopaść nieuchwytnego Marka Kellera. W dodatku udało się, bo akurat w urodziny Roberta miał wyjątkowo czas. To bardzo śmieszna historia o tym, jak sprowadziłam do Zawad po kryjomu przed jubilatem jego znajomych i przyjaciół z dawnych lat (z co poniektórymi widział się ostatni raz z dziesięć a nawet kilkanaście lat temu) i zorganizowałam mu urodziny. Goście zjechali się do nieistniejącego już pensjonatu Basi, gdzie czekali aż wybije godzina zero. Nasza późniejsza świadkowa Doris pomagała mi w tajnych operacjach, m.in. w tym, by pojechać po Marka Kellera na PKS do Olecka (niby odwoziłam ją na spotkanie z kolegą z Ełku). Pani Dominika przygotowała potajemnie jedzenie na ciepło, ekipa w pensjonacie Basi szykowała wyżerkę na zimno, ja po kryjomu dowoziłam część dań i ukrywałam w pracowni, ale raz Robert mnie nakrył i musiałam wędzone łososie rzucić w krzaki wymyślając na poczekaniu jakąś historię, gdzie jeździłam samochodem. Robert tylko nie mógł zrozumieć, dlaczego rzuciłyśmy się z Doris na trzepanie dywanów i kazałyśmy mu składać łóżka, skoro zapowiedziany był jeszcze tylko jeden gość, którym tłumaczyłyśmy konieczność robienia porządków. Potem, gdy już dowiozłam Marka i jeszcze brata Roberta (którzy przyjechali razem PKS-em, ale rozpoznali się dopiero pod koniec podróży) do reszty gości, a Dorota „była na spotkaniu” czyli w pensjonacie Basi dopinała wszystko na ostatni guzik, Robert niczego nieświadomy, podejrzewający co najwyżej, że zawadzcy sąsiedzi wybierają się do niego na skromne urodziny, poszedł się zdrzemnąć. Obudziłam go tekstem „ktoś do ciebie pod bramą”. Zaspany, wściekły, że go budzę a nie odprawiłam interesanta sama, podszedł do bramy i zaniemówił.

Banda ludzi w ciemnych okularach, w których powoli rozpoznawał znajomych różnej maści z różnych czasów, podchodziła do bramy i śpiewała „Czterdzieści lat minęło”. Robert jeszcze kilka dni nie mógł dojść do siebie. Ale wtedy właśnie widział Marka po raz pierwszy po wielu latach i reaktywował przyjaźń, a ja widziałam Marka po raz ostatni.

to ten po środku, z brodą

Na urodzinach Marek jak zwykle był duszą towarzystwa. Jeszcze nieraz miał przyjechać do nas w ramach badań nad jarząbkiem, ale oczywiście nigdy nie starczyło mu czasu. Z Robertem widział się parę razy w Warszawie i jak to Robert teraz powtarza, na szczęście w ostatnim roku spotkał się z Markiem dwa razy, bo inaczej by sobie nie darował.
Wczoraj widział Marka po raz ostatni. W pustej kaplicy, gdzie stała odkryta trumna a w niej ubrany w garnitur i eleganckie buty, czyli w strój, którego chyba za życia nie miał nigdy na sobie, z różańcem i Matką Boską na piersi - dość surrealistyczne i kompletnie odjechane, jeśli wolno mi się w takiej chwili tak wyrazić. Dokoła stały zgaszone gromnice, kilka wieńców, a wkoło nie było żywego ducha. Robert mógłby Marka zabrać ze sobą i pochować u nas w ogródku. Ale mógł też z nim ostatni raz pogadać. Na pożegnanie położył mu na piersi radziecką lornetkę 10×50, kupioną w 1984 gdy poznał Marka i zaczął działać w Sekcji Ornitologicznej. Lornetkę, która 'widziała' to wszystko, co widział Robert. Może nikt jej nie zabierze, może uszanują świętość. Może TAM są ptaki i lornetka się przyda.

I to obudziło moje refleksje. Jeszcze w dodatku czytam ostatniego Huellebecqa, którego dostałam pod choinkę. Niepoprawny jak zwykle Huellebecq brutalnie uśmiercił w książce sam siebie, ale daje mu to okazję do wkładania w usta i głowy bohaterów refleksji na temat ciała po śmierci. Nie wiem, jak u Was, ale u nas chyba każdy w rodzinie z tych, co już myślą o śmierci, życzy sobie, by go skremować i rozsypać. Póki co wymagać to będzie wykradzenia prochów, bo jeszcze się przepisy nie zmieniły i na razie prochy trzeba schować do grobu, ale miejmy nadzieję, dożyjemy;) Roberta mam rozsypać po naszych łąkach, a on mnie do jeziora. Wielu, którzy nie wierzą w klasyczne zmartwychwstanie i nie chciałoby jako zombi ganiać po świecie;), tak ma. Na ogół chodzi o to nieestetyczne wyobrażenie, jak nas robaki zjadają, choć obecnie w wybetonowanych grobach zwyczajne robaki mają niewielkie szanse. Część z nas boi się, i ten nieracjonalny lęk jest również moim udziałem, że znajdą się w tym samym położeniu co Ryan Reynolds w „Pogrzebanym”, który zresztą podczas kręcenia tego filmu (cały rozgrywa w trumnie pod ziemią) nabawił się klaustrofobii. Prawda jest taka, że gdy umrę, będzie mi wszystko jedno, co się ze mną stanie ale wyjątkowo w tej sprawie myślę nieegoistycznie o bliskich, którzy może będą chcieli mieć gdzie przyjść postawić świeczkę w Dzień Zmarłych. Bo przecież groby nie są dla tych, co umarli, tylko dla tych, którzy chcą pamiętać – żeby im było łatwiej.
Huellebecq opisuje buddyjską praktykę Asubha – medytacji nad zwłokami, niedostępną dla człowieka z Zachodu, chociaż policjantowi z jego książki, który pracował w policji kryminalnej, pozwolono praktykować w klasztorze w Sri Lance. Udawał się codziennie rano przez dwa tygodnie w miejsce składania zmarłych bez żadnej ochrony przed drapieżnikami i owadami. Stosując się do zasad medytacji musiał powtarzać 48 razy „oto moje przeznaczenie, oto przeznaczenie całej ludzkości, nie mogę go uniknąć”. Ot prawda. A pracowite larwy oddzielające mięso od naszego szkieletu to prawdopodobnie najbardziej higieniczne potraktowanie zwłok.
Tymczasem, gdy umrze ktoś bliski, umywamy ręce od jego śmierci. Wyspecjalizowany, profesjonalny zakład pogrzebowy przyjeżdża po ciało i robi wszystko jak należy za naszymi plecami. Wystarczy tylko iść na pogrzeb i szybko można wrócić do „normalnego” życia. Też tak zrobiłam. Gdzie rodzinne obmywanie zwłok? Gdzie czuwanie nad nimi, modlitwy i śpiewy? Gdzie zapalone gromnice i odwiedzanie zmarłego przy trumnie, dzięki czemu śmierć jest elementem życia, dzieci oswajają się ze śmiercią a dorośli mają jej świadomość, zamiast uciekać w wieczną młodość?
Marek trafił na stary obrządek i „nowych” ludzi. Leżał sam, kompletnie samotny w pustej kaplicy, a gdy już będzie zamknięty w skrzyni, przyjdą tłumy w miejsce, gdzie nie będzie warunków, by się pożegnać, ani na zadumę. I jak w tym nie widzieć metafory nie tylko jego życia? Cieszę się, że Robert mógł choć pół godziny być tam z ciałem Marka. Ja nieco przygwożdżę jego duszę tym niusem. Żegnaj Marku. Mam nadzieję, że tam, gdzie jesteś, też latają ptaki! Może także te uśmiercone przez nasze koty i te, które się rozbiły o okna. Wiem, myśląc tak jest łatwiej.

Komentarze

Egretta, 2012/01/20 21:42
Nie znałam Marka osobiście, ale wiele się o nim nasłuchałam od mojego zięcia, ornitologa-pasjonata. Marek był dla niego mistrzem, a akcje, na których z Nim bywał zapadły głęboko w jego serce i pamięć.
Ostatnio umiera zbyt wielu przyrodników. Może to tryb życia, może fakt, że się nie oszczędzają, a może ich serca są zbyt obciążone troska o ginącą przyrodę i o to jak niewiele można zrobić dla jej ocalenia w tym świecie, w którym króluje chciwość i egocentryzm...
Aniu i Robercie, bardzo Wam współczuję... nie ma słów pocieszenia gdy odchodzą bliscy przyjaciele.
Janusz z Warszawy, 2012/01/23 21:23
Dziękuję za to co napisałaś. Nie znałem Marka osobiście, a jedynie z opowieści Roberta. Jest mi niezmiernie przykro i smutno. Współczuje Robertowi i Tobie.
Katarzyna, 2012/02/25 13:33
Bardzo mi przykro. Pan Marek Keller był moim wykładowcą na SGGW. Cudowny, ciepły człowiek, prawdziwy pasjonat.
v, 2013/12/31 23:56
Panie Doktorze!!!!!!!!
Skomentuj:
GBKQG
 
 
marek_keller_nie_zyje.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:27 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika