10 listopada 2016

Myślenie magiczne o Miodziu

Jeszcze zaglądacie? Nie uciekliście od bezmiaru smutku, jaki tu ostatnio panuje?
Myślałam, że już nigdy nie napiszę. Nasze życie się zatrzymało. Zatrzymało a jednak biegnie dalej. Najgorsze minęło. Robert dziś naprawił odśnieżarkę, ja zrobiłam pranie, wylałam, zanim zamarznie, wodę z beczki pod iglaki, by zimą miały zapas. Znaczy żyjemy dalej. Trzeba żyć dla Czarliego i reszty. Ale jest słabo. Mnie zawsze w kupie trzyma praca. Montuję się, przestawiam tryby w głowie i chciał nie chciał myślę o czymś innym. Niestety nie pracuję non stop. Robert pracując dalej myśli.
I mam wątpliwości. Czy pisać szczerze, czy przestać? Czy mieć więcej zwierząt, skoro nie mogę im zapewnić bezpieczeństwa? Czy mieć psy, koty, skoro się przywiązujemy tak mocno, a tu, gdzie żyjemy, przywiązanie kosztuje zbyt wiele? Czy nie uciec stąd w jakieś lepsze miejsce? Wiem, dla większości z Was mieszkamy w raju. Tylko, jak powiedział Robert, ten raj dla naszych zwierząt ostatnio za bardzo przypomina obóz zagłady.

więcej w albumie Szukając Miodzia po lesie

Magiczne myślenie to niemowlęca obrona. Każdy ucieka w nie mniej lub bardziej. Wtedy, gdy nie można już znieść więcej odpowiedzialności za to co się nam przytrafia, albo gdy nie można znieść, że przytrafia się tak bez sensu, bez powodu, że nie ma się na to wpływu, że po prostu świat tak się kręci i już, taki jest, pełen bezsensownego zła i smutku. Bóg tak chciał, pokarał, sprawdza nas… bullshit, Bóg ma to w dupie, co nam się przydarza. Jeśli już musicie wierzyć w niego, jako w Boga-ojca, to co najwyżej jest bezradnym rodzicem, który z przerażeniem patrzy na to, co wyczyniają jego dzieci. Zła passa (siedem lat nieszczęścia…), karma, zła energia… brednie. Wszystko jest po coś, ma swój głębszy, ukryty przed nami cel… to tylko pocieszanie się, żeby nie zwariować. Owszem, większość to konsekwencje głupich błędów, ludzkie słabości prowadzące do nieszczęścia, podświadome złe wybory, przeważnie, by sobie masochistycznie dowalić albo się ukarać. Cała reszta to próba wytrzymania bezsensownego cierpienia, które spotkało nas, bo niby czemu miało nie spotkać? Dlaczego innych tak, a nas nie?

pierwszy dzień zimy z okna mojego gabinetu

Ktoś powie – a co takiego was spotkało. Co to za nieszczęście, że zginął kot, że jakiś pies, jeden, drugi… wykopyrtnął. Ludzie to dopiero mają problemy. Bluźnicie. Tak, bluźnimy. Dla nas ten kot jest ważniejszy niż… i tu się zatrzymam, bo znowu usłyszę, że sama jestem sobie winna, że robię sobie wrogów a potem się dziwię, że spotyka mnie to co spotyka. No właśnie. Ci, którzy czują się moimi wrogami, to właśnie ci niegodni by całować czubek ogona Miodzia. To… (wstaw sobie mój ewentualny wrogu odpowiednie) małostkowi, ograniczeni, zaburzeni, niedojrzali ludzie, którzy nie zasługują na miano Człowieka.

Problem w tym, że jestem naiwna. Jakoś nie wierzę, że mam tylu wrogów. Owszem, nie lubi mnie ten i owy, pewnie wielu. Ale żeby mi kota zabić albo ukraść, by mnie w ten sposób skrzywdzić, bo mnie tak nienawidzi? Jakoś mi się to w głowie nie mieści, może dlatego, że oceniam ludzi własną miarą. Z drugiej strony, pamiętacie, jak ela z wrocławia odczepiała Reksia i przyczepiała do sterty desek? Kto, jak nie ja, powinien wiedzieć, że ludzie są chorzy, skrzywieni psychicznie, że robią niepojęte rzeczy, bo w ich porąbanych umysłach wydają im się słuszne?

ostatnio wciąż świeci się w wiacie - jakby latarnia morska dla Miodzia

To już wiecie, dlaczego myślę, by przestać szczerze pisać. Bo w jednym z ostatnich niusów kawa na ławę przyznałam, czego się boimy najbardziej i co można zrobić, by nas dobić. I stało się. I w swej paranoi, być może słusznej, Robert ma taki pomysł, i nie tylko on. Bo zapominam się. Zapominam, że piszę nie tylko do przyjaciół. Że nie czytacie mnie tylko Wy, myślący podobnie, a jak myślący inaczej, to rozumiejący, że inaczej można. Że nie jestem jedną z wielu internetowych dusz, tylko konkretnym człowiekiem pod konkretnym adresem, którego jakaś chora ela z wrocławia może skrzywdzić, bo wie jak i gdzie mnie szukać. I moja potrzeba kontaktu z ludźmi rozsianymi po świecie, skoro mieszkam na świata skraju, skoro moja praca polega na tym, że nie mogę mówić o sobie, skoro tu na miejscu, przez pół roku poza Robertem, psami i kotami nie mam z kim szczerze pogadać, nie powinna przesłaniać faktu, że czytają mnie także podglądacze, którzy nie rozumieją co piszę i że niektórzy z nich roją sobie coś w chorych głowach.

Dlaczego Miodzio jest ważny? Bo był naszą iskierką radości w tym ostatnim podłym czasie. Bo odrywał nas od rozpaczy i robił to samym istnieniem. Był z nami tylko trzy miesiące a rozgrzewał obolałe serca. Był, a w głupiej nadziei wciąż jest, słodziakiem, bystrzakiem, mądralą, który świergotał nam do ucha i koił nerwy. Świergotał, bo mruczał niezwykle głośno i bardziej przypominało to świergot. Jaki człowiek nam to ostatnio dał? Jedyne co teraz mogę, to wyznawać filozofię pani Róży („Oskar i pani Róża”) - nieważne jak długo, ważne że było nam dane. I sorry niektórzy tutejsi znajomi, żaden kot, choćby identyczny z wyglądu do Miodzia, nam go nie zastąpi.

Dlaczego płaczemy po naszych zwierzętach? Wiem, wiem, dla naszych internetowych przyjaciół to oczywiste. Ale może niezbyt jasne dla tych, których śmieszy, że wyplakatowaliśmy całą okolicę za jakimś kotem, których tu wszędzie pełno, albo śmieszą/bulwersują lampki na grobach naszych zwierząt. Ale to z nimi, naszymi zwierzakami, oglądamy filmy i czytamy książki, z nimi odpoczywamy, do nich gadamy, o nie się troszczymy. Nasze dzieci, wnuki daleko, a nawet gdyby były blisko, też by tak było. Robilibyśmy to razem. Jeśli ktoś z Was tego nie rozumie, to nie wiem, czego tu szuka. Adieu.

więcej w albumie Taka biało-szara bajka dziś

To napiszę może, jak umęczeni odpowiedzialnością i nieprzewidywalnością losu czasem radzimy sobie z kolejną utratą.
Są dwa sposoby. Jeden, wspomniany, to magiczne myślenie. Drugi to zrzucić na kogoś winę. Można je dowolnie mieszać;)
1) Jak się domyślacie, Miodzio zginął przez moje pisanie, przez wrogów, których sobie narobiłam. Np. gach tej, której imienia nie wolno wymieniać;) przyszedł i Miodzia zabrał i teraz Miodzio ukrzyżowany na drzewie w wiadomej miejscowości.
2) Wszystko przez sąsiadów. Odkąd się sprowadzili, spadają na nas nieszczęścia. Przynoszą pecha. Dodatkowo sąsiad na pewno rozjechał Miodzia, bo jeździ 70 na godzinę po naszym zakręcie. Oczywiście bał się Miodzia zostawić, bo byłoby na niego, więc zabrał i gdzieś zakopał. Słaby punkt tej opowieści jest taki, że sąsiad wrócił w nocy do Zawad i tak rano nigdzie nie jeździł. No ale i tak wszystko przez nich:)
3) Robert wykrakał. Tyle razy powtarzał Miodziowi, żeby się nie szwendał, bo jest jeszcze za mały, albo… nie napiszę, co mówił, ale krakał strasznie. Wiadomo, zła energia, indukowanie złych myśli, prowokowanie losu… i takie tam. Wszystko to, czego przeciwieństwem jest inne magiczne myślenie – myślenie pozytywne.
4) Belfegor dał, Belfegor odebrał. Miodzio zginął w urodziny Belfegora, a został nam dany, gdy Belfegor umarł.
5) Nie dane nam uratować żadne ze zwierząt. Ktoś tam na górze chce nam pokazać, że mamy się zająć czymś innym, np. biednymi dziećmi, jak sugerują niektórzy. Każde zwierze uratowane PRZEZ NAS, źle kończy:( (Misiek, Reksio, Bilbo, Miodzio…) Te, które żyją, zostały przez nas tylko przejęte - uratował je kto inny. Ewentualnie: miały zginąć, tak chciał Bóg, więc stało się to, co miało, niepotrzebnie się mieszaliśmy.
6) Nasza złość na sąsiadów obróciła się przeciwko nam, znaczy znowu ta zła energia, którą emanujemy. To o tyle jest prawdą, że złość, jaką sąsiedzi w nas generują za sprawą głównie śmierdzącej kupy nad jeziorem, próba obrony przed tym, myślenie, jak sobie z tym poradzić, czynią nas bardziej podatnymi na błędy, bardziej nieuważnymi bo skoncentrowanymi nie na tym, co trzeba, ale to akurat w przypadku Miodzia nie pasi (ale Belfegora, Bilbo już tak)
7) Jeszcze jest teoria, że to Strzałka wszystkie koty wykańcza;) by zostać panią na włościach.

więcej w albumie Sąsiedzka kupa na widoku

Pewnie macie jakieś jeszcze pomysły, czemu nas to spotkało. Zostawcie je dla siebie. Bo to bzdury. Miodzio to trzeci nasz kot, który zniknął bez śladu w Zawadach. No i Rysiek w Niemczech (ale tu jakoś myślę, że wsiadł komuś do samochodu i ktoś zachwycony takim pięknym kotem z nim odjechał, i teraz Ryszard z wdzięczności obsikuje mu kanapę;)) Lisy, jastrzębie, bieliki, bezpańskie (lub pańskie, ale puszczone samopas) psy… wystarczy, by uznać zawadzką rzeczywistość taką, jaka jest – nie do skontrolowania, nieprzewidywalną, groźną dla kotów. Tym bardziej doceniamy Wilkusia, który dał radę przeżyć 19 lat w tym buszu! (A niewidoma Mrówcia chodząca po łąkach i drodze??!!)
Zostaje jednak mała wątpliwość. Może jednak jakiś chory czytacz niusów:(

o Czarlim niżej

Robert kazał mi zapamiętać: żadnych kotów przez najbliższych kilka lat. Spytałam, a co gdy znajdę jakiegoś umierającego, mam nie ratować? Odpowiedział, że mam robić co należy, ale on się do tego kota nie dotknie. On ma dość.

A ja wiem, że nie umiemy. Ani być obojętni, ani się nie przywiązać, bez względu na to, co nas czeka. Tak mamy. Dobrze czy źle, to pytanie dla myślących inaczej.

rozbitek z wiaty po odchuchaniu za koszulą Roberta, do kolekcji innych rozbitków

A poza tym:

Bobry odbudowały tamę!

A Czarli po latach odsiadki resocjalizuje się, z różnym efektem, ale pomału do przodu. Najpierw na uspokajającym antydepresancie, teraz na zylkene, w międzyczasie biegunka zwalczona metronidazolem. Już nie biega ziając po domu, głównie śpi, ale czujnie. Chrapie przy tym niemożebnie:) ale zadziwiające, jak w ułamku sekundy przechodzi z głębokiego snu do pełnej gotowości. Jest najbardziej uległym psem, jakiego widziałam. Na wszelki wypadek kładzie się w pozycji podległej pokazując brzuch za każdym niepewnym razem. Boi się wszystkiego, czego nie zna, czyli właściwie… wszystkiego;) Nie można przy nim niczego trzepać, chodzić z dużymi przedmiotami, nie można głośno zakląć, krzyknąć (wg Roberta Czarli powinien zamieszkać w klasztorze mnichów:)) Na spacerach wpada w panikę, gdy widzi, że wracamy do domu. Robert myśli, że mu się to kojarzy z powrotem za kratki. No nie wiem, wciąż mam wrażenie, że by wolał. Choć odkąd biega po podwórku, pod kontrolą (dzięki czemu nie muszę do każdego siku ubierać się po szyję, zakładać gumofilców i zapinać smyczy), wydaje się szczęśliwszy. Nie ma już wciąż podkulonego ogona, zdarza się, że ma go w górze, no i na nasz widok merda! Ale jeszcze dłuuuga droga przed nami! Szkoda, że trafił w takim trudnym momencie. A może dobrze, dzięki niemu się nie zapadniemy.

dowód, że ogon bywa do góry, ale Czarli za szybko przybiegł:)

na wieść o powrocie do domu…

więcej w albumie Czarli robi postępy, czyli dowody na to, że miewa ogon do góry

P.S. Komentarze do niusa z fejsbuka pod dymkiem

z fanpage'a Galerii

z profilu Roberta

Komentarze

ola z Katowic, 2016/11/10 21:19
Już sama nie wiem jak to jest... Wiem tylko, że strata boli najbardziej. Strata kota, przyjaciół, pracy. O Alienie, moim nieżyjącym kocie myślę codziennie. A jak mam gorsze dni to czuję wyrzuty sumienia.
z FB, 2016/11/10 23:49
Nie będę już kopiować, co pod zamieszczonym na FB linkiem do niusa. Będę osadzać na końcu niusa. Więc tam należy szukać komentarzy, klikając w dymek na dole (a przy nim ilość).
Monika, North Carolina, 2016/11/11 01:31
Ja tez juz nie wiem jak to jest. Ale gdybym podliczyla... Niestety, kilku naszych zwierzecych przyjaciol tez po prostu zginelo bez sladu. A gdy znikali, wkrotce pojawialy sie nastepne zwierzaki - znalezione na ulicy lub wziete z przytulku. To nadawalo jakis sens tym zlym zdarzeniom, wlasnie miedzy innymi poprzez magiczne myslenie, ze Melosia zniknela, zeby Benjamin sie pojawil. Ze ten poprzedni musial sie poswiecic, zeby zrobic miejsce, bo juz nastepny w kolejce czekal - zeby nie bylo "przekocenia". Bo wszystkim naraz byloby za ciasno, bo 7-8 kotow w jednym domu to bylaby przesada. Ale prostsze wytlumaczenie tez sie narzucalo: niespelna 2-letnia Melosia zniknela, bo duzo polowala, byla na wpol dzika. Wiec skoro nieraz przynosila zajace, a nawet raz malego liska - w koncu chyba padla sama lupem lisa lub koyota. A Oscar, Tiger, Felix? Tez znikaly na dluzej, po kilku dniach wracaly. Az w koncu zniknely na zawsze i juz nie wrocily. Nie wszystkie naraz, oczywiscie, ale normalnie, po kolei... A Lucky, najmadrzejszy z naszych kotow, ktory robil takie rzeczy, jakich inny kot NIGDY nie zrobil? (I pewnie juz nie zrobi?) - Lucky-znajdek uliczny zyl tylko 6 lat, bo mial FIV. Ale po Luckym przyszly z przytulku Hans i Herman. I daja radosc!

Oj, musze isc drzwi otworzyc. Herman pewnie chce pokazac nowa myszke z lasu. Juz trzecia w tym tygodniu.

No ale z tym sniegiem to jednak daliscie ostro popalic. A niby tacy przygnebieni!
sylwia, 2016/11/11 15:41
Aniu, dla mnie to najważniejszy wpis w ciągu wielu lat - na wielu blogach, które śledzę. Dziękuję.
W. Ciemnoszara, 2016/11/12 09:38
Pod wszystkimi niusami, które w tym blogu przeczytałam dotychczas, podpisuję się wszystkimi czterema kończynami.

Jest mi strasznie przykro, ze Miodzio zaginął. W poprzednich przypadkach nie zdołałam nic napisać z powodu łez, ale teraz chyba już muszę, więc stwierdzam , że

tak jak z powiedzeniem , że nie popełnia się błędów tylko wtedy kiedy nic się nie robi, to także nie traci się nic jedynie kiedy nic się nie posiada.

Im więcej mamy, im więcej stworzeń wszelakich/roślin/rzeczy kochamy, tym więcej zawsze możemy stracić i tym bardziej jesteśmy podatni na wpływ (łaskę) otoczenia).

I 30 i 25 i 20 lat temu kiedy jeszcze dużo szwendałam się po ostępach dzikich gór i parkach dużej aglomeracji kilka razy myśliwy mierząc co prawda w mój własny brzuch oświadczał „ zabić ci psa ?” stojącego zresztą grzecznie przy mojej nodze . Wielokrotnie to zwierzęta nasze stanowią tą najdelikatniejszą , najwrażliwszą strefę nas, podatną na agresję ludzkich frustratów. Oczywiście istnieją też wypadki naturalne , w których doznajemy strat, tym częściej im więcej „obiektów” miłości mamy do stracenia.

Ale czy może nas uszczęśliwić rezygnacja z „obiektów” naszej miłości , czy w imię braku cierpienia po utracie najbliższych mamy zrezygnować z miłości – zwłaszcza wzajemnej, zwłaszcza bezwarunkowej ?

Po utracie wielu stworzeń i ludzkich i zwierzęcych ( a i drzew kilku) czasem czuję, że jak pisał poeta ”duszę na ramieniu wiecznie mam, cała zbudowana jestem z ran” i pomimo że mój wiejski sąsiad (brzydki, wredny i głupi) niedawno potajemnie zabił psa sąsiada (psa miłego, pięknego i mądrego) żeby poczuć się lepiej (i mnie tym grozi bezustannie), a w mieście pani starsza wali po bramie torebką, żeby moje aktualnie kanapowo-łóżeczkowe psy szczekały i można byłoby je oskarżyć o agresję i straszyć zawiadomieniem animalsów i kto tam jeszcze wie kogo … Pani starsza oczywiście robiąc coś złego codziennie, agresywną osobą nie jest, wcześniej robił to wszak sąsiad po pijaku – cóż „dobra zmiana” nasiliła agresję i na tym polu.

I tak ciągle od dziesiątków lat …

Ale czy to miałoby być przyczyną „niemania” bliskich ?

Najpierw we współczesnym społeczeństwie, My Ludzie wyprowadzamy się od rodziców, potem nie dogadujemy się z partnerami życiowymi, potem pracujemy w korporacjach i nie możemy zrezygnować z karier żeby mieć dzieci, nie mamy w końcu z kim zostawić kotów, psów , rybek- i ich nie mamy , jesteśmy samotni jak palec, jak Japończyk i jak południowy Koreańczyk, zaczynamy być frustratami … i przejawiamy agresję … wszystko nam przeszkadza … śmiech dzieci … szczekanie psa … bezdomny kot miauczący… ptak na karoserię srający… drzewo liście spuszczające ... nienawidzimy… krąg się zaczyna zamykać ...

… :-) fascynujemy się filmami o „żywych trupach” :-) …

Dlatego w całym tym świecie warto nie tyle „mieć” kogoś lecz być z Kimś, z człowiekiem, psem , kotem, rybą , drzewem lub Kimś innym, nawet jeśli jest to tylko moment wieczności . Gdzieś tam czeka samotne kociątko i szuka tego jedynego w pobliżu przyjaznego miejsca na swojej jedynej Planecie.


„ Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam
Cały jestem zbudowany z ran
Lecz gdy śmieję się, to w krąg się śmieje świat!
Cały świat! „

Edward Stachura
ania, 2016/11/12 12:59
dziękuję
Ania, 2016/11/14 15:11
Chyba uprawiam myślenie magiczne, a może raczej życzeniowe, bo miałam nadzieję, że Miodzio się znalazł. Tak Wam współczuję. Nie wiem czemu miałaby służyć ta czarna seria i w paskudnym klimacie ogólnoludzkim też łatwo mi podejrzewać kogoś chorego, pieprzniętego, złego o jakieś knucie. Ale masz rację Ania, takie myślenie do niczego nie prowadzi. Przykro mi bardzo, że Was to spotyka.
kinga m, 2016/11/14 23:31
Nie wiem co mam Wam napisac. Myślę ,że to nie Wasza wina i ufam w to,że nie Waszych wrogów ani sąsiadów. Ot niebezpieczna puszcza dokoła i jakieś fatum - wszystko. Strata boli - ale nie obwiniajcie się. A skoro tak kochacie - przyjmijcie kolejne !Możecie sobie nawzajem wiele ofiarowac - tak myślę. Kinga.
Monika, North Carolina, 2016/11/16 06:21
Ja tez nie widze tu zadnej winy. Niczyjej.
A tak naprawde - dlaczego "powiedział Robert, ten raj dla naszych zwierząt ostatnio za bardzo przypomina obóz zagłady." - Kot Wilkus zyl az 19 lat! To chyba w kocim zyciu byloby ze 130. Jeszcze Wam malo? A Belfegor - tez chyba pod setke na ludzkie lata dochodzil. A kotka Szelma chyba od poczatku umierajaca byla, gdy ja znalezliscie. Wiec u Was po 2 tyg. dokonala zywota, bidula. Ale jaki to oboz zaglady? - Fatum - tak. Ale tez i natura, w samej rzeczy.
Niedawno slyszalam od znajomych z Californi, ktorym wielkie drapiezne ptaszysko (chyba Lysy Orzel, Bald Eagle) porwal calkiem sporego kota, juz kilkuletniego. Patrzyli na to, stojac na wlasnej posesji, nie mogac nic zrobic! (Nic, poza halasem, wrzaskiem, lamentem - ktorymi zreszta drapienzijk sie nie przejal.) Przez lata, moje niektore koty tez ginely, domyslam sie, ze w podobnych okolicznosciach.
Coz... Depresja, czy stan depresyjny, moga byc wtedy calkiem na miejscu. Depresja towarzyszy stracie, ktora boli. Dobrze, gdy mozna z kims to przegadac, gleboko poprzezywac - chociazby tu, w Niusach i Starusach.
Skomentuj:
GBJIG
 
 
myslenie_magiczne_o_miodziu.txt · ostatnio zmienione: 2016/11/11 15:46 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika