7 marca 2014

Nius poryszardowy

Życie toczy się dalej, jak zwykle. Toczyło się przed i w trakcie. Znowu mam zaległości. Ale sprawa Ryszarda nie daje mi spokoju. Jak można być takim wielkim, grubym kotem i tak zniknąć bez śladu? Są tylko 3 możliwości.

Albo go ktoś zabrał bez pytania czyj to kot, co nijak nie pasuje do niemieckiej mentalności. Poza tym Rysiek jest skory do zabierania tylko gdy jest przerażony i zagubiony. Więc mogło się to stać dłuższy czas po zaginięciu. Inaczej jest drapiącym i gryzącym każdego obcego, kto się do niego dotknie. W miejscu gdzie zginął i skąd ktoś ewentualnie go zabrał, wszyscy wiedzą o sprawie, mają zdjęcie więc gdyby się błąkał, by go zauważyli. Druga wersja – wszedł w bebechy jakiegoś samochodu, najpewniej tira, odjechał i został zgubiony na autostradzie, co raczej wiadomo jak się skończyło. Widziałam takie przypadki w TV w Policji dla Zwierząt. Trzecia – jest tam cały czas, ukrywa się. Za zajazdem jest lasek, a zajazd jest w przebudowie i jest mnóstwo kryjówek. W zajeździe jest nawet kot, który przychodzi co jakiś czas najeść się a tak biega po tym lasku. Może stworzyli bandę z Ryśkiem?;) Jednak minął tydzień i szanse na odnalezienie Ryszarda są nikłe. Jedynie ostatnia wersja robi jakieś nadzieje. No albo pierwsza – jeśli ktoś wziął sobie kiciusia, a ten, jako że jest Ryszardem, za czas jakiś pokaże prawdziwy charakter, może postanowi pozbyć się kota i poszuka właścicieli, zacznie od zajazdu i stacji benzynowej lub Policji dla zwierząt, albo odda go do schroniska a tam mają dane zguby.

I w tym momencie zapewne niektórzy z Was myślą, że może Ryszard był jaki był, bo miał takich właścicieli, a może teraz trafi do jakiś porządnych ludzi i z miłości do nich i z wdzięczności zamieni się w baranka. Może. Może nie będą mieli hałaśliwego pieska Krecika, chorych kotów, małego dziecka, Ryszard będzie wychodził do ogródka i jego życie zamieni się w bajkę. Bo oczywiście jest to możliwe, że Rysiek szczał w najmniej pożądanych miejscach, był złośliwy i agresywny, bo to był jego sprzeciw, odreagowanie, czy co tam. Ale śmiem wątpić. Przypominam, że kot trafił do nas po tym, jak ktoś go przywiązał w szelkach do płotu chcąc się go pozbyć. Przypuszczam, że ten ktoś nie miał psów, kotów i pewnie dzieci, skoro był zdolny do takiego czynu. Wbrew temu, co poniektórzy miłośnicy zwierząt sądzą, zachowanie zwierzęcia nie jest tylko winą właścicieli, lecz wypadkową cech wrodzonych, okoliczności po urodzeniu i dalszych warunków środowiskowych, w tym oczywiście cech i błędów wychowawczych człowieka, który zwierzęciem się opiekuje.

Myślę, że Ryszard urodził się w hodowli (skoro nie był wykastrowany, gdy był znaleziony, jest rasowy) w częstej w takim wypadku izolacji od człowieka, w klatce, nie znał głaskania od urodzenia. Nawet nasze lemury, choć widziały człowieka od początku, ale nie miały z nim stałego kontaktu, gdy się je głaszcze, wzdrygają się, jakby to nie było całkiem miłe. Nie zawsze, ale często. Ryśka nie można było pogłaskać. Tym, których dobrze znał, dawał się głaskać po głowie, ale i tak nigdy nie można było być pewnym, kiedy drapnie albo przegryzie palec na wylot. Na obcych rzucał się jak dziki kot. Nie sądzę żeby to akurat się zmieniło pod wpływem miłości i wdzięczności;) Ale gdy jest przerażony, jak wtedy, gdy go znaleźli przywiązanego, czy jak jechał pierwszy raz samochodem, albo w Zawadach, czyli kiedy wiedział, że jest całkowicie zależny od człowieka, był jak kłoda i dawał się głaskać nawet po brzuchu. Zresztą on ma coś z ragdolla – to taki kot, który wiotczeje, gdy się go bierze na ręce. Ma, miał, nie wiem jak pisać…

W każdym razie tym, którzy są przekonani o wszechmocnej sile swojej miłości do zwierząt, życzę nieco pokory i poskromienia ocen i wyroków względem właścicieli. Mam zwierzęta praktycznie od urodzenia a żyję jak wiadomo 53 lata, jak też wiecie kocham zwierzaki i zrobię wiele dla ich dobra, ale wiem też, że są takie, co do których należy się pogodzić, że się ich nie zmieni. Nie mówię o zaklinaczach zwierząt czy behawiorystach pracujących długi czas. Mówię o zwykłych ludziach, którzy mają swoje życie i obowiązki nie tylko związane ze zwierzęciem, a więc ograniczenia pozwalające opiekować się nim tylko w jakiś granicach. A są zwierzaki, które te granice przekraczają.

np. ten zwierz:)

Inną kwestią jest wina, gdy zwierzakowi coś się stanie. Wiem, że zamieszczając niusa naraziłam Madzię na uwagi czy tylko myśli, że jest osobą niepoważną, skoro dopuściła do zaginięcia Ryszarda. Sama byłam na nią wściekła, że nie posłuchała, choć wiele razy powtarzałam, że mają Ryśka mieć na smyczy. Oczywiście Borys też jest winny, że tego nie dopilnował. Usprawiedliwia ich fakt, że Rysiek rzeczywiście nigdy się nie oddalał i z przerażenia pilnował się bardzo. Ale kot to kot, nie wolno mieć do niego zaufania, nigdy nie wiadomo, co go przestraszy i co wtedy zrobi. To jednak istota, która ma w sobie nutę dzikości, jaka by nie była domowa. Dlatego z jednej strony rozumiem zgryźliwe uwagi i aluzje na temat niepoważnych właścicieli, z drugiej mam ochotę zadać pytanie, czy aby na pewno sami nie mają nic na sumieniu. Ja mam. Dopuściłam do tego, by mój ukochany kot Peryskop spadł z 5 piętra, a potem, gdy był niepełnosprawny, by wymknął się na ulicę i zginął pod samochodem.

Pamiętam niedawną historię Kasi Piekarskiej, która ze swoim psem jeździła po kraju i świecie. Pies był ambasadorem bezdomniaków. Robiła dobrą robotę. Ale pewnego dnia psiak uciekł, po jakimś czasie znalazła go śmiertelnie potrąconego przez samochód. Teraz robi podobną robotę, ale już z psem-maskotką. Wiem, że czuła się bardzo winna i też musiała borykać się z uwagami, które wzmagały jej ból. Na ogół robią to ci, którzy lubią się poczuć lepsi kosztem innych. Ale jeśli coś się komuś zdarza, a nie nagminnie to robi, może nie warto mu dowalać, lecz przyjąć, że jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy, ulegamy podświadomości, i jeśli żałujemy tego, co zrobiliśmy, oznacza, że jednak jesteśmy poważni, tylko nam się omskło. Szczere poczucie winy to coś cennego – pozwala przeżyć żal za swoje czyny i doprowadza nas do punktu, w którym próbujemy dokonać aktu reparacji. Nie zawsze da się wynagrodzić temu, kogo skrzywdziliśmy. Ale nie na tym polega reparacja. Tylko na tym, że reperujemy w swojej głowie ten obszar zalany winą – robiąc dobre uczynki w podobnej sprawie, w której nawaliliśmy, pomagając podobnie poszkodowanym, angażując się w akcje, które mają naprawić ich los lub powstrzymać krzywdę… Ktoś zdolny do poczucia winy (nie mylić z braniem na siebie winy za wszystko, bo wszystko znaczy nic) robi więcej dobrego dla świata, niż ten, kto nie widzi swoich błędów i nie żałuje ich.

A niusa dedykuję pani Ewie, która bardzo zaangażowała się w poszukiwania Ryszarda w Niemczech, za co bardzo jesteśmy jej wdzięczni, choć oczywiście robiła to dla niego, nie dla nas, bo nas, sądząc po uwagach, które puszcza pod naszym adresem, uważa za Ryszarda niegodnych. Cóż…

I tak miał być nius zaległościowy, a zrobił się poryszardowy. Więc zaległości niebawem, może jutro?, a na pocieszenie zdjęcia z sierpnia 2013 roku. Jak wiecie, zostawiłam aparat w Warszawie i robiłam zdjęcia tym starym, małym, co ma plamę na obiektywie. Ściągam ja sobie z niego zdjęcia, a tu jakieś letnie spływają… Okazało się, że w aparacie są zdjęcia robione przez Gucia! Świat oczami czterolatka – poucinane głowy dorosłych (bo kto by tak wysoko wzrokiem sięgał!), poucinane pieski (czyli zostało z nich to, co najważniejsze:)), niespodziewane ujęcia rzeczy, na które dorośli nie patrzą… a przede wszystkim zapachniało latem!

Więcej większych w albumie Lato w obiektywie czterolatka

Komentarze

ania, 2014/03/07 22:34
Co ja się z Wami mam!;) Tu się komentuje, nie na FB!!!:)

Grażyna K.: Przeczytała i jakbym o swoim kocie czytała. Tak to w życiu bywa, pozdrawiam
6 godz. temu ·
Beata K.: Pieknie napisane
3 godz. temu
Joanna R: Hej, nie trac mimo wszystko nadziei. Moj pies Robert zaginal na pol roku i wyobraz sobie, ze po miesiacach ogloszen, poszukiwan i rozpaczy, zwyczajnie spotkalam go na miescie! Z ludzmi do ktorych przyprowadzila go listonoszka ktora go znalazla. Dal noge mojemu ojcu na Bielanach, tato wyprowadzal go bo ja bylam ciezko chora. A Robert kompletnia nie zgadzal sie na jakakolwiek forme rozlaki z ta lamaga (mna) za ktora czul sie odpowiedzialny i podjal probe powrotu na wlasna reke.
3 godz. temu
Ewa L.: Tak Joanno, ja wiele slyszalam o kotach ktore setki km przewedrowaly w drodze do domu. I tak sobie myslalam, ze i Ryszard moze ma taki wewnetrzny kompas i ktoregos dnia przeczytamy tutaj, ze wrocil do swoich...
2 godz. temu
Marzena F: Ryszard nie wyglada na takiego co krzywde da sobie zrobic. Mysle ze on tam za Odra dobrze sie ustawil A obwiniac sie za to co sie wydarzylo niestety niczego nie zmieni. Tak czasami sie zdarza ze ktos pojawia sie na naszej drodze a nawet gdy nie ma go juz fizycznie to i tak czastka zostaje w nas
2 godz. temu
Galeria Wiejska Zawady Oleckie: Ryszard nie wygląda, ale niestety jest pierdołą - im ktoś mniej pewny siebie, tym bardziej agresywny, a co do obwiniania... są rzeczy za które powinniśmy czuć się winni, jest to wyraz naszego człowieczeństwa, i choć nie zmieni tego, co się stało, może sprawić, że następnej winy nie będzie.
kilka sekund temu
Monika, North Carolina, 2014/03/07 23:00
Podoba mi sie dzisiejszy text o Ryszardzie. Inny, a tez wyciska lzy, jak text pozegnalny o Szelmie. Moze te niedobre zdarzenia z udzialem naszych kotow/psow/braci mniejszych dzieja sie po to, bysmy mogli pielegnowac nasza wrazliwosc? Bo chyba PO COS to wszystko sie dzieje...

Ladnie piszesz, Aniu. Dziekuje!
ania, 2014/03/07 23:12
Dla wrażliwych czytelników samo się tak pisze. Ja też dziękuję.
Ola z Katowic, 2014/03/08 16:48
No chyba, że Ryszard wróci do domu! Moja Mamaa (Xcha, cha, cha) w dzieciństwie miała kota, który wrócił spod Krakowa z wczasów (takie tam wczasy, wagonem bydlęcym jechali) do Chorzowa!
ania, 2014/03/08 17:02
Znam i ja takie historie, ale do Ryśka nie pasują - on zna tylko klatkę w bloku, to jedyne miejsce poza mieszkaniem, gdzie do tej pory się przemieszczał na własnych nogach. Poza tym nie te czasy! Sama w dzieciństwie płakałam na filmie "200 mil do domu", ale teraz autostrady, betonowe miasta...
Ewa U., 2014/03/09 19:46
Przychodzę w nadziei na PS., np. że Rysiek się znalazł może...Kiedyś, bardzo dawno temu zaginął mi pies. Do dzisiaj o nim myślę.
Skomentuj:
RODPJ
 
 
nius_poryszardowy.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/11 19:56 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika