15 maja 2013

Nius zawadzki a z Warszawy

Wywiozło mnie do stolicy, znaczy sama się wywiozłam, a jak wrócę, znowu wszystko będzie nieaktualne. Niczym zdjęcia, które właśnie udało mi się wyciągnąć z komórki. Macie pojęcie, że są z 1 kwietnia?? Przecież to było całkiem niedawno! Problem w tym, że za niedługo będzie tak samo:(

Tymczasem za chwilę bzy puszczą się całkiem (wiem, wiem, u Was się dawno puściły, w Warszawie już przekwitają) a świat wkoło wygląda tak:

Po ikonce zorientowaliście się zapewne, że malujemy Domek na górce. Wydawać by się mogło, że nawet jak planuję inny kolor niż zawsze, to i tak ten co zawsze wychodzi:) Ale nie dajcie się zwieść pozorom! Po pierwsze kolor po wyschnięciu ściemniał, po drugie, jak będzie ostatecznie, nawet ja nie wiem, bo wcale nie jestem pewna, czy moja koncepcja jest słuszna, czy wyjdzie jak mam nadzieję i w ogóle efekt planowany może się omsknąć…

Nie mówiąc o tym, że po pomalowaniu Domku i stodoły zakończymy tegoroczną działalność, bo chyba na nic więcej nie zostanie kasy. Mimo przygody z kupowaniem farby na elewację.
Udałam się do sklepu z farbami, poprosiłam o najtańszą farbę elewacyjną, zabrałam się do wybierania koloru z mieszalnika i wyszło na to, że z pigmentami bańka farby będzie kosztować… niecałe 300 zł, a przedtem należy jeszcze pomalować dom podkładem. A takich baniek nie wiem, ile potrzeba, ale spodziewałam się, że dużo. Teraz już wiem, że na sam dom na jedną warstwę wychodzi koło… 10. Załamałam się. Na co pan mi powiedział, żebym olała jego farby;) i udała się do hurtowni naprzeciwko, on tam sam kupował, gdy malował dom i wyszło 2 razy taniej. Hurtownia jest tylko dla wtajemniczonych, niewidoczna z ulicy bo ukryta za betonowymi płotami. Udałam się i poczułam uratowana! Pan w hurtowni poradził, bym kupiła farbę podkładową od razu wymieszaną z pigmentem i pomalowała nią elewację dwa razy, zamiast raz podkładem a drugi raz farbą właściwą. Że tak zrobili w hotelu i on też tak u siebie malował i wychodzi dużo taniej a równie dobrze. Biorąc pod uwagę, że bańka podkładu kosztuje 85 zł, to rzeczywiście czysty zysk, choć i tak… Dom to dom, ale nie wiem, czy pamiętacie jaką gigantyczną mamy stodołę…

Marzy mi się, by zdążyć z malowaniem przed przekwitnięciem bzów, ale to się raczej nie uda. Marzą mi się zdjęcia pomalowanego domu zza krzaków bzu, takie ujęcie jak teraz na ikonce w Agroturystyce. Byłyby super do promowania Domku.

Co do stawu, roboty stanęły, bo w stawie życie wre. Huczą kumaki, żaby bańki puszczają i rechoczą zawzięcie. Nie mówiąc o kaczkach i żurawiach. Jak byśmy im mogli teraz przeszkadzać!

W naszej piwnicy jak co roku przechadzają się traszki, kumaki i żaby, które sukcesywnie uwalniamy. Sądząc po tych traszkach maleństwach

one się w naszej piwnicy muszą rodzić! Nic z tego nie rozumiem, może znajdzie się ktoś, kto mi wytłumaczy.

A poza tym wciąż usprawniamy wnętrza Domku, zdjęcia zrobię, jak Robert skończy olejowanie wszystkich drzwi i opasek, bo dopiero będzie wtedy efekt, no i sprzątałam po majówkowych gościach tu i tu i muszę powiedzieć, że marzą mi się tacy goście zawsze! Mam porównanie, bo tuż przed majówką sprzątałam po gościach sylwestrowych i nie, żeby byli niechlujami, ale… byli z dziećmi. I nie, żebym coś miała dzieciom przeciwko! Odkąd jest Gucio, moja tolerancja względem nich znacznie wzrosła, ale doprawdy nie rozumiem tych, którzy mają obiekty agroturystyczne i dzieci przyjmują za darmo. To jakieś nieporozumienie! Znaczy rozumiem, że jest to chwyt marketingowy, bo przyciąga rodziny, ale my na szczęście nie musimy za wszelką cenę nikogo przyciągać. I nie mówię tylko o tonach pieluch, gdy dzieci jeszcze w nie robią, a więc przepełnionych śmietnikach ponad stan i konieczności dopłaty za wywóz, ani o zużyciu większej ilości prądu i wody (w tym pranie), ale przede wszystkim o doprowadzaniu pomieszczeń do użyteczności publicznej po ich pobycie. Te tony papierków po cukierkach i samych cukierków, naklejek, gadżetów i innych dupereli wyciąganych z chrupek, jajek niespodzianek i innych opakowań - w łóżkach, pod łóżkami, szafami i gdzie się da… Te ślady klejących się po jedzeniu rączek na ścianach… Stan koszy na odpady plastikowe, w których znaleźć można wszystko, nie mówiąc o wylanych jogurtach i sokach z plastikowych kubeczków czy butelek, które dzieci wrzucają zanim dopiją - wiem, i wcale nie mam pretensji - trudno wymagać od zaaferowanych dzieci, by rozróżniały to, co wolno wrzucić, od tego, czego lepiej nie, ani żeby myślały o wylewających się resztkach. Ale w związku z tym raczej postulowałabym wyższe opłaty od dziecka w porównaniu z dorosłym, a nie jakieś zniżki czy darmowe pobyty. I tu każdy właściciel agroturystyki się ze mną zgodzi, nawet jeśli przy gościach nigdy tego nie przyzna tylko zagryza zęby, gdy sprząta i podlicza koszty, zwłaszcza gdy za dzieciaki nic nie wziął. Ale oczywiście nikt, my także, tego nie zrobi…

I jeszcze jedno poza tym, wiatrakowe. Bo jechałam do Warszawy przez Wydminy, gdzie straszą trzy potwory. Górują nad wszystkim, przyćmiewają jezioro, starą zabudowę i złowrogo mielą niebo. Koszmar! I to mi przypomniało, że podobno sołtys w Cichym odmówił mieszkańcom wsi, zaniepokojonym planami postawienia w ich bezpośrednim sąsiedztwie 30 wiatraków, zwołania zebrania w celu podpisania uchwały sołeckiej. Odmowę uzasadnił tym, że jemu wiatraki nie przeszkadzają i może je mieć nawet na swoim podwórzu. Taki mądry! Skoro go wybrali na sołtysa, znaczy, że jest najważniejszy na świecie i co go obchodzi reszta, zwłaszcza współmieszkańcy wsi. Grunt, że on zadowolony! Swoją drogą wybrali sobie takiego, to mają. Nasza pani sołtys też śpi dobrze. Skoro w samych Zawadach nie wolno wiatraków stawiać, to co to kogo obchodzi. Ale że na horyzoncie mogą jak te w Wydminach straszyć, że zniszczą krajobraz, że oddziaływanie wiatraków na zdrowie jest wciąż niewiadomą nawet gdy stoją kilka kilometrów od nas… Szkoda, że przed 9 maja nie było zebrania mieszkańców, by ich powiadomić o zagrożeniach, by uchwalić coś w sprawie veta wobec planów gminy. A może i dobrze, bo znowu byśmy usłyszeli od poniektórych, skoro nie mieliby nic przeciwko żwirowni w Zawadach, że i farmę wiatrową można im stawiać. Cóż…

Problem w naszym kraju polega między innymi na tym, że o sprawach tak ważnych dla ogółu decydują ci, którzy nie mają pojęcia o niczym byle im groszem pomachać przed nosem. Prawo wtrąca się gdzie nie powinno, a tam, gdzie chroniłoby przed ludzką głupotą, pozwala na „róbta co chceta”. Nie dotyczy to tylko wiatraków, o których ostatecznie zadecyduje właściciel kawałka ziemi, ale np. anten telefonii komórkowej na dachach, które zafundują Wam członkowie wspólnoty mieszkaniowej. I jak tu nie być przeciwnikiem demokracji.

Komentarze

Ewa U., 2013/05/16 20:08
Tak jest! Mała dyktaturka czasem mogłaby się przydać...
Ania M., 2013/05/17 10:21
Przepraszam za wklejenie tego linka, po przeczytaniu można skasować. Istnieje w Olsztynie koalicja Bezpieczna Energia, która jest przeciwna stawianiu wiatraków na Warmii i Mazurach. Zawsze można się z nimi skontaktować, gdyby ponownie pojawiły się głupie pomysły z wiatrakami.
http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,48726,13910044,Firmy_energetyczne__Bez_wiatrakow_region_traci_miliony.html
ania, 2013/05/17 10:31
Niczego nie będę kasować! Przeczytałam i rzeczywiście niektórzy mogą czerpać z tego artykułu energię do walki o wiatraki a nie przeciwko wiatrakom, ale przecież zawsze tak jest - za i przeciw. Tylko że tam, gdzie ZA stoją pieniądze, a PRZECIW zdrowie, komfort psychiczny, ekologia, dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, piękno... nie powinno być dyskusji.
Skomentuj:
PMLLB
 
 
nius_zawadzki_a_z_warszawy.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:27 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika