30 czerwca 2010

O czym nie było kiedy

Przyjechała do nas pani, bo chce napisać o nas w książce. Książka ma być o ludziach, którzy uciekli na wieś z miasta. Pomijam fakt, że my nie uciekliśmy na wieś tylko pod las nad jezioro a teza, że wieś zmienia ludzi nie bardzo do mnie przemawia. Ale pani zadawała pytania, nad którymi muszę się zastanowić. Bo pytała – jak to się stało, kiedy się państwo na to zdecydowaliście, jak długo myśleliście, żeby to zrobić? Nie wiem, czy są ludzie, którzy wyjeżdżając na wieś realizują jakiś przemyślany od lat plan, i to krok po kroku. Raczej z tego, co zauważyłam, dzieje się tak jak u nas – jeden krok powoduje kolejny, a krok pierwszy dzieje jakby niechcący, ale dzieje się, bo nie protestujemy przeciw niemu, nie jest czymś absolutnie przeciwko nam, lecz okazuje się po drodze, ale dowiadujemy się o tym, gdy już się dzieje. Pięknie opisał to w bajce na nasz temat Grzegorz Kapla, więc o co mi chodzi, można tam przeczytać. Pani pytała, skąd nam się wzięła ta wieś. Moim zdaniem nie wieś, tylko przyroda. No i może odsunięcie od świata, którym rządzi zasada wykorzystywania Ziemi. I jeszcze od spirali komercji (muszę to mieć jako pierwszy, muszę mieć, bo inni już mają, muszę mieć, bo nie wypada nie mieć, muszę mieć co innego, bo to już wszyscy mają…) i od innych zasad, o których szkoda pisać. No ale nawet jeśli wieś. Robert zawsze miał taką odludną, słabo zaludnioną wieś w sobie, takie rejony, w które w sobie uciekał i nie musiał z tym wyjeżdżać do Zawad, ale z pewnością fakt ten ułatwiał mu życie w Norwegii, gdzie sadził las nie widząc przez tydzień nikogo, ułatwił więc życie w Zawadach, zwłaszcza, gdy ja siedziałam w Warszawie. A ja mam wieś we krwi, bo mój ojciec urodził się na wsi, spędził na wsi całe dzieciństwo, a potem już po studiach jeździł do wiejskich PGRów badać bilanse i zabierał mnie ze sobą. Z tą wsią w krwi skończyłam nawet jedne studia, choć były i są mi po nic. Czy wieś nas czymś zaskoczyła? Czy coś było inaczej niż sobie wyobrażaliśmy? Ja tam sobie niczego nie wyobrażałam. Żadnych sielskich obrazków w głowie nie miałam i nie sądzę, by ludzie, którzy wyjeżdżają z miasta takowe mieli. Tacy co mają, najwyżej budują sobie daczę na skraju wsi, a nie decydują na wiejskie życie. Ale co to właściwie znaczy „wiejskie życie”? Krów nie mamy do wydojenia, pola do obrobienia, sławojki za rogiem i studni na korbę. No właśnie. Te mieszczuchy, co uciekają na wieś, rzadko kiedy idą do pracy w polu. To raczej artyści, ludzie wolnych zawodów, co przez internet kontynuują miejską pracę. No i wcześniej czy później zakładają agroturystykę:)

My z wiejskości mamy piece kaflowe na drewno, sianokosy i zachwaszczony ogródek. No i ujadające psy pod bramą i koty znoszące myszy. Ale za to nasze koty po miejsku swoje myszy jędzą w swoich miskach! Z samych pieców wynika wiele wiejskiego – trzeba drewno zwieźć z lasu albo przynajmniej znad rzeki, jeśli to sprawka bobrów, piłą pokroić na kawałki, porąbać, ułożyć w stosy i trzeba to zrobić na czas, żeby wyschło przed okresem grzewczym. Ilu miejskich wieśniaków robi to samemu jak Robert? Wiejskie jest również noszenie tego drewna do domu z drewutni, ciężkie kosze i dokładanie cały dzień do pieców. Ale ilu ma takie piece? Raczej piec na olej albo pompę głębinową. Wszyscy mają eleganckie łazienki z ciepłą wodą, schludne kibelki, większość podgrzewane podłogi, kuchnie na gaz, telewizję satelitarną i w dodatku niewiele w tym różnią się od okolicznych chłopów. W moim wypadku wiejskie, a raczej nie miejskie, jest chodzenie w roboczych ciuchach, bez makijażu, a nawet bez kolczyków, w co ci, którzy mnie znają z miasta, mogą nie uwierzyć:) Co jest innego w życiu na wsi? Bo ja wiem? „Tu czas wolniej płynie” to największa bzdura jaką słyszę. Dzień w dzień koło 21.30 jedno z nas z tym samym co zawsze zdziwieniem woła: „Co? Już w pół do dziesiątej??!!” I znowu minął dzień i znowu nie zdążyliśmy zrobić tego, co mieliśmy, i w dodatku najczęściej jest tak, że robimy nie to, co planowaliśmy, lecz to, co zaplanowało życie. W wiecznym niedoczasie i z wiecznie wiszącym czymś nad nami. I nie można wrócić do domu z pracy i z czystym sumieniem zasiąść. Bo na wsi, jeśli się tu żyje, a nie przyjeżdża odpocząć po wielkomiejskim zgiełku i po miejskiej pracy, w pracy jest się na okrągło. Z wyjątkiem chwil świętych – dla Roberta porannej kawy z papierosem pod płotem, dla mnie – psiego spaceru i przepływania jeziora latem. Nie brak nam czegoś z miasta? Zgodnym chórem – NIE! Kino, teatr? Jeśli byśmy chcieli, mamy w Olecku. Nie musimy chodzić na modne premiery. Nie udzielamy się w towarzystwie, w którym wypada BYWAĆ. I tak nie nadążamy za dobrymi filmami w TV. A że oglądamy je 3 lata po wejściu do kin? A co to ma za znaczenie? Czasem Robert wyjedzie na koncert. Bynajmniej nie Stinga czy AC/DC. 7 czerwca jedzie na Mari Boine. Brakuje nam ludzi, świata? Przecież ludzie przyjeżdżają do nas, ŚWIAT do nas przyjeżdża! Więcej poznaję ludzi i dowiaduję się o świecie siedząc w Zawadach, niż, gdy mieszkałam w Warszawie! Owszem, czasem to uciążliwe, że nie możemy ot tak razem wyjechać, owszem tęsknię za moim kochanych Bałtykiem, ale samej się nie chce. Prawda jest taka, że w życiu jest czas na podróże i imprezy oraz czas na odchowanie dzieci i posiadanie psa, czas wynajętych mieszkań i czas budowania domu, czas niezgody na to, co jest i przekonania, że nasze miejsce jest gdzie indziej oraz czas docenienia, co się ma. Nikt nie wybiera życia na wsi, gdy nie jest to jego czas! A nasze życie na wsi to najciekawszy czas w moim życiu! Ekscesy młodości i szalone czasy wydają się takie nudne wobec każdego dnia tutaj. Bo każdy dzień niesie z sobą coś nowego, nieoczekiwanego, zdumiewającego. Tylko brak czasu nie pozwala mi uwiecznić tych wszystkich chwil w niusach. A zdjęcia, które kopiuję do katalogu na pulpicie, aby je wykorzystać, w końcu kasuję.

I tak nie było czasu, gdy we wrześniu zeszłego roku przyjechała do nas para Niemców. Zachęceni naszą stroną www zamieszkali w pensjonaciku a nie w hotelu w Olecku. Pani wprawdzie w szpilkach i krótkich sukienkach (żadna młódka!, państwo w naszym wieku) fajnie wyglądała chodząc po naszym podwórku:) ale przyjechała odnaleźć dom swojej matki. Miała fotografię z lat 70. a na niej chałupę, skądś znała nazwę Szwałk ale nijak nie mogli znaleźć tego domu. Robert ot tak, dla ciekawości pokazał im mapę Zawad, na której są naniesione wszystkie przedwojenne domy razem z nazwiskami rodzin (kolejny niezrealizowany nius o tej mapie). I okazało się, że jest na niej dom, którego szuka Niemka! Nazwisko się zgadza a dom znajduje się w Zawadach Małych, czyli po drodze z Zawad Oleckich do Szwałku. Dom ledwo się zmieścił na mapie a państwo czym prędzej pojechali szukać jego ruin. I znaleźli w lesie (bo teraz jest już tam las), na zakręcie naszej drogi za jeziorem z drogą szutrową Szwałk – Cichy, już tylko fundamenty ukryte w trawie. A potem Robert zasięgnął języka u najstarszych mieszkańców wsi i poznał historię domu i rodziny mieszkającej w nim po wojnie. Jakaż była radość tej pani i zdumienie, jak to los chciał, żeby trafili właśnie do nas, bo tylko dzięki nam mogli poznać dzieje domu. No i dla nas nauka, że opowieści o tym, jak to wieś Zawady powstała, bo Hitler każdemu dawał kasę, kto chciał zasiedlić Prusy Wschodnie, nie do końca prawdziwe. Rodzina tej Pani była tu od wieków, dwieście kilkadziesiąt lat gospodarstwo było w ich rękach a babcia i matka zostały wypędzone do Niemiec.

Ani nie zdążyłam opisać tego, jak przed Bożym Narodzeniem podjechał samochód pod bramę, nieznana pani wręczyła Robertowi bombkę choinkową z podziękowaniami za życzenia od nas i uciekła:)

Ani napisać o panach z Czerwonego Dworu, którzy przyjechali jakoś chyba na początku kwietnia zrobić zdjęcia, a w końcu stanęło na tym, że jeszcze zbyt buro na świecie i zdjęcia nie oddadzą urody, więc prześlę swoje mejlem. Nasz pensjonacik i galeria zostały zaprezentowane na seminarium i wzbudziły zdumienie, że pod nosem mają takie fajne miejsce, a nic o nim nie wiedzą (w przeciwieństwie do naszych sąsiadów z drugiego końca wsi, którzy o naszej galerii dowiedzieli się z internetu:)) Od jednego z panów dostałam potem relację:
„Po raz pierwszy uczestniczyłem w tym Seminarium i jestem pod wielkim wrażeniem. Przede wszystkim ze względu na dzieciaki, które się niesamowicie napracowały w przygotowaniach i już w czasie samego seminarium. Miały swoją prezentację, występy artystyczne, zaprezentowały działalność kółka przyrodniczego. Dla nich to było prawdziwe Święto. Radość ogarnia, gdy widzi się jak od najmłodszych la garną się do różnych zainteresowań - również przyrodniczych, ale też i kulturalnych. Nasza prezentacja była troszkę improwizacją, bo wcześniej nie było czasu bym zsynchronizował się z szefem, który mówił (ja prezentowałem slajdy). Ale ogólnie wyszło nieźle. Sporo osób jeszcze w biurze, gdy pokazywałem im pokaz slajdów prosząc o ewentualne uwagi było pod szczególnym wrażeniem Państwa Galerii. Nie mogli uwierzyć, że coś takiego jest tuż obok.”
…oraz zdjęcia, które zrobił będąc koło nas:

A w majówkę przyjechał do nas Pan robić zdjęcia i pomiary pomieszczeń, aby nas umieścić w bazie plenerów do filmów. Czemu nie? Jeśli tylko nie kolidowałoby to z gośćmi, każdy grosz się przyda!

A zaraz potem Robert odebrał telefon od miłej pani ceramiczki (Anny Kowalskiej) z Dudków, która chciała oddać w nasze dobre ręce kredensik, bo się wyprowadza do miasta i nie ma co z nim zrobić, a w byle jakie ręce nie chce go oddawać. Należy dodać, że nie znaliśmy wcześniej ani my pani, ani pani nas – nasze ręce dobrymi wydały jej się po prześledzeniu naszej strony w internecie. Za symboliczną opłatą staliśmy się właścicielami stuletniego, wiejskiego kredensiku, który póki co stoi rozłożony w garażu, więc zdjęcia teraz nie będzie.

Odwiedził nas też nowy sąsiad z Gulubia Wężewskiego. Przyjechał do nas na rowerze, a w ogóle przybył ze Śląska niczym osadnik do stuletniego domu, samotnie i z nadzieją, że mu się uda – to prawdziwy materiał do książki dla pani, tylko że póki co, nie wiadomo czy wytrwa i przetrwa.

Ani o tym, jak kupowałam szafkę na Allegro dla pani Anity z Głogowa. Szafka przyszła do Zawad gdzieś spod Garwolina, mamy ją zrobić i odesłać do Głogowa, czyli zjedzie Polskę wzdłuż i wszerz.

Ani o szafce i garach, które mamy zrobić do Norwegii dla naszej wielbicielki w Oslo.

Ani o mniej przyjemnych stronach życia na skraju Puszczy, ale o tym za chwilę, a zaraz będzie kolejne ważne wydarzenie i nie wiadomo, czy czasu starczy na jego uwiecznienie – ma przyjechać do nas wiekowa pani z Niemiec. Zadzwonił znajomy, ten, który skombinował tę mapę przedwojennych Zawad z nazwiskami rodzin i który ma konszachty z Niemcami z tych terenów. Spytał, czy wpuścimy do domu panią, która w naszym domu się urodziła!

A przedwczoraj w nocy sprzątaliśmy pokój Borysa, żeby mogła w nim zamieszkać Monika. Bo Monice tak się spodobało na majówce w Zawadach, że zostawiła swoich facetów i przyjechała szkliwić kafelki. Dla niej jednej pokoju w pensjonacie nie ma, nie mówiąc tym, że na Boże Ciało zajęte, więc dostała pokój na naszym strychu. Pokój z racji, że dawno Borysa nie było, z miesiąca na miesiąc zamienił się w składzik rzeczy różnych. W ferworze porządkowym weszła mi drzazga ze słupa pod paznokieć. Wyjęłam ją zębami, jako że rąk wolnych nie miałam, no i po chwili okazało się, że ułamałam drzazgę pod paznokciem tak, że nijak nie było jej jak wyjąć. Ból nieznośny! Chciał nie chciał o północy pojechaliśmy na pogotowie. Tu proszę co wrażliwszych o pominięcie tego fragmentu, bo zrobili mi najpierw znieczulenie palca, a jest to tak samo niemiłe jak posiadanie kawałka drewna w miazdze paznokcia. Zastrzyk jest podskórny najpierw z jednej strony podstawy palca, potem z drugiej, żeby wiązki nerwów unieszkodliwić, potem wycięto mi kawałek paznokcia, żeby dostać się do drzazgi. Szczęśliwie po wszystkim wracaliśmy przez Duły i Cichy i na drodze oprócz kilku jeży, psów i kotów spotkaliśmy… bobra. Maszerował asfaltem zgodnie z kierunkiem ruchu, ale przeciwnym do naszego, tak że minęliśmy go, a Robert chciał zawracać, bo po nocy ślepy nie przyjrzał mu się, a nigdy, mimo codziennego sąsiedztwa bobrów, żywego bobra nie widział. Owszem, ostatnio wyjął takiego moczącego się od miesiąca z cembrowiny, którą odpływa nadmiar wody z jeziora i potem kilka dni nie miał apetytu, a nasi przedostatni goście, którzy zresztą szacowali środowisko, aby wydać opinię na temat stawiania wiatraków w naszej gminie, spotkali na ścieżce od trzcinowiska do dołka w górce słaniającego się bobra, który jednak, zanim Robert dotarł, zaszył się w szuwary.

Pewien pan myśliwy, z którym Robert o tym rozmawiał, uważa, że ten bóbr słaniający się i ten w cembrowinie jakiś czas temu się biły. Wracając do bobra na asfalcie udającego samochód, niemal jednocześnie powiedzieliśmy – „jeszcze tylko dzików brakuje na drodze”. I kogo spotkaliśmy na skrzyżowaniu w Cichym?… Policję!:) Wylegitymowali nas, życzyli szerokiej drogi i powiedzieli, że też tego bobra widzieli, ale go nie legitymowali. A był to drugi raz, gdy ostatnio po nocy jeździliśmy na pogotowie. Pierwszy, gdy wyskoczył mi rumień jak z książki, po wgryzieniu się kleszcza i pojechałam, by mi przepisali antybiotyk. Dwa dni przed moim kleszczem Robert wyciągał kleszcza z łydki, a dwa dni po tym, jak moje podramię się zaczerwieniło, dostał objawów grypy – typowy objaw zarażenia boreliozą, jeśli się nie miało rumienia. I tak obydwoje łykamy końską dawkę doxycykliny przez miesiąc, i to są te ciemne strony mieszkania w pięknej wsi Zawady, choć kleszcz potrzebuje aż 12 godzin odkąd się na nas znajdzie, do momentu, gdy się wgryzie. Po pierwsze za późno chodzimy spać i kleszcze ze spaceru zdążyły, ewentualnie to kleszcze sprzedane nam przez koty, które z nami śpią. Ot niefrasobliwość tubylca – tak się zżyliśmy z kleszczami, że je bagatelizujemy i nie oglądamy się, jeśli bierzemy prysznic dłużej niż 12 godzin po ewentualnym spotkaniu.

A poza tym zjechało drewno bobrowe, które najpierw Robert pokroił pilarką nad rzeką, ale tym razem drewna było za dużo, żeby zarzynać mojego kangura.

Pierwsza w tym roku partia gliny przygotowana. Robert wykonał najprzyjemniejszą robotę, czyli mieszanie mieszadłem:) po czym ja na zydelku przecisnęłam ją przez malutkie bardzo oczka stalowego sita, znowu wymieszałam i wylałam na gipsowe palety, żeby odciągnąć z niej wodę.

Lodzia jak zwykle korzysta ze sprzątania:)

Sąsiad od pola truskawek buduje nad rzeką przechowalnię owoców, żeby nie musieć w truskawkowym sezonie jeździć dwa razy dziennie do Ełku - jest to pierwsza budowla w Zawadach po wojnie, na którą zostało wydane zezwolenie przed jej wybudowaniem:)

Maj mamy wietrzny i deszczowy…

więc trawy porosły do pasa, chwasty szaleją, małe psy na łące, żeby coś zobaczyć, kicają jak zające, a Belfegorowi jeszcze ogon wystaje nad (jeśli go nosi wysoko), uszy już nie zawsze:

koniec_maja_015.jpeg koniec_maja_021.jpeg

Kwitną łubiny:

a tyle się na nie człowiek naczekał, a bzy już przekwitają:

W tym sezonie była już u nas spanielka Lilka, zaraz potem Leon, który miał być pieskiem malutkim, ale okazał się gabarytów Piesa, więc mógł się poruszać po podwórku jedynie, gdy panowie byli zamknięci w domu, za to Lodzi bardzo podpasował (oczywiście nie oznacza to, że Pieso i Belfegor przez cały jego pobyt nie wychodzili na dwór, po prostu Leon spędzał czas za płotem, czyli pod kuchnią i z resztą kontaktował się nosem przez sztachety):

zabawy mieli te same, co Lodzia z Piesem - tu w odgryzanie nogi:)

A to kolejna koncepcja Lodzi i Piesa na koc przykrywający kanapę:

Kolejna ciekawostka, z tych gorszych, która nie zmieściła się w żadnym niusie - patyk, z którym Lodzia wróciła z któregoś spaceru. Ciekawskość i niuchanie przypłaciła wbiciem go w nos, jak widać na zdjęciu po zakrwawionej części, dużym kawałkiem głębiej niż dziurka nosowa.

No i niewykorzystany filmik o tym, w jakim celu psy przerabiają zabawki na sznurkowe zgliszcza (Belfegor boi się pomruków chyba dział armatnich, które koło Wielkanocy dzień w dzień było słychać, ale skąd?, może spod Węgorzewa?):

A poza tym słowiki dają czadu!

I tak to się życie w Zawadach plecie, ale żeby aż książki o tym pisać?:)

Komentarze

Egretta, 2010/05/31 13:54
Eh... Czekam na tę książkę niecierpliwie :)A może sama spróbujesz ją napisać???
Nela, 2010/06/03 16:16
Droga Aniu, Twoja narracja jest o wiele ciekawsza niż mdłe i wyidealizowane książkowe opisy wiejskiego życia, więc także popieram pomysł, abyś sama ją zredagowała :D pozdrawiam ciepło
k., 2010/06/06 18:20
a ja się normalnie wzruszyłam
Monika, North Carolina, 2010/06/13 04:52
Swietny text, Aniu!
Monika, North Carolina, 2010/06/13 04:58
Mam jedynie takie skojarzenie: Wasza emigracja na wies jest podobnym zjawiskiem, jak kazda inna migracja, ktora dyktuje zycie. Dlaczego, skad, czym zainspirowana, co jest jej powodem? - Malymi krokami w zyciu postepujemy naprzod i tak juz sie dzieje, ze w efekcie jestesmy tam, gdzie jestesmy. W koncu nikt nikogo znikad nie wygania, nie zmusza, nie namawia. Wiec racja: o czym tu ksiazki pisac?
baśka, 2010/06/15 11:39
Wiesz co, Aniu, myślę, że tego typu pytań i odpowiedzi na nie potrzebują ludzie,którzy nigdy na wsi nie byli i nie będą, dla których wieś to miejsce dzikie , dobrowolna banicja dla dziwolągów na którą nigdy się nie odważą - ze strachu - przed ciszą, samotnością, niewygodą. A czym będzie ta książka ? atlasem starych chałup uratowanych przed zawaleniem i ich gospodarzy z tajemniczymi uśmiechami na twarzach ? Bo tylko oni wiedzą o co chodzi :} pozdrawiam Cię serdecznie z dziczy i pamiętam o Tobie Baśka
Skomentuj:
AWHBB
 
 
o_czym_nie_bylo_kiedy.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika