31 maja 2009

skończył się

Ostatni weekend maja

dla nas nieco wydłużony i intensywny z racji przyjazdu gości - mojej przyjaciółki, świetnej dziennikarki Ani Ł. i Sławka Zygmunta, słynnego specjalisty od kina azjatyckiego:) i muzyka w jednej osobie, a następnie Joanny i Grzegorza, którzy przy okazji odbioru kredensu pobyli u nas chwilę a nawet się udzielali, tzn. Joanna trenerka jogi, bo Grzegorz z lubością oddawał się lenistwu z małymi psami na łóżku w wiacie.

A za wiatą kopiec (nie mogę się znikąd dowiedzieć, jak prawidłowo nazywa się ta budowla ze schnących szczapek) z drewna ściętego przez bobry. Nie wiem, czy to ich zemsta, że zabraliśmy im drewno, bo najpierw Robert rąbiąc uszkodził sobie rękę, a potem Daniel, który z tej racji, że Robert już nie mógł, miał dokończyć rąbanie, uszkodził sobie stopę. O ile Robert, gdy zobaczył 30 osób w kolejce do chirurga, w tym pana z odrąbaną prawie nogą, opartego o ścianę, bo nikt mu miejsca nie ustąpił, wylądował u naszego weterynarza a ten stwierdził, że wszyć bakterie to każdy głupi umie i tylko jodoformem kazał posypywać, o tyle Daniel chirurga doczekał i ma 4 szwy.

Ostatnie dni maja to ostatnie rundy szpaczych rodziców, bo w niedzielę młode wyleciały z gniazda i tyle je widzieliśmy. Niestety nie udało mi się złapać szpaka wlatującego do gniazda, bo mój canon nieco za wolno myśli:)

oraz ostatnie szlify kredensu przed przyjazdem Joanny i Grzegorza:

Kredens na szczęście bardzo się podobał a lepiej można go obejrzeć, tak jak inne nasze mebelki w Dekoracjach Ani, tutaj

Chodziły nad nami ulewy, czasem nawet oberwania chmurki,

wtedy dach garażu przecieka, trzeba więc było czym prędzej zapakować kredens do samochodu:

Nocą nawiedzały nas potwory na ganku:

Tu spóźniony nieco chrabąszcz majowy, choć jednak w maju zdążył:)

W sobotę o 8 rano obudził nas kurier z przesyłką z Meksyku. Świńską grypę wypuściliśmy z paczki na podwórko a niczym z chińskich pudełek wyłonił się (przy asyście ciekawskiej Lodzi) miedziany zlewik do naszego starego mieszkania w Warszawie:

W sobotę Robert piekł chleb, ale z racji dziurawej ręki ciasto wygniatała Ania Ł. przy pomocnych uwagach Sławka:)

i nawet nie zdążyłam sfotografować po wyjęciu z pieca, bo chleb natychmiast został pożarty i tylko naszą połówkę zdołałam uwiecznić:

Psy z okazji przyjazdu gości dostały małpiego rozumu:

Ulubiona zabawa to wespół zespół odgryzanie Lodzi głowy.

Gdy nie wariowały, stały w okienku na strychu i wypatrywały nowych atrakcji na drodze:

albo zwierzyny na polu (tu afera, bo zwąchały lisa):

W niedzielę rano Joanna zafundowała nam sesję jogi, chociaż sama twierdzi „jaka tam joga, parę ćwiczeń”

Proszę bardzo, jakie biusty, choć oczywiście z Anią Ł. trudno konkurować:)

A jakie pupy!:)

A tu udaję „pieska głową w dół”

A na koniec prawidłowe wieszanie Roberta:)

Oj, zapragnęliśmy mieć już porządek na strychu nad pracownią, żeby móc Joannę częściej zapraszać na mini obozy jogowe, ale niestety nie zapowiada się, że będzie to szybko, póki co mamy zamiar ćwiczyć prywatnie, zadowalając się „boiskiem” do koszykówki, gdy Joanna przyjedzie po kolejne swoje mebelki (a trochę ich do nas nawiozła).

A potem Ania Ł. przyłączyła się do mnie w pracowni, gdzie musiałam wziąć się wreszcie do roboty i wykonać kafelki na zamówienie. Ania zrobiła sobie własny kafelek:

Robert poza porządkowaniem moich papierów, dyrygowaniem pracami przy chlebie:) i paleniu w piecach (goście byli ciepłolubni) lenił się okrutnie, tak więc ławeczka, która miała stanąć na naszej plaży, wciąż w częściach.

A poza tym na pogodę nie było co narzekać, choć czasem padało i wiało, przeważało słonko, o czym donoszę z niemałą satysfakcją, bo dochodziły do nas pogłoski o gradzie, zimnie i ulewach w innych częściach Polski:)

Komentarze

beacia, 2011/05/11 21:16
fajne zdjecia
Skomentuj:
MKLGI
 
 
ostatni_weekend_maja.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika