29 lipca 2010

Panuś nie wraca ranki, wieczory...

Robert opuścił nas sieroty i zostawił na pastwę Lodzi i pensjonariuszy:)

Wybył na 8 dni do Warszawy i przez cały ten czas obowiązywał pierwszy stopień czujności pod bramą

oraz, w przypadku, gdy byliśmy zamknięci w domu, pogotowie wyjcowe przy każdym podejrzanym o przywiezienie panusia do Zawad samochodzie za oknem (Pieso wyje z pokoju obok, gdzie jest jego osobisty fotel).

Musieliśmy przeżyć bez wsparcia upały, wyczerpanie się gazu w butli w pensjonatowej kuchni (ale z odsieczą przybył pan Roman!), następnie niespodziewaną zmianę pogody,

burze (a burze bez panusia najgorzej znosi Belfegor, choć starałam się jak mogłam, puszczałam mu na cały regulator Komety z odtwarzacza CD, żeby zagłuszyć pioruny, ale i tak biedak wtłoczył się między ścianę a kibel, co jest dużą sztuką, przy jego gabarytach - psa, nie kibla),
(a propos burz: tu burza wspominkowa na blogu Moniki)
to, że ktoś pod nami dołki kopie

(nory pod ścianą domu w ogródku)

oraz kolejny atak pitbula kieszonkowego czyli Lodzi.

Tym razem poszło chyba o okruszki kości, takich włóknistych, co się kupuje w sklepie dla psów, żeby sobie zęby ćwiczyły. Kości przyniosła w prezencie dla całej szajki Amelka od sąsiadów. Pieso odmówił przyjęcia prezentu, po akcji przy jedzeniu skórki wiedział czym to grozi, Lodzia zgarnęła większą, która była dla Belfegora i swoją mniejszą, Belfegor zadowolił się tą Piesa. Podstępem zrobiłam podmianę i jedli już każdy swoją w dwóch odległych końcach podwórka. Wtedy był jeszcze upał, Belfegor się strasznie zasapał, oboje nie mieli już siły gryźć, więc znowu podstępem kości im odebrałam i schowałam, żeby nie dawać pretekstu do jakiejś wojny, po czym wzięłam się za podlewanie. I nagle słyszę gryzące się psy i ujadającego Piesa. Na widok Belfegora trzymającego głowę lodzi w pysku pobiegłam po szlauch i rozdzieliłam psy strumieniem wody, ale jak tylko Belfegorowi wrócił rozum, Lodzia wykorzystała okazję i wyszło szydło z worka, że to nie ona jest ofiarą, lecz napastnikiem. Rzuciła się na swego idola i dalej go gryźć w nogę! Nasz gość, pan dość postawny, najpierw bił dużego psa klapkiem, ale w takim układzie zaczął okładać Lodzię, a ja przepuściłam nowy atak wodą pod dużym ciśnieniem. Zajadłą Lodzię zamknęłam w pracowni, siedziała tam czas jakiś, a Belfegor, jak się okazało, miał całą pogryzioną łapę.
Oj wiedziałam, co czuje i jak go to boli! Ale o ile mnie się udało uniknąć antybiotyku, bo robiłam okłady z babki, noga belfegorowa tak spuchła, że nie obyło się bez trzech dawek antybiotyku o przedłużonym działaniu. Na szczęście zastrzyki robi mu się jak w kaktus, nawet nie zauważa, ale trzy dni w ogóle nie mógł chodzić i bez sprzeciwu zostawał na legowisku w porze spaceru. Koniec dawania psom jakiś przysmaków ekstra! Zwłaszcza takich, których nie da się połknąć w mgnieniu oka! Żadnego dokarmiania! Tylko to co w miskach i każdemu po równo!
Belfegor nie wziął sobie do serca napaści Lodzi, ich stosunki wróciły do normy, dziś łapę ma już tylko lekko zgrubiałą w miejscu, gdzie ma największą z dziur (to zupełnie jak ja:) ), już jak dawniej wyrywny jest na spacery, a ja z rozrzewnieniem wspominam te dni, gdy nie musiałam się martwić, że przeskoczy płot.
Podejrzenia co do Lodzi mamy takie, że, jak wychodzi z niektórych wyliczeń, kończy właśnie 3 lata a to wiek, gdy psy dorośleją i ustalają swoje miejsce w stadzie. Piesa już sobie podporządkowała, ale z Belfegorem nie pójdzie jej łatwo. Wprawdzie dziadek skończy niebawem 11 lat, ale całkiem się dobrze trzyma i nie zamierza abdykować. Na szczęście ten lodziowaty pitbul miniatura ma tak grubą skórę, że z tych prób wyszedł tylko z wieloma strupami na głowie i wyleniałą nieco szyją, za to wygląda teraz jak prawdziwy pies do psich walk.

No i w końcu panuś wrócił dziś tuż przed świtaniem (jak zwykle autobusem nocnym) i miejmy nadzieję, wszystko wróci do normy. Przywiózł mi niespodziewany prezent na imieniny (tak, tak, to już po lecie, świętej Anki minęło 3 dni temu) od Darka (Roberta brata) - nowy stary aparat. Starszy wiele od mojego zaprószonego canona dla idiotów, za to jakiego ma długiego!!! 10-cio krotny zum optyczny! (Cyfrowy - 32). Oczywiście zaraz weszłam na „ambonę” czyli schodami na podest od strychu stodoły (ulubiony punkt obserwacyjny łajzy Lodzi, więc nie omieszkała mi towarzyszyć)

w poszukiwaniu jakiś ciekawych obiektów oddalonych, ale niestety żaden ptaszek ani sarenka nie wyszły mi na spotkanie, za to teraz będę mogła podglądać, co robią goście w naszym domku na górce:)

a nawet sąsiadów ze wsi:)

i za dnia pilnować „naszego” pola ziemniaków

(w nocy pracuje na nim pies naszych byłych sąsiadów, którzy szczęśliwi wynieśli się już do bloków w Cichym, ale przyjeżdżają karmić zwierzęta i odprowadzać do pracy (budy na polu) psa).
W każdym razie jest nadzieja, że następne szybujące nad nami bieliki będą już na moich zdjęciach rozpoznawalne!

Komentarze

Egretta, 2010/08/02 09:45
Oj dają Ci te Twoje "bestie" popalić, dają :) Najbardziej podobała mi się wzmianka o postawnym gościu z klapkiem :))))))) Pozdrawiam :)
magda, 2010/08/04 22:28
A nie próbowaliście ciągnąć napastniczki za tylnią nogę i próbować pozbawić ją równowagi? Postawny pan okładający klapkiem :-) podniecał tylko minipit(bull)kę i zagrzewał do walki. Trzeba ciągnąć za tylnie nogi, gdy nie ma szlauchu.
ania, 2010/08/04 22:44
niezły pomysł, choć mam wątpliwości czy w tym ferworze da się złapać jej nogę:) mam nadzieję nie sprawdzać, ale gdyby trzeba było, nie omieszkam, dzięki!
Skomentuj:
IZGKX
 
 
panus_nie_wraca_ranki_wieczory.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika