27 grudnia 2010

Parę słów o pomaganiu

Zaczęło się dziś niewinnie. Słonko, skrzący się w mrozie śnieżek…

A potem Lodzia z Piesem zginęli. Najpierw w trzcinowisku, potem z naszej „ambony” (czyli ze schodów na strych stodoły) widziałam, jak udali się za cmentarną górkę koło naszego nowego domu i zniknęli. Pojechałam za nimi samochodem dokąd się da, następnie grzęznąc w śniegu dotarłam po śladach do rzeki, z ulgą zobaczyłam, że wokół dziury w lodzie nie ma śladów walczących o przeżycie psów tylko ślady po lodzie prowadzą do olchowego lasku. Niestety tam wejść nie zdołałam i wróciłam do domu. Potem na poszukiwania poszedł Rober, nawet z daleka widział Lodzię, ale ta w kompletnym amoku nie reagowała na wołanie i znowu zapadła się jak sekator w śnieg (wyjaśnienie tego powiedzenia niżej). Jedyne co z tego wynikło, to obranie nowego kierunku poszukiwań – za rzeką. Więc znowu ja wsiadłam w samochód i pojechałam na drogę z Zawad do Czerwonego Dworu, tam gdzie jechaliśmy kuligiem, i BINGO! Pieso stał na środku drogi. W samochodzie popiskiwał żałośnie, ale pojechaliśmy dalej na poszukiwanie Lodzi. Na marne, ale gdy zawróciliśmy, stała w tym samym miejscu, skąd zabrałam Piesa – widać dotarła tu za nim „po węchu” i tu ślad jej się urwał. Jeszcze po drodze koło cmentarza zabrałam Roberta i takie to mieliśmy dziś przeprawy. Ciekawe czy wróciłyby same do domu (w tych rejonach bywają bardzo rzadko, no i wszędzie śnieg zmieniający świadomość węchową), czy stałyby tak na drodze przy tych -9 stopniach i czekały dalej na zbawienie, a może próbowałby wrócić, zabłądziłyby i zamarzły, bo dziś w nocy ma być -20… A kilka dni temu, gdy przy okazji spaceru z psami (grzecznie drogą) poszłam poucinać gałęzie ze zwalonych choin, żeby robiły za świąteczną dekorację dla gości, psy znowu dorwały sarenkę. Na szczęście udało mi się je odciągnąć i zadzwonić po Roberta, by przyjechał po nie samochodem i kolejna sarenka uszła z życiem, to jednak mam dość. Poważnie przemyśliwuję zaprzestanie psich spacerów. Tydzień pojęczą i popiszczą i może zapomną.. W czasie tych utarczek z sarenką zgubiłam sekator – chodziłam, szukałam po śladach – kamień w wodę czyli sekator w śnieg.

Ledwo wróciłam z poszukiwań małych, żółtych swołoczy, dostałam link z artykułem „Pan jeży” w Wysokich Obcasach. O panu Andrzeju Kuziomskim słyszałam wcześniej, pierwszy raz w reportażu w radiowej trójce. Wzruszyłam się wtedy do łez i do dziś wzrusza mnie jego poświęcenie i miłość do jeży, ale dziś też wkurza. I może na tej złości do swoich psów w amoku prawdopodobnie coś z lisem mającym wspólnego, ale napiszę co myślę.

Bo pomagać też trzeba dojrzale. Pomagamy, bo identyfikujemy się z potrzebującym. Ale im bardziej się z nim utożsamiamy, tym pomoc bardziej jest przepełniona frustracją i wściekłością na cały świat. Każdą odmowę, każde ograniczenie w pomocy, każdą przeciwność losu przeżywamy jako cios wymierzony złośliwie w nas i naszych podopiecznych, a że granica między nami a nimi właściwie przestaje istnieć, przeżywamy to OSOBIŚCIE (kłania się pozycja schi-pa ). Przerabiałyśmy to z Madzią w związku z Reksiem na dogomanii. Ale tak jest wszędzie, gdzie ludzie angażują się w pomaganie. Wśród nich pełno „jedynie wiedzących jak pomagać, jak w ogóle należy postępować”, a wszyscy poza nimi są nieodpowiedzialni i okrutni. Ktoś, kto nie uznaje jedynych obowiązujących w danym miejscu słusznych zasad pomagania, jest wykluczony. Właściwie odnosi się wrażenie, że to sekta. To odstrasza wielu rozsądnych, którzy też mogliby pomóc. Obcując z tymi, którzy tworzą towarzystwa najlepiej pomagających i w związku z tym jedynych, którzy mają prawo to robić, ma się wrażenie obcowania z oszołomami, które i tak nie dopuszczą nas do pomagania, skoro nie na ich warunkach. Z drugiej strony te „oszołomy” bardzo dużo robią dla potrzebujących, dużo konkretnych działań jest ich udziałem i dzięki swojej złości potrafią wiele przeciwności sforsować, bo jak wiadomo złość jest najpotężniejszym motorem ludzkich działań. Jednak trudno wytrzymać ich wieczne pretensje o wszystko i wielkościowe przekonanie, że to oni są jedyni sprawiedliwi. W końcu ludzie się od nich odsuwają, a oni zostają w poczuciu, że cały świat kieruje się egoizmem i nikogo nie obchodzi los cierpiących. Za to opluwana reszta obronnie w pomagaczach widzi jedynie wariatów i dziwaków i tak przepaść między nimi powiększa się. W ten sposób sprawy dla wszystkich ważne – ekologia, los potrzebujących… stają się sprawą garstki napastliwych zbawiaczy świata a nie nas wszystkich.

Panu Andrzejowi od jeży jestem niezwykle wdzięczna za to co robi i chętnie wspomogę go kasą, jako że bezpośrednio niczym innym nie mogę. Gdyby jednak kiedyś zajrzał w moje skromne progi, przestrzegłabym go przed byciem przykładem. Przykładem obronnego rozszczepienia na „oderwane od rzeczywistości świry”, które nie mogą znieść krzywdy i „rozsądnych egoistów”, którzy są na nią obojętni, wielkościowego, boskiego wręcz przekonania, że „jestem jedynym, który chce i umie pomóc”, które prowadzi do wycieńczenia, bo człowiek nie jest Panem Bogiem i ma swoje ograniczenia, oraz przejawem oralnej wściekłości, czyli wściekłości wywodzącej się z niemowlęctwa, gdy byliśmy całkowicie zależni od opieki innych i która, jeśli szwankowała, przeradza się w nieświadome postanowienie, żeby nikomu już nigdy, poza samym sobą, nie powierzać losu bezradnych i zależnych istot, oraz nieustanne potwierdzanie sobie, że wszyscy inni są złymi opiekunami. Dramat polega na tym, że takiej osobie nie można pomóc! Każda pomoc jest zła, nie taka jak trzeba, i choćbyście stanęli na głowie, i tak pozostanie jedyną, na której barkach spoczywa jej los/los podopiecznych. Mimo to trzeba takim ludziom pomagać! Bo, choć granica między nimi a tymi, którym pomagają, przestała istnieć, warto ich chronić przed złym opiekunem, jakim są sami dla siebie! Przepraszam Panie Andrzeju, ale musiałam to napisać!

Pomóżmy więc Igliwiakowi!

I jeszcze jedno. Zgadza się, sama tego nieraz doświadczyłam, że wielu dziennikarzy a zwłaszcza ich redaktorów naczelnych to osoby nieuważne i nieliczące się z innymi, a świeżo upieczeni wolontariusze mają idealistyczne podejście do pomagania („Artykuł w „Wysokich Obcasach” oraz kwestia wolontariatu” ) ale więcej wyrozumiałości dla ludzi bardzo pomaga w pomaganiu!:) (bo ludzie są tylko ludźmi, uczymy się całe życie, choć chętniej od tych, którzy nas akceptują, a im bardziej się w nas wierzy, tym bardziej jesteśmy skłonni udowodnić, że warto w nas wierzyć).

PS. Nie jest prawdą że pan Andrzej jako jedyny pomaga jeżom w Polsce, choć być może robi to najlepiej:)

Komentarze

Aurela, 2010/12/28 11:48
Polecam sposób myśliwych na odnajdowanie swoich psów: w miejscu "zgubienia psa" najlepiej zostawić coś swojego a psiak wróci do rzeczy pana;))) tak wróciła sunia mojej siostry zaginiona w lesie i ostatnio psiak znajomych;)Nerwów niestety było masakrycznie dużo;)
ania, 2010/12/28 12:24
Sposób godny propagowania, zwłaszcza gdy pies jest nie na swoim terenie, np. w obcym lesie, ale w naszym przypadku miejsce z którego pies ginie jest psu świetnie znane i jeśli dotrze do niego z powrotem to już wróci sam do domu. I tak właściwie do tej pory zawsze było. Mamy jednak dość denerwowania się i biegania za psami pół dnia. Psy właśnie piszczą, że chcą iść na spacer...
Aurela, 2010/12/28 12:39
...a to szelmy;))))
fred, 2011/01/28 23:40
Bruna czasem wciągnie w las.Jak jestem z żoną to tropimy go brodząc w śniegu i przedzierając się przez błota. Jak jestem sam to idę do domu i czekam na jego powrót. W końcu kto ma więcej do stracenia ? A na spacery chodzi zawsze w kagańcu.
Skomentuj:
DBZAH
 
 
pare_slow_o_pomaganiu.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:25 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika