14, 15 kwietnia 2008

Perfect days, czyli szczęśliwie zakończona historia naszego siedliska

Wracałam po północy z Olecka, bo odwiozłam Roberta na PKS do Warszawy. Słuchałam trójki, jak to zwykle w samochodzie, nocnej audycji Dariusza Bugalskiego, który zaproponował temat „Perfect Day” z ilustracją - piosenką Lou Reeda . Ludzie dzwonili, opowiadali a ja zastanawiałam się nad swoim perfekcyjnym dniem i wyszło na to, że właśnie mam taki za sobą, a z dzisiejszej perspektywy następny mogę również do tej kategorii zaliczyć. Nie były to dni ani piękne, ani romantyczne, ani pełne niezwykłych wydarzeń do wspominania na emeryturze. Wręcz przeciwnie - były upiornie męczące fizycznie i psychicznie. Jeździliśmy w szalonym tempie kilka razy między Oleckiem a Gołdapią i Zawadami, denerwowaliśmy się, musieliśmy prosić różnych urzędników o przysługę, wydaliśmy kupę kasy wcale nie na przyjemności, Robert wymordował się w nocnym PKSie i w kancelarii notariusza… właściwie uprzejmie dziękuję za takie dni:) a jednak zgrzeszyłabym nie zaliczając ich w poczet perfect days. Bo takie dni zdarzają się bardzo rzadko i trzeba za nie dziękować. To czym sobie zasłużyły??? Konsekwencją w udawaniu się po kolei, czego się nie dotknąć, a dotykaliśmy rzeczy bardzo trudnych, wydawałoby się niewykonalnych, oraz przez fakt, że dziś zwieńczone zostało sukcesem nasze największe zawadzkie marzenie, przez wiele lat raczej zmora niż przyjemne śnienie. Ale po kolei.

Kiedyś w naszym domu mieszkała rodzina Zakrzewskich. Oczywiście jeszcze wcześniej mieszkała jakaś rodzina przesiedlonych tuż przed wojną do Prus Wschodnich Niemców, którzy dostali pokaźną pomoc od Hitlera, żeby tu zbudować siedlisko i osiąść. Ale po wojnie zamieszkali Zakrzewscy znani z gospodarności i z tego, że jako nieliczni dbali o domostwo odziedziczone po Niemcach. Wokół ich pola rozciągały się łąki PGRu w Świętajnie, potem przejęte przez Agencję Rolną. I przyszedł dzień, kiedy gospodarz Zakrzewski nie dawał rady obrobić całej swojej ziemi i za emeryturę oddał agencji kawał pola sięgający jeziora, ogród za domem i pas działki za garażem. A potem umarł - wrócił z pola, położył się na łóżku, bo źle się poczuł i już nie wstał. Rodzina postanowiła sprzedać siedlisko. I sprzedała za pół darmo po wielkich targach z warszawskim cwaniakiem. Zaraz potem cwaniak potrzebował kasy na remont swojego pałacu, chciał więc upłynnić zakup za potrójną cenę. Ja przyplątałam się na to przypadkiem, zaproszona w okolice na wakacje i jak wiadomo moja pierwsza wizyta w Zawadach nad jeziorem Głębokim zakończyła się miłością doczesną (do tego miejsca rzecz jasna). Ponieważ w naszym posiadaniu była stłoczona wśród innych malutka działka rekreacyjna z domkiem kempingowym na popularnym działkowisku nad Zalewem Zegrzyńskim, na którą nikomu nie chciało się jeździć, sprawa była oczywista – zamienić ją na najpiękniejsze miejsce na ziemi. Pan cwany był bliskim znajomym przyjaciółki, dzięki temu poczekał, aż się obrobimy ze spieniężeniem działki, no i na ręce, o naiwności nasza, zanadto mu nie patrzyliśmy. Planik ziemi na dokumentach wyglądał na plan tej, którą kupujemy, zabudowania zostały obejrzane przez fachowców i tak staliśmy się właścicielami domu, stodoły i obory oraz niecałego hektara ziemi (był jeszcze garaż, a właściwie jego resztki). Przez kilka miesięcy żyliśmy w błogiej nieświadomości, że ziemia nasza sięga do jeziora, co wynika z naturalnego jej położenia w granicach potoku, że mamy sad za domem z piękną starą lipą, a kawałek ziemi przeznaczony pod warzywniak też jak najbardziej jest nasz, skoro to wszystko znajduje się w obrębie naszego płotu i otoczone odwiecznie tu rosnącymi bzami. Najpierw padło złudzenie o ziemi do jeziora.

(tu jezioro we mgle po pierwszej w tym roku burzy)

Okazało się, że ok. 40 m dzieli nas od linii brzegowej, a to, co miało być nasze, należy do skarbu państwa i przyłączone jest do kilkuhektarowej działki za płotem. Wystąpiliśmy więc do agencji, aby wydzieliła to, co kiedyś do naszego kawałka ziemi należało i nam sprzedała. Trwało to z pół roku nerwowej korespondencji, aż dostaliśmy powiadomienie o przetargu na działki otaczające nasze gospodarstwo, w tym na „nasz” kawałek.

Stanęliśmy do przetargu zdeterminowani, z zamiarem wygrania za wszelka cenę, zmuszeni, w razie wygranej, do zapłacenia za kilka hektarów niepodzielnej działki, zamiast za kilkaset „niedopatrzonych” metrów. Niestety byliśmy za ciency w uszach. Na przetarg zgłosiło się kilka osób równie zdeterminowanych i przetarg przegraliśmy. Na szczęście dla nas, widząc, że wyżej mierzyć nie możemy, całą wystawioną ziemię kupił nasz nowy, bogaty sąsiad, który w ten sposób zapewnił sobie spokój. Ale nasz spokój runął, zwłaszcza po kolejnych wizytach w starostwie z powodu przymiarek do pensjonatu, które pozbawiły nas złudzeń co do ogrodu i warzywniaka i po tym, gdy sąsiadowi znudziła się posiadłość i postanowił ją sprzedać.

Tego już było za wiele! Robert myślał o kupnie kałasznikowa, by w razie czego strzelać z okien domu do najeźdźcy (nasza działka od strony ogrodu oficjalnie kończyła się zaraz pod oknami domu) i własną pierś nadstawiać w obronie naszej ziemi. Na nic zdały się prośby, by działkę, do której przyłączone są oddane za emeryturę kawałki naszej, sąsiad sprzedał nam a resztę komu chce. Sąsiad, znany biznesmen nie był skory zapewnić nam spokoju swoim, jak to mawiał, kosztem, bo liczył na to, że swoją posiadłość sprzeda tym drożej, im więcej ziemi do niej będzie przylegać. Sorry Winnetou, biznes is biznes. Kilka lat trwało, gdy przyjeżdżali potencjalni kupcy a my drżeliśmy ze strachu i ponawialiśmy swoje prośby. W międzyczasie moja rodzina sprzedała nieruchomość w Warszawie i nasza siła przekonywania sąsiada stała się dużo większa. Sąsiad jednak trzymał się wersji, że owszem sprzeda nam, jeśli znajdzie kupca na resztę. A że wiedział, jak bardzo nam zależy, mógł stawiać wygórowane warunki, którym my w końcu mogliśmy nie sprostać i przez to całość mogła pójść w ręce tego, kto za całość wystarczająco zapłaci. Byliśmy otoczeni wymarzoną, niedostępna ziemią jak na wyspie, na którą w każdej chwili mógł przypłynąć wrogi okręt. Drżeliśmy ze strachu, że tylko patrzeć, jak ktoś zapragnie naszych starych bzów, naszej pięknej lipy i naszego brzegu jeziora. Ale statek nie przypływał, bo może cena była zbyt wygórowana a może sprzedawanie niezbyt sprawne. I w końcu Robert doprowadzony do ostateczności tym koszmarnym stanem zawieszenia pojechał się rozmówić z sąsiadem (sąsiad mieszka w stolicy, w swoim domu w Zawadach był może z raz czy dwa i nigdy w nim nie nocował). I wtedy nastąpił zwrot akcji i stała się dla odmiany bardziej nerwowa, zamiast koszmarnie zawieszona. Dostaliśmy propozycję nie do odrzucenia. Jeśli sprzedamy posiadłość sąsiada z całą resztą ziemi za wyznaczoną cenę, „naszą” ziemię kupimy po cenie dla nas przystępnej. Ale mamy na to pół roku. Potem umowa gaśnie. I zaczął się wyścig z czasem. I znowu potwierdziło się, że internet to potęga. Z zaprzyjaźnionym komputerowcem umieściliśmy gdzie się da linki do strony o sprzedaży nieruchomości nad jeziorem. Baner z linkiem wylądował oczywiście też na naszej stronie w dwóch głównych miejscach. I rozdzwoniły się telefony. Znaleźliśmy kupca w niecałe dwa miesiące! I to takiego, który przeszedł pozytywną selekcję - w końcu wybieraliśmy jednocześnie najbliższego sąsiada:) Wybór na pewno jest słuszny, skoro kupiec trafił na ofertę, bo jego żona, wielbicielka ceramiki oglądała naszą stronę, a gdy tu przyjechali, zakochali się w tym miejscu jak ja kiedyś. Oczywiście nastały dni niepokoju, czy uda mu się dostać kredyt, czy nie zrezygnuje, czy coś się nie wydarzy… ciągnące się w nieskończoność czekanie w obleganym sądzie na wypis z hipoteki i w końcu wyznaczono termin umowy przedwstępnej. Ale nie ma lekko! Ziemia rolna, w takiej ilości zwłaszcza, może być obiektem sprzedaży warunkowo, bo prawo pierwokupu ma … nasza ukochana Agencja Rolna, która może przez miesiąc decydować się, czy chce ze swego prawa skorzystać.

Oczywiście można podać w akcie cenę tak wysoką, że agencji się nie opłaca, ale wtedy płaci się horrendalne taksy, podatki itd. A poza tym w obecnych czasach każda cena za ziemię nad jeziorem może być dla agencji atrakcyjna.

Robert wciąż nie mógł spać spokojnie, mimo wpłaconej przez kupca zaliczki. Jedyna rada, by nie fundować sobie kolejnego miesiąca strachu, a wiadomo na finiszu zawsze najtrudniej – zostać rolnikiem, bo rolnikowi przysługuje prawo kupna ziemi z przeznaczeniem na powiększenie gospodarstwa, o ile nie ma ono już ponad 300 ha powierzchni, bez decyzji agencji. Żeby być rolnikiem trzeba: być zameldowanym w miejscu, gdzie jest ziemia, posiadać zaświadczenie z gminy, że prowadzi się samodzielnie gospodarstwo rolne, być panem na włościach o powierzchni większej niż 1 ha, mieć co najmniej wykształcenie średnie lub 5 letnią praktykę na roli i być właścicielem areału, który powiększa. I dopiero w sobotę dotarło do nas, że owszem, jako małżeństwo spełniamy te warunki, ale każde oddzielnie nie. Ja nie, bo zameldowana jestem w Warszawie ze względu na prowadzoną działalność gospodarczą, a Robert – bo nie jest właścicielem ziemi, którą mamy, gdyż została kupiona przed zawarciem małżeństwa, na moje nazwisko. Nawet kawałek, który dokupiliśmy 2 lata temu, by mieć ponad hektar i dzięki temu móc prowadzić agroturystykę (tak, tak, to konieczny warunek), został kupiony na tydzień przed naszym ślubem! I tak dotarliśmy do dnia wczorajszego, czyli do Perfekt Day. Poniedziałek (dodatkowym argumentem jest fakt, że szczęście dopisało mimo poniedziałku) przed wtorkowym podpisywaniem umowy przedwstępnej był jedynym dniem na to, by Robert został rolnikiem:) Musieliśmy znaleźć notariusza, który na poczekaniu wymyśli, jak Roberta uczynić współwłaścicielem łącznym, by ponad hektar w Zawadach do niego też należał, a nie tylko do mnie, i również na poczekaniu stworzy akt rozszerzenia naszej współwłasności majątkowej o akty sprzedaży przedślubne, wyciągnąć z sądu wypisy z ksiąg wieczystych (na które czeka się ponad miesiąc), w starostwie dostać wypisy z rejestru gruntu obu naszych małych działek w Zawadach, zdobyć zaświadczenia w gminie podpisane przez panią wójt, której, jak się okazało, tego dnia w urzędzie nie ma, nie mówiąc o znalezieniu czynnego bankomatu, co w miastach typu Olecko czasem jest kłopotem. Notariusza podejrzewanego o znalezienie dla nas czasu znaleźliśmy w Gołdapi, w sądzie w Olecku miła pani wyciągnęła nasze księgi, położyła na swoim biurku i obiecała czekać na telefon od notariusza, żeby „na gębę” podać mu wszystkie informacje, bo wypisów dać nie mogła, z wypisami w starostwie poszło sprawnie, popędziliśmy więc do Gołdapi. Panu notariuszowi udzieliło się nasze zaaferowanie i zaprosił nas poza kolejnością, wysłuchał w czym rzecz, zabrał wszystkie dokumenty i obiecał, że coś mądrego wymyśli i jakoś nas wciśnie w swój dzisiejszy grafik, mamy czekać na telefon od niego. Pojechaliśmy więc do gminy w Kowalach Oleckich, a tam kolejna miła pani uwierzyła na słowo (prawda jest taka, że Robert w gminie jest znany i daleko by im nie uciekł, gdyby chciał oszukać, ale czy w bezimiennej W-wie byłoby coś takiego możliwe?), że za dwie godziny Robert będzie właścicielem gospodarstwa, w którym samodzielnie pracuje, bo tylko w takim wypadku zaświadczenie mu się należy, zostawiła tylko wolne miejsce w dokumencie na nr aktu notarialnego a my obiecaliśmy, że zadzwonimy, gdy go już poznamy, no i za nieobecną panią wójt zaświadczenia podpisała pani sekretarz. Potem wskoczyliśmy do domu coś zjeść i wypuścić psy i z powrotem do Gołdapi. Bankomat zadziałał, mogliśmy wiec uiścić opłaty notarialne i tak Robert został właścicielem ziemskim i rolnikiem, a nasze małżeństwo zostało przypieczętowane:) Ale na tym nie skończył się perfect monday, bo poszliśmy przy okazji dorobić szyby do szafki kuchennej (w Gołdapi jest najbliższy nas szklarz, jednakowoż jest ok. 35 km od nas) i nie dość, że kolejna miła pani mimo braku czasu zrobiła je na poczekaniu, to zadzwonił nasz syn z wiadomością, że dostał wymarzoną pracę po miesiącach bezrobocia!

No i potem nastała noc i zawiozłam Roberta na PKS, a potem słuchałam nocnej trójki wracając do domu. A potem był wtorek, godzina 14.00, czyli godzina podpisania umowy przedwstępnej i padła propozycja, by od razu podpisać ostateczną, skoro już nie trzeba pytać agencji, czy przypadkiem na naszą ziemię nie ma ochoty. I miły były już właściciel z pełnym portfelem po zaliczce od drugiego kupca pożyczył pieniądze na zapłacenie ostatecznych opłat notarialnych, na które Robert nie był przygotowany a także zgodził się poczekać na całość należnych mu pieniędzy, aż wywędrują z funduszu, gdzie czekają na ten zacny cel. I tak dzień ten nieoczekiwanie też stał się dniem niezwykłym, historycznym, w którym wrócił nam spokój ducha. A ja, gdy tylko się dowiedziałam, poszłam z psami na spacer po naszych nowych włościach i roniłam łzy wzruszenia, bo teren jest taki piękny a już nikt go nie zniszczy ani nie zagarnie dla niecnych celów!!!

I tych 100 gatunków ptaków, które sobie tu bytują, z wilgami w krzakach na górce

i żurawiami za płotem i trzeszczącymi derkaczami w trawie. I lisa, który dziś denerwował psy przez płot, aż Belfegor nie wytrzymał i płot przeskoczył, i naszego dyżurnego stadka sarenek, które o zmierzchu wychodzą na wypas, i bobrów na rzeczce,

i magicznego wylotu na środku pola podziemnego potoku, które łączy jezioro z rzeką, gdzie spod ziemi wypływają ryby,

i sosenek z sukcesji łąkowej, no i przede wszystkim naszej tegorocznej bożonarodzeniowej sosenki,

która też wcale nasza nie była, no może parę gałązek, które wystawały na naszą prawowitą część ogrodu. A zachód słońca nad jeziorem wreszcie nie zasłonięty budowlą – widmem postawioną przez wrogą załogę okrętu ze złych snów. Dziś jest Perfect Day, bo jeśli uda się przez ten moment zapomnieć o nieszczęściach świata tego, to na ten moment niczego więcej do szczęścia nam nie trzeba!

(tu powycinane sosenki z powodu dopłat za koszenie łąk w celu utrzymania siedliska - inaczej zaraz będzie tu las)

Komentarze

Sympatyk z Warszawy, 2008/04/28 15:19
Gratuluję Ci, Aniu, szczęśliwego dnia... i Robertowi również. Mam nadzieję, że zwierzchnicy urzędników, którzy przyczynili się do tego, żeby wasze siedlisko miało swój Perfect Day. nie przeglądają internetu i nie czytali Twojego tekstu, bo jeżeli...to jeszcze możecie mieć nieprzewidziane trudności. Odpukuję w niemalowane drewno i trzymam kciuki za siedlisko w Zawadach Oleckich.
Tess, 2008/04/29 09:08
Serdeczne gratulacje! Cieszę sie razem z Wami i nie moge się już doczekać przyjazdu do Zawad!
ania, 2008/05/09 21:10
Dzięki za gratulacje, a w niemalowane nie trzeba pukać, wbrew pozorom wszystko odbyło się zgodnie z prawem.
Skomentuj:
NQOYD
 
 
perfect_days_czyli_szczesliwie_zakonczona_historia_naszego_siedliska.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika