Pierwszy dzień w Maroku - Agadir

Pierwszy dzień w Maroku spędziłam na odsypianiu podróży (nie zdążyłam więc na śniadanie w hotelu, które wydają do 9.30) i rozpoznawaniu terenu. Najpierw odnalazłam drogę na plażę, potem szłam brzegiem do końca w prawo, wróciłam na zebranie informacyjne, na którym chciałam zapisać się na wycieczki, potem odnalazłam plażę przynależną do hotelu i spełniłam swoje marzenie o pływaniu w ciepłym oceanie, potem zjadłam wegetariańską kanapkę (podgrzana bułka z jarzynami;)) w barze po drodze do hotelu, potem poszłam znowu nad ocean i ruszyłam drogą w stronę przeciwną myśląc, że jeszcze mogłam kawałek iść, gdyby nie zmrok, ale jak się ostatniego dnia okazało, doszłam wtedy do granicy, za którą chodzić nie wolno, bo tam wolno tylko królowi. Tak więc plaża w Agadirze szeroka (do 300 m!) i długa (8 km) z obu stron jest zamknięta - z jednej mariną i portem, z drugiej błoniami rezydencji króla. Ale i tak nogi mi w tyłek wlazły, gdy tak chodziłam brzegiem.

zdjęcie z rana - koło tego sklepiku przechodziłam codziennie na plażę

taki widok w prawo ujrzałam nad oceanem, czyli słynne wzgórze Kazbah, na zboczu którego ułożony jest z kamieni napis „Bóg ojczyzna król”

widoki z wieczornego spaceru w drugą stronę

zachód słońca z promenady, gdy już wracałam (koło 18.00)

Przy okazji napiszę o hotelu Argana, który wybrała mi pani z biura turystycznego, nie mogąc mnie jednak zapewnić, że odnajdę tam upragniony spokój. Z tego, co było dostępne w moim wyznaczonym terminie, był jedynym lokum, które mi mogła polecić. Naczytałam się opinii o hotelu na portalu dobrewakacje.pl, gdzie zresztą wycieczkę znalazłam, że kolejki po śniadanie, zatęchłe pokoje, hałas z hotelu obok, gdzie nocne dyskoteki spać nie dają… postanowiłam więc wspiąć się na wyżyny tolerancji oraz zakupić zatyczki do uszu, ale ani razu ich nie użyłam. Raz tylko był hałas, gdy Hassania Agadir po meczu w Rabacie utrzymała pierwsze miejsce w pierwszej lidze i z tej okazji chyba cała męska część populacji Agadiru trąbiła klaksonami.

witraż na suficie w holu witraż przy wejściu do hotelu

Hotel trochę udaje marokański, a trochę taki jest. Ale ogólnie wystrój OK. Kolejek na śniadanie nie było. Poza jedną sobotą, gdy w Agadirze odbywał się triatlon i zjechało trochę podrostków, w ogóle w hotelu były pustki. Bo na wakacje do Maroka należy jeździć po sezonie! Owszem, łazienka nie była pierwszej nowości i najwyższej jakości, emalia w wannie raczej była starta a słuchawkę w prysznicu musiałam sobie dokręcić, żeby nie zalać łazienki, ale bez przesadyzmu. Ogólnie było czysto i nic nie śmierdziało, a widok z balkonu bezcenny.

tak wyglądało moje łóżko, które podobno jedną wielbicielkę oryginalnego marokańskiego wystroju przyprawiłoby o bezsenność, ja jednak spałam świetnie, zwłaszcza w tej cudownej temperaturze za otwartym oknem i z oceaniczną bryzą

Obsługa nienachalna i profesjonalna, a gdy w końcu trafiłam na śniadanie, miło mnie rozczarowało. W porównaniu ze śniadaniami na Cabo Verde, obfitość i różnorodność jedzenia. Bułki różniaste, z których ukradkiem robiłam kanapki na potem, ciastka dmuchane, placki, coś w rodzaju naleśników, ziemniaki, ryż, czasem frytki, pyszny jogurt na słodko, płatki do jogurtu lub zawiesina jakiś żółtych owoców, pomarańcze, kilka rodzajów oliwek, grilowane pomidory, pomidory i ogórki żywe, twarożek, żółty ser, jakaś mortadela, na którą nie patrzyłam, czasem jajko lub jajecznica i przede wszystkim arabska herbata z mięty, no i byle jaka kawa (podobno, bo nie piję), jakieś soki, ale sztuczne, z saturatora. Wychodziliśmy ze śniadania pękaci.

ten pan z lewej codziennie sprzedawał owoce, inni chodzili z czajnikami i robili herbatę, jeszcze inni z ciastkami, ze srebrną biżuterią, z wielbłądami do zdjęć…, a czarni z głębi Afryki sprzedawali drewniane żyrafy, maski i parea

Przy hotelu jest basen, ale kto by korzystał z basenu, gdy paręset metrów dalej jest ciepły ocean! Plaża hotelowa jest przy zejściu nr 12, wystarczy powiedzieć, że jest się z hotelu, by móc zająć leżak pod parasolem. Można spokojnie zostawić rzeczy i iść pływać. Oczywiście lepiej całego majątku i paszportów nie nosić na plażę, jeśli jest się, jak ja w Maroku, singlem. Z czystym sumieniem mogę hotel Argana polecić, no chyba że ktoś za tak niską cenę ma nierealistyczne wymogi.

Mnóstwo większych zdjęć z tego dnia (z opisami) w albumie Pierwszy dzień w Maroku

Komentarze

Monika, North Carolina, 2017/11/16 14:04
No, po takiej zachcecie - chyba w koncu sie wybiore na marokanskie poszukiwania mojego niedoszlego meza.
Skomentuj:
CSFAV
 
 
pierwszy_dzien_w_maroku_-_agadir.txt · ostatnio zmienione: 2018/01/20 18:35 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika