1 sierpnia 2011

Półmetek a jakby koniec

A zaczęło się tak niewinnie. No może poza jednym lipcowym weekendem, gdy wyjątkowo było piękne lato. Raz na rok na gminnej plaży dzieją się rzeczy straszne. Zjeżdża banda idiotów i robi sobie biwak, mimo iż od kilku lat wisi tabliczka, że zakazane. Z czym to się wiąże - wiadomo. Z obsranymi dookoła krzakami, pianą z ludwika przy brzegu, bo się myją w jeziorze oraz gary, tak że wejść się nie da do wody bez obrzydzenia. Nie mówiąc o śmietnisku dookoła, wulgarnych tekstach i hałasie w nocy. Pijane towarzystwo puszcza z samochodów przez dzień i noc całą „muzykę” i wrzeszczy na cały regulator. Owszem, nie boję się tych ludzi nazwać bandą idiotów. Dla mnie tylko idioci mogą zanieczyszczać jezioro i teren dookoła, nie mówiąc o reszcie zachowań. Ale jak by to powiedział jeden z drugim „ludzie to w 99% kretyni” i niestety czasem mam ochotę się z tym zgodzić. Problem w tym, że olecka policja miała w tamten weekend pełne ręce roboty i z tego co nam wiadomo, odebrała kilka telefonów od różnych mieszkańców Zawad, którzy dostawali obietnice, że jak tylko patrol będzie mógł, przyjedzie. W końcu powiadomiony dzierżawca jeziora nie zdzierżył tej piany z ludwika i pojechał przegonić towarzystwo. Niestety - ku utrapieniu naszych najbliższych sąsiadów, którzy bezpośrednio graniczą z gminną plażą, „biwakowicze” do niedzieli bezkarnie robili co chcieli. A w poniedziałek przyjechała ekipa z gminy, posprzątała, skosiła i było jak gdyby nigdy nic. I to dobre;)
Natomiast na naszej plaży do niedawna kwitło życie wędkarzy. Cóż… są tacy, którzy uciekają z tego powodu z plaży. Np. Madzia. Każdy wegetarianin pewnie miałby za złe przyjeżdżając do nas na wakacje.

Pytają się mnie niektórzy, dlaczego gonię myśliwych, a pozwalam na wędkowanie. Mówią, że to zakłamanie. Może dlatego, że identyfikuję się ze zwierzętami stałocieplnymi, a zmiennocieplnych jedynie mi szkoda? A może dlatego, że w dzieciństwie z ojcem chodziłam na ryby i czasem myślę, że każdy ma prawo jeść to, co sam potrafi zabić, zachowując przy tym zasadę humanitarnego traktowania zwierząt (co w tym przypadku oznacza sprawianie jak najmniej bólu oraz szybką śmierć). Tu padnie zaraz zarzut, że przecież ryby bardzo boli, gdy im się haczyk wbija w podniebienie. Prawda, ale mnie bardziej boli, gdy się duszą wyrzucane na brzeg i nieuśmiercane natychmiast. Co do haczyka - niejednego z nas bolało, gdy go na haczyk życie wzięło;) A może dlatego, że nie jem mięsa stałocieplnych zwierząt nie z powodu jakiś górnolotnych zasad, czy po to, by czuć się lepszym od tych, którzy jedzą, lecz dlatego, że z takim zwierzakiem łączy mnie związek uczuciowy, a z rybą jakoś nie. Jakby to głupio dla co poniektórych nie brzmiało, ja po prostu kocham zwierzęta, zwłaszcza te, z którymi można złapać kontakt. Te, z którymi nie, szanuję i dbam o to, by nie cierpiały, troszczę się o ich warunki bytowania i wyznaje zasadę, że były tu przede mną, a ja nie jestem od nich kimś ważniejszym. I mam na myśli zwierzaki od ptaków w dół, choć żab i jaszczurek też nie jadam:) Wiem, wiem:), niejeden powie mi, że z rekinem na pewno kontakt bym złapała. Jak wiadomo, mam wątpliwości także co do weganizmu. To jak zwykle nie jest takie proste, ma dwie strony medalu i daleka jestem od czarno-białych sądów. Ci, którzy jedzą nabiał, choć nie jedzą mięsa, mają tak samo zabijanie zwierząt (np. cieląt) na sumieniu, więc czym przy tym jest wędkowanie… Zamiast patrzeć na ręce komuś, co je, lepiej byłoby się zająć warunkami, w jakich żyją zwierzęta hodowlane. Myślę, że często śmierć jest dla nich wybawieniem… Strach też pomyśleć, co stałoby się ze zwierzętami hodowlanymi, gdyby stały się wolne. Ale chyba już kiedyś o tym wspominałam… Gdybym miała wpływ na świat, zadecydowałabym o ekologicznej, humanitarnej, wolnowybiegowej hodowli zwierząt. A potem „Rozkosze Emmy”:) Ale to ludzie musieliby się zmienić - zachłanność, pazerność, własna wygoda, przyjemność i zysk wszystko jedno jakim kosztem, gdy uczciwie pomyśleć, jest tak powszechną mentalnością, że setki lat pracy przed nami… I może to jest jeden z powodów - moja pazerność, bo gdybym zabroniła wędkarzom przyjeżdżać, połowa gości by odpadła;) Na pocieszenie siebie dodam, że moja pazerność ma jednak pewne granice - nigdy nie wpuszczę do pensjonatu myśliwych, którzy chcieliby w Zawadach polować, za ŻADNĄ cenę nie reklamowałabym mięsa, nie otworzę sklepu mięsnego, ubojni, fabryki przetwórstwa mięsnego ani nie zajmę się hodowlą zwierząt na rzeź (dlatego z przykrością rezygnuję z kóz, bo przecież ich nie wysterylizuję, żeby nie miały koźlaków). Są rzeczy których nie da się zrobić za żadną cenę, bo są niezgodne z naszym JA. No dobrze, dość dygresji.

W dzień przed moimi imieninami Gutek z rodzicami zwinął się do domu w Warszawie. Szkoda mu bardzo nie było, bo coraz bardziej szczękał zębami przy kąpielach w jeziorze. Jak wszędzie padało na przemian z z mizernym słońcem. Ale że u nas zła pogoda nigdy nie zatrzymuje się na dłużej, w moje imieniny było już piękne słońce. Po czym znowu zachmurzyło się, popadało i znowu wróciło słońce, by znowu… tak jest do dziś.

Na imieniny spotkała mnie niespodzianka - od Aureli, Moni i Dawida dostałam pięknie przybrany koszyk ze smakołykami, ale wyżarłam tylko fabryczne słodycze - te własnej roboty i słoik ogóreczków czeka, aż mi się będzie cknić do lata. A od Roberta… najbardziej wypasiony na rynku akumulator do kangura!:)
Wraz z wyjazdem Gucia, poza tymi drobnymi chwilami, gdy musiałam sprzątnąć cały pensjonat już bez pomocy Madzi, a zajęło mi to cały dzień, i poza wykonaniem tabliczek na zamówienie, leniłam się nieprzyzwoicie. Aż mi głupio, gdy w tym czasie Robert ciężko haruje i na nic powtarzanie sobie, że przecież mam urlop! A w ramach lenistwa czytam po kolei grube bardzo książki z boxu Millenium, który dostałam na imieniny. Oglądałam film, ale i tak czyta się wyśmienicie, zresztą przy mojej sklerozie…:) No i tak niby niewinnie, ale remont na górce nie pozwala zapomnieć o trudnych stronach rzeczywistości… Robert nawet dziś coś wspomniał, że ktoś przeklął ten remont. A propos! Krąży plotka, że sprzedaliśmy domek na górce:)

Najpierw był kłopot z dachówkami. Wciąż brakuje chyba dwóch rzędów, żeby zakończyć roboty na dachu.

Myślałby kto, że mamy całą masę dachówek więc w czym problem. Ano w tym, że niemieckich dachówek jest kilkanaście chyba rodzajów, choć dla laika niczym się nie różnią. Ot esówka każda taka sama. Nic z tego. No i na drugą połać dachu takich samych nie starczyło, a Robert, mimo że przebrał wszystkie nasze zapasy, nie znalazł wystarczającej ilości. Efekt tego taki, że na stodołę zakupił z kamienicy w Olecku tyle dachówek, że chyba zbudujemy w Zawadach kościół:)
Natomiast wczoraj przyszedł załamany, bo okazało się, że jednak ścianę stodoły trzeba rozebrać

tu demonstruje, jak chwieje się ściana

No więc dziś się buduje..

A dziś jest sądny dzień. W pierwszy dzień sianokosów obudziła nas ulewa. Do domku na górce miał dziś przyjechać transport piasku.

I przyjechał… szkoda tylko, że pierwsza ciężarówa przywiozła nie to co trzeba, a że nie dała rady wjechać na podwórze koło stodoły, wysypała żwir pod sławojką. Przy okazji zrujnowała drogę. Druga ciężarówa, już z piaskiem dokończyła, co pierwsza zaczęła i już nigdzie nie dojechała, zrzuciła piach na drogę. Teraz chłopaki na piechotę (czyli traktorem:)) przewożą piach pod stodołę, a żwir pójdzie na utwardzenie rozjechanej drogi. Przybyłam na miejsce, gdy koleiny po kolana zostały już zasypane ale i tak widok jest straszny. A wszystko przez ten deszcz.

kontrola z naszego podwórza:)

Jedyne, co dobre przez deszcz, to to, że roboty wewnątrz idą szybciej:

Deszcz, nie deszcz, trzeba kosić. Od jutra ma być pogoda, więc wyschnie. Trzymam za słowo!

Robert biega z mapą, żeby ustalić, które 10% w tym roku ma być niekoszone.

a bociany zaraz się zwiedziały!

A na strychu stodoły, jak co roku tradycyjnie zbudowały gniazdo szerszenie. Dziś odkryłam z gośćmi. Znaczy goście odkryli, że szerszenie wlatują pod dach, a ja przeszukałam szczyt od wewnątrz i dopatrzyłam się czegoś okrągłego, co dopiero przy błysku flesza (z braku latarki) okazało się pięknym, niedostępnym gniazdem. Robert zły jak osa:) bo tylko mu tego teraz brakuje i nie wie jak się tam dostanie w swoim nowym stroju pszczelarza, który zakupił po tym, jak pod dachówkami na górce znaleźli dwa gniazda os.

Na pocieszenie floksy pięknie kwitną!

A ja na koniec wyjaśnię, skąd taki tytuł. Ano stąd, że już po świętej Ance, a lata jak nie ma, tak nie ma. Wciąż mi się wydaje, że to już koniec wakacji i ze zdziwieniem odkrywam, że przecież dopiero zaczyna się sierpień. W dodatku przed nami święto Sokółek i konkurs „Czy Twój pies jest Europejczykiem”, o czym niebawem!

PS z wtorku: Zapomniałam napisać, że u nas sianokosy, a derkacz chyba zgubił kalendarz. Dziś w nocy dalej nadawał za płotem…

Komentarze

Egretta, 2011/08/01 21:11
Tez mam wrażenie, że nadeszła jesień i jakos kiepsko się z tego powodu czuję. Na wieś w minionym tygodniu z przyczyn obiektywnych nie pojechałam, wiec wzięłam się radośnie za robienie przetworów. Ogórki na moim blogu a suszone pomidory jeszcze w piekarniku. Pozdrawiam ciepło.
ania, 2011/08/01 21:36
Łoł! Suszone pomidory! Pycha, chociaż pewnie najlepsze suszone na słonku. A tabliczka na dom dla Ciebie też już upieczona, ale jeszcze raz pójdzie do pieca, muszę coś poprawić.
Egretta, 2011/08/02 09:13
Bardzo się cieszę Aniu i czym prędzej uiszczam :) A co do słonka...spotkałaś je gdzieś to podeślij choć na 4 dni, (na czas suszenia pomidorków) bo na nas sie ciężko obraziło i nawet nie zagląda :(
ania, 2011/08/02 10:18
No właśnie dlatego myślałam że suszone pomidory tylko w słonecznej Italii:)
Egretta, 2011/08/02 20:17
Okazuje się, że można też w piekarniku. Jedną partię już zrobiłam, jutro zdegustujemy i jesli okażą się dobre, pokażę je na blogu wraz z przepisem.
Monika, North Carolina, 2011/08/14 22:56
Od Swietej Anki zimne wieczory i ranki. Wszystko sie zgadza.
Skomentuj:
PVKGQ
 
 
polmetek_a_jakby_koniec.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:25 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika