1 - 3 sierpnia 2010

Poloneza czas zacząć

Tylko jeszcze trzeba go mieć z kim zatańczyć…
1 sierpnia to data neuralgiczna - wolno nam zacząć sianokosy. Wolno, bo małe derkacze już bezpieczne, i trzeba - bo im później, tym mniejsza szansa na pozbycie się siana. Więc 1 sierpnia Robert zaczyna biegać jak w ukropie. Oczywiście historia się powtarza. Nikt nie jest zainteresowany zebraniem siana z naszych 11 ha zgłoszonych do dopłat, no chyba, że będzie już skoszone. Za koszenie musimy zapłacić. Jeden rolnik odmówił w tym roku - nie ma czasu na nasze dziurawe pola. Drugi nawet się ucieszył, że chcemy, by skosił, bo kasa mu się przyda, ale niestety, gdy przyszło co do czego, wolał pić niż kosić. Trzeci, nasi faworyci z zeszłego roku, za darmo owszem pokostkują i zabiorą, ale kosić nie chcą, bo nie znają pola i tylko maszynę popsują. Czwarty miał za stary ciągnik - gdyby było mniej, toby… Wtedy Robert wrócił do trzecich płakać, żeby jednak, że jak raz skoszą, to będą pole znali. No i dali się przekonać! I na tym zszedł pierwszy dzień sianokosów.
Drugi polonez do zatańczenia to nasz nowy dom na górce. Zanim pogoda zmieni się na bardziej mokrą, porywistą a w końcu mroźną, trzeba sprzątnąć zawaloną część stodoły. Bo i dachówki się zmarnują, i drewno, i psu, który wciąż tam mieszka, w końcu spadnie na łeb.

pod zwaloną połacią dachu Robert manewruje z taczką

w ruinie wciąż mnóstwo siana, które jeszcze komuś się przyda, o ile całkiem nie zamoknie i nie zgnije. Żeby zrobić do niego dojazd, Robert usuwa zawalidrogi.

W rogu jednego z pomieszczeń stodoły składa potłuczone dachówki, które pójdą jako gruz pod wylewkę:

A ja przy okazji roztaczam wizje w opuszczonych pokojach

i wreszcie miałam sposobność przyjrzenia się sytuacji Reksia. Reksio to pies sąsiadów, który nie ma gdzie mieszkać, bo do bloku nie chcieli go wziąć. Wciąż pracuje nocami przy pilnowaniu ziemniaków, a w dzień siedzi na podwórzu naszego nowego domu przywiązany na krótkim łańcuchu do rozwalonej stodoły. Ma w niej dziurę w murze do legowiska, ale dachu nad sobą to już nie za bardzo. Póki co zawalona połać wisi nad nim, grożąc zawaleniem, a ustawione deski dają mu jakąś ochronę przed słońcem.

Robert w pierwszym rzucie zdjął dachówki znad Reksia. Żaden z niego killer. Ot psiak, który całe życie jest na łańcuchu, jest więc wariatuńcio, gdy tylko poświęci mu się chwilę uwagi. Skacze, bryka, chce się urwać - w końcu ma tylko 3 lata! Przy bliższych oględzinach niestety odkryłam, że Reksio nie ma obroży, tylko ciasny łańcuch na szyi. Na szczęście mieliśmy niepotrzebną obrożę, po nieżyjącej sznaucerce Madzi.

Zdjęte jarzmo

Przywiązaliśmy go też na takiej dłuższej smyczy, ale z powrotem poszedł na krótki łańcuch, bo inaczej zrobi sobie krzywdę na rumowisku. A poza tym pilnie szukamy Reksiowi domu! Niestety jedynym chętnym jest mieszkaniec Zawad, któremu psy coś zbyt szybko umierają. Gdy mu sąsiadka zwróciła uwagę, że w taki upał powinien dać coś psu pić, był bardzo zdziwiony, że psy wodę piją. Inny jego pies z głodu sobie ogon gryzł i letnicy kupowali mu worki z karmą, więc na pewno Reksio do niego nie trafi!
I tak po pierwszym dniu pies ma na szyi obrożę, a po pracy Roberta zniknęły dachówki z jednej połaci dachu:

A 2 sierpnia upragniony widok na naszych łąkach! Nasi przekonani faworyci przystąpili do dzieła. Odkryli widok na jezioro

Skosili naszą piękną plantację pokrzyw przy drodze na plażę

i pojechali na dalsze łąki. Zapowiadało się nieźle. Pogoda do sianokosów w sam raz, aż psy szukały chłodu gdzie się da i miały swoje pomysły na legowiska:

w pensjonacie

na ganku, ale jakoś inaczej:)

(przepraszamy za bałagan!)

Wilkuś też robi co może żeby się ochłodzić

Tylko Lodzia, jak zwykle, na odwrót:)

Najcudowniejszy dźwięk w tych dniach - warkot ciągnika, ale ja, programowa pesymistka czyli realistka:), przy każdym charakterystycznym zgrzytnięciu, gdy talerze kosiarki o coś zawadzą, truchlałam i nasłuchiwałam, czy traktor dalej jedzie, czy to już koniec na dziś.

3 sierpnia polonez sianokosowo-odruinowujący trwa. Przyszła kolej na karmienie kotów, bo mimo że sąsiedzi mieli je jeszcze karmić, pomidorowa w kaflu od pieca nieco skisła, a widok chudzin był już nie do zniesienia. Koty też mieszkają w stodole, tylko że jeszcze trochę, a wywieje je stamtąd, nie mówiąc o przemoknięciu. Obmyślamy, jak im dostosować dom na zimę, wejście jakieś zrobić przez piwnicę, jak u nas dla naszych kotów. Póki co otworzyłam im wymoszczoną sianem, pustą już klatkę królików i wstawiliśmy tam jedzenie, żeby deszcz w miski nie padał, z nadzieją że koty też się tam schronią. I całe szczęście. Bo burza taka dziś przyszła, że moja próba zamknięcia drzwi od ganku skończyła się przemoknięciem do suchej nitki, a zanim dobiegłam do kuchni w pensjonacie, by zamknąć okno, zalało już stół i połowę podłogi. Za to niebo po burzy - bajka!

niebo w bąbelki

No tak. Idzie nowe. Tylko strachów na wróble pilnujących do spółki z Reksiem ziemniaków będzie żal!

Komentarze

Skomentuj:
ZAHPO
 
 
poloneza_czas_zaczac.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika