Potem o Wigilii, a wcześniej o porządkach świątecznych, które z już ujawnionych i tych samych co zwykle powodów odbywały się w Wigilię i 1-szy Dzień Świąt…

Porządki, jak wiadomo, moje ulubione zajęcie:)

No więc najpierw, w Wigilię, bo wcześniej nie było kiedy, odbyło się sprzątanie dołu domu. Oznacza to głównie wytrzepanie wszystkich dywanów i dywaników, a następnie wymiecenie kilogramów piachu, kotów i psotów, oraz specjalnie z okazji świąt, bo na co dzień komu by się chciało, odkurzanie warstwy pyłu unoszącego się z pieców. I tak sobie elegancko wysprzątałam, położyłam czyste chodniczki na czyste podłogi, po czym:
- przyszedł z dworu Belfegor i na żółtym dywaniku odcisnął dwie czarne łapy
- przyszedł Robert z budowy i na posadzce w kuchni rozsiał błoto z robociarskich traktorów
- przyniosłam koszyk drewna, który jednym bokiem nie mieści się w drzwiach kuchni, więc jak zwykle się zaklinowałam, a cały syf z kosza wysypał się w przejściu
- Lodzia swoim zwyczajem wyjęła chrupki z miski i wyniosła na chodnik, ktoś w nie wszedł i wiadomo co było
- itd., itp…

ze złamanej na plaży sosenki nic nie zabraliśmy

O zmierzchu pojechaliśmy za plażę i ucięliśmy czubek wykroconego świerka z myślą, aby go postawić na podwórku i przybrać światełkami, ale dopiero w Boże Narodzenie rano naszym oczom ukazał się drapak jakich mało, nie było więc co robić sobie z niego jaj i obwieszać go czymkolwiek. Przywieźliśmy też gałęzie, które w bańce na mleko stanęły na wigilijnym stole, Robert przybrał je dyżurnymi bombkami i łańcuchem, a ja mam wrażenie że z roku na rok coraz mniejszej ilości choinkowy ozdób używamy…

A potem była wigilijna kolacja we dwoje i prezenty. Robert nie pozwolił robić zdjęć zastawionego stołu, bo chwalić się czym nie było;) ale świątecznej tradycji czyli świątecznemu obżarstwu i tak stało się zadość. Tylko okazało się, że nie mamy opłatka, bo tym razem nikt nie przyniósł, widać już nas całkiem za bezbożników mają (do tej pory opłatek roznosił po domach ktoś ze wsi). Przełamaliśmy się więc razowcem ale myślę, że więcej w nim Boga niż w opłatku. I tak wielkanocne święcenie w bożym jeziorze i uświęcony ciężką pracą piekarza chleb z pewnością czynią nas już całkiem wyklętych w cicheckiej parafii… Może jakoś to przeżyjemy, bo potem to co nam zależy;)

W pierwszy dzień świąt sprzątaliśmy dalej, aby przyjąć godnie dzieci w pokojach na strychu. Znaczy ja sprzątałam, Robert głównie odkurzał pod samym szczytem dachu wiszące na pajęczynach muchy i palił, palił, palił w kozach, aż wreszcie zrobiło się tak ciepło, że aż za. I jeszcze z okazji nadciągającego przyjazdu Gucia, po roku na ścianę koło kozy wróciła półeczka z glinianymi ptaszkami, co by Gucio już wytrzymałości ptaszków nie sprawdzał. Bo co ma wisieć…

Robert dostał pod choinkę od składkowego Mikołaja komputer, bo jego stary już się nie wyrabiał w spirali komercji i żadne ludzkie programy, przeglądarki i antywiry już w nim nie działały. Myślałby kto, że Robert był bardzo grzeczny w tym roku i stąd taki zacny prezent… ale chyba było inaczej. Trzy dni trwało, zanim można się było do szczęśliwie obdarowanego odezwać, chodził wściekły jak osa, bo jak wiadomo LEPSZE zawsze jest wrogiem DOBREGO i nic nie działało, łącznie z internetem przez czas jakiś. Ale już działa!

Komentarze

Ewa U., 2011/12/30 21:06
Nie wiem, czy na coś ta informacja się przyda, ale na dywany mam patent. Kupuję takie o bardzo grubym splocie, to jest jakieś chyba włókno palmowe (kiedyś nawet wiedziałam, jak się nazywa, ale zapomniałam, cóż...) i dobrze wygląda w zasadzie w każdym wnętrzu. Dywany pochodzą z Ikei (chyba nie tylko, ale tam widziałam) i są drogie, jak na takie "słomianki", tzn. 400-600 zł. w zależności od rozmiaru. Mój patent polega m.in. na tym, że kupuję je w mekce "rupieciarzy", czyli w pobliskim Czaczu, gdzie jest dosłownie wszystko. A tam kosztują 40-50 zł. Fantastycznie sprawdzają się w bliskich kontaktach ze zwierzakami, bo zachowują się jak wycieraczka, nie łapią, ani nie zatrzymują kurzu, nie widać na nich śmieci, kotów i psotów. Od czasu do czasu wystarczy podnieść i przelecieć odkurzaczem. Żadne ubłocone łapy im nie szkodzą, bo wszystko zasycha i przelatuje na wylot. Nie wiem, jak to się dzieje, że nie widać na nich plam po chrupkach i innych przysmakach, że o innych "wypadkach" nie wspomnę. Nie są tak przytulne jak "prawdziwe" dywany i dywaniki, ale coś za coś. Kobierce już przerobiłam - prędzej, czy później - nie da rady. Teraz zawsze mamy jeden taki palmowy w zapasie, w razie gdyby przydarzyło się coś bardziej nieodwracalnego niż błocko i - przepraszam! - rzygi.
Pozdrawiam
Skomentuj:
RPQGB
 
 
potem_o_wigilii.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:27 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika