1 kwietnia 2013

Prima aprilis czyli Sypany poniedziałek

(wszystkie kartki świąteczne albo ukradzione od znajomych z FB, albo przyszły w mejlach z życzeniami)

Bardzo mnie bawi ta sytuacja a jeszcze bardziej przymusowe siedzenie w domu i nic nie robienie. Nikt na szczęście do nas nie przyjechał (bo i tak by nie dojechał – jesteśmy odcięci od świata), goście do pensjonaciku odpowiednio wcześnie odwołali przyjazd, na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy się zestresować znowu nie działającą po ponownym napełnieniu wodą termą, ani koniecznością zrobienia porządków, gdy nie ma kiedy, ani cieknącą pralką. Nie mieliby ciepłej wody, no i też by nie dojechali, jeśli nie mają jeepa.

rano byliśmy zasypani, wydawało się już na amen

a od południa zasypuje nas znowu, pomalutku i sukcesywnie i może w maju się odgrzebiemy;)

Gdyby była normalna aura, z pewnością (nie powiem co) by mnie swędziało i już bym pelargonie przycinała, rozsadzała, nasionka siała i inne wiosenne robótki wykonywała, a tak w spokoju przemieszczam się od telewizora do komputera, od książeczki do niusa i gwiżdżę na zasypany świat, skoro do pracy do Olecka nie trzeba. Jak do jutra nas nie odkopią, to najwyżej zadzwonię do pacjentów i się przemówię, a może oni sami zadzwonią, że nie dojadą;) Chętnie bym w ogóle odmówiła wychodzenia z domu, ale wiadomo, psi obowiązek.

reszta też ma konkretne zainteresowania:)

Jeszcze takich świąt nie mieliśmy – żeby tak absolutnie nic w lodówce świątecznego, nawet masło pożyczone od sąsiadki, kompletnie nie sprzątnięte mieszkanie i do tego te widoki za oknem.

Wszystko przez feralny Wielki Piątek. Bo wypadek był rano w drodze do Olecka. W Olecku mieliśmy absolutnie wykończyć mieszkanie przy gabinecie, bo obiecaliśmy oddać je na święta wysprzątane na cacy (a jak wiadomo sprzątanie PO to największa robota w czasie remontu), zrobić świąteczne zakupy i wrócić tak, by zdążyć napalić w moim pokoju na górze, w którym po południu pracowałam. Przez kangurowe ekscesy mieliśmy 2,5 godziny na wszystko. Zdążyliśmy z mieszkaniem,

do łazienki przyszłam na gotowe i wykonałam ostatnie maźnięcia pędzlem:) a więcej zdjęć w albumie Ale Meksyk...

zrobić małe zakupy, bynajmniej nieświąteczne, w wiejskim sklepiku w Stożnem, gdzie nawet masła nie było i na ostatni moment wrócić, tak że jeszcze po zimnemu zaczęłam pracować. Gdy minął piątek, padłam, konałam całą sobotę i odżywałam po szoku. Pod wieczór zdążyłam z ubogą święconką nad rzekę, bo w jeziorze przerębla nie chciało mi się wykuwać. I to tylko dlatego, że świadkowa Doris składając komórkowe życzenia, gdy się dowiedziała, że nawet ze święconką nie byłam, nastraszyła, że muszę, bo inaczej na cały rok błogosławieństwa nie będzie. Cóż, na takie dictum, zwłaszcza po piątku, czym prędzej pognałam…

Całe szczęście, że nie muszę ze święconką do takiego czegoś chodzić:

Komentarz do zdjęcia nadesłanego przez Tomka, naszego od zarania dziejów gościa: „W załączniku ..chłopcy podążają pierwszy raz do reaktora atomowego z hipsterskim koszyczkiem”, a potem, jak każe w tym roku wielkanocna tradycja, Julek z Felkiem ulepili wielkanocnego bałwana:

podpisany: Wielkanocnopisankowy bałwan z krainy Lemingów

Nie oni jedni:

bałwanozając od Tess

bałwany z fejsbuka

a to bałwanki, które ktoś ulepił w Warszawie pod oknem Darka, niestety mało wyraźne, bo było ciemno i sypał śnieg:

oraz kurczak Ewy (patrz komentarze):

z podpisem: Jaka wiosna, taki kurczak…

Gdybym nawet chciała święcić po bożemu, to nie byłoby czym. Tikusiem ewentualnie można było świątecznie zagrzebać się w śniegobłocie, ale przygód na czas jakiś mam po dziurki, a kangur bez szyby (tej najdroższej niestety, bo uchylnej, w trzech miejscach wierconej) wymagał popracowania nad nim, żeby gdzieś się ruszył. W każdym razie zostaliśmy na święta bez jedzenia, bez zajęcy, w zwyczajowym bałaganie i iście świątecznym nastroju. Ale jak wiadomo najlepiej sobie odpuścić, wtedy jakoś to jest.
Sąsiedzi obdarowali nas słodkościami (żebym przypadkiem nie schudła za bardzo;)), jednego zająca w postaci ukochanym galaretek Mella udało mi się wygrzebać z zakamarków przysypanych sklerozą w mojej głowie – schowałam go tydzień temu w pokoju dzieci i nawet myszy go nie zjadły, zrobiły dziurkę w pudełku ale zatrzymały się na plastikowych przegródkach, a co do porządków, okazało się, że najlepiej się je robi w czasie świąt, czyli gdy ma się czas. Tak od niechcenia przechodząc obok jakiegoś bałaganu, szast prast i już. W ten sposób do dziś prawie posprzątane, znaczy w codziennym rewirze. Pokoje na górze, pensjonacik i domek wołają o pomstę do nieba i jeszcze powołają, w tej zimnicy nie będę przecież sprzątać. Ale przynajmniej pralka odtajała i działa.

I wreszcie zaczęłam nosić majtki w jakimś normalnym kształcie:) Bo modele jakie zaczęłam wyciągać z torby nr 3 z podpisem „nadające się do użytku w ostatecznej ostateczności” były już dość zabawne. Za każdym razem, gdy się ubierałam, przypominały mi się słowa ciotki, która bardzo dbała, by pod spodem być równie elegancką jak na zewnątrz, absolutnie żadnych rajstop z oczkiem pod spodniami, itd., na wypadek, gdy zasłabnie albo będzie miała wypadek i wezmą ją nieprzytomną do szpitala… W obliczu piątkowego rzucania się kangurem ze skarpy jej słowa nie wydają mi się już tak paranoidalne;) A tak poza tym, to ja w zasadzie powinnam iść na emeryturę, albo inne przymusowe odosobnienie, żebym nie miała styczności z żadną odpowiedzialną działalnością. Robert zapowiedział, że zamknie mnie za kratami lemurów i nie będzie wypuszczał, zwłaszcza gdy jestem sama w domu. Lemury już klatkę opuściły, dziś była inauguracja nocy przy otwartej łazience (i wanna odzyskana!!!), więc w zasadzie mogę się przenieść. Ostatnio poza Krajnią i rzucaniem się w przepaść, o mały włos zarezerwowałabym podtulipanową dwójkę w tym samym terminie dwóm różnym parom. W ostatniej chwili zauważyłam, że nie wyświetla się zajęty już termin w kalendarzu rezerwacji, bo jakiś przecinek zjadło. I musiałam robić za głupa i przepraszać i coś mi się zdaje, że niedługo będziemy robić za takich sklerotycznych dziadków, którzy ledwo interesy prowadzą, bo im się wszystko już myli. A w sobotę pokrojony ogórek wrzuciłam zamiast do sałatki, do miski z obierkami i skorupkami od jajek:(

kartka od Związku Ceramików

kartki od znajomych na FB

Pierwsza noc z lemurami nie za kratami przebiegła spokojnie, a rano obudziliśmy się w takim tłoku, że zaczynam myśleć o jakimś wygodnym łóżku tylko dla siebie. Ale w końcu jak masochizm to na całego;) A dziś w ramach świątecznego odpoczynku… zaczęłam czytać instrukcję obsługi mojego aparatu (zaraz miną dwa lata, jak go mam:)). Cóż to za mądry aparat! Połowy nie rozumiem!:)

Oto parę zdjęć w ramach wprowadzania w czyn poleceń z instrukcji:

Komentarze

OLQA, 2013/04/01 21:54
Jakie figury natelewizorowe!Dobrze,że aparat jest! Duuuużo ciepła!:)
Ewa U., 2013/04/02 10:59
Omatkozcórkoiojcem! TE święta na pewno odgrzebiesz z najgłębszych czeluści sklerozy. U nas w ogrodzie kurczak z nogami "ludzkiego" manekina. Robi wstrząsające wrażenie, jak cała ta Wielkanoc.
ania, 2013/04/02 17:18
podesłałabyś zdjęcie!:)
Ewa U., 2013/04/02 18:09
Podeślę, muszę obrobić, bo za ciężkie.
Agnieszka ze skrzyżowania (i niestety z Warszawy też), 2013/04/03 10:58
Kilka niewesołych słów w sprawie "reaktora atomowego". Niewiele jest tak odpychających w swej brzydocie budowli. Mój nieżyjący tata (Ryszard Wasita) wiele lat przyjaźnił się z księdzem Janem Twardowskim. Potem ja wielokrotnie kontaktowałam się z tym niecodziennym duchownym. Mój syn Łukasz przez kilkanaście lat chodził do Jana Twardowskiego na "prywatne", indywidualne lekcje religii. I ksiądz zawsze powtarzał, że chce być pochowany na Powązkach (z tego, co pamiętam, to tam właśnie jest symboliczny grób jego rodziców). Na pewno chciał "patrzeć" na niebo i "słuchać" szumu drzew, śpiewu ptaków. Kto zna wiersze księdza, doskonale to wie. Jednak z Jana Twardowskiego Kościół jako instutucja zrobił swoisty "magnes", by przyciągnąć do tego betonowego paskudztwa zwanego Świątynią Opatrzności Bożej - wiernych. I biedny ksiądz ma swój grób w tak ponurym bunkrze, że nikomu nie życzę. Byliśmy na grobie księdza kilka lat temu z moim tatą. Ojciec ciężko odchorował tę "wizytę", długo nie mógł dojść do siebie i kategorycznie zapowiedział, że więcej nie chce tego miejsca odwiedzać.
Skomentuj:
XRELE
 
 
prima_aprilis_czyli_sypany_poniedzialek.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/10 13:27 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika