3 marca 2016

PRL

Znowu marzec. I znowu PRL. Jedno i drugie przerażające. Czas płynie jak oszalały. Upływający czas podobno najbardziej widać po dzieciach. Wnuk daleko, więc po fotach, na których kawał chłopa z niego, ale nic tak nie uświadamia mi upływu czasu, jak katalog „zdjęcia”. Zdjęcia kataloguję od kwietnia 2005, oznacza to, że właśnie założyłam jedenasty plik marcowy:( Ale choć tyle życia za nami, tego bym się nie spodziewała, że po 27 latach wróci PRL! Może część z Was nie pamięta, ale ja pamiętam świetnie. I jedyną słuszną ideologię, i jedyną słuszną partię, jedynych ludzi, którzy się nadają, jedyne wiadomości, które wolno podawać w państwowym radiu i telewizji, jedyny właściwy sposób myślenia, interpretowania faktów, rozumienia historii, sztuki i literatury. I tak samo kraj z torbami puszczą a i własność prywatną odbiorą… Ale właściwie co się dziwić. Tak jak syn bity będzie bił swoje dzieci, tak wychowani w totalitarnym systemie inaczej nie umieją rządzić. Kij im w ucho. A skoro wrócił PRL, to kupiliśmy Guciowi jedyne słuszne auto!

tablica pomazana, bo jeszcze nie przerejestrowany, a cudzych numerów ujawniać nie będziemy;)

Po ozdobieniu malucha w zawadzkie tulipany będzie atrakcją turystyczną: przejażdżka po drogach Puszczy Boreckiej kultowym samochodem!
Jak dawno jechaliście maluchem? Nasz ostatni maluch (trzeci) pewnie już zakończył żywot. Kupił go jakiś okoliczny mieszkaniec, gdy Robert dostał w prezencie tico, jedynego godnego następcę. Bo to dzięki maluchowi jako jedyni mogliśmy wydostać się z Zawad przy śnieżnych klęskach (kiedy to było…).

Terenówki zagrzebywały się i tylko traktor mógł im pomóc, a nasz fiacik z szuflą na dachu był bezkonkurencyjny - z napędem na tył przejeżdżał przez większość zasp, a gdy się zakopał, wystarczyło użyć szufli i siły własnych ramion. I jeszcze wtedy sąsiedzi nie wycięli brzózek przy jedynej ewakuacyjnej drodze - osłaniał ją przed zawiewaniem śniegu z pól z jednej strony las, z drugiej właśnie brzózki. Teraz już by się to mogło nie udać. Ale czy jeszcze będzie nam to dane sprawdzić?? Czy wrócą jeszcze kiedyś takie zimy jak za PRL??

Gdy zamieściłam zdjęcia nowego fiacika na FB, posypały się opowieści:
Joanna M-B: mój piękny, bordowy sprzedałam jakieś 18 lat temu :) miłe wspomnienia zwłaszcza jak gasł na środku ronda w godzinach szczytu … bezcenne
Galeria Wiejska: całą książkę można by napisać o maluchach:) to najbardziej pakowane auto (no może poza kangurem:)), jakie miałam. Przeprowadzki, wyjazdy na wczasy całą rodziną, remonty mieszkań… ale najlepszą historię miałam, jak wracałam z babcią Teresą z Ikei (a więc samochód pełen zakupów) i przed tunelem przy GUSie na Trasie Łazienkowskiej był korek, nie zauważyłam, ostro hamowałam i wywróciłyśmy się na bok. Babcia Teresa zawisła nade mną w pasach, zakupy spadły nam na głowy, a potem przyszło trzech silnych, postawiło malucha na kółka i pojechałyśmy dalej:) Pod domem psiknęłam lakierem w sprayu na obtarcia i był jak nowy!
Ewa N: Swego czasu też jeździłam krótko maluchem. Gdy miałam problem z uruchomieniem go, używałam sznurka zawijanego na … nie pamiętam … chyba koło zamachowe… ;)

W każdym razie tych, co chcą sobie przypomnieć, albo są tak młodzi, że nie mieli okazji (a jest to niezwykłe przeżycie, właśnie sobie przypomniałam, bo mnie Robert zawiózł do Domku na górce, i ten zapach wewnątrz samochodu!) zapraszamy na przejażdżkę!

widoki spod malucha

Skoro przy okazji tęsknoty za PRL, zatęskniliśmy za prawdziwą zimą, to zapraszam do… Andory. Gucio miał ferie i z rodzicami tym razem wybrali się do igloo. Przy okazji odwiedzili Barcelonę i Gironę. Spać w igloo i kąpać się w jakuzzi wśród lodowych ścian bez dachu, bo by się rozpuścił od pary - to musi być przeżycie! Bo gwiazdami nad kąpielą mi nie zaimponują;) Igloo na wysokości 2350 m n.p.m. jest co roku odbudowywane późną jesienią a co noc zasypywane śniegiem. Kto chciałby obejrzeć parę zdjęć i poczytać opisy z wyprawy, to są pod ikonką:

Zimowa wyprawa Gucia

I kto to widział, że trzeba jechać na południe Europy, żeby mieć tyle śniegu!

ja niestety jestem świeżo po lekturze „Pierwszego śniegu” Jo Nesbø, więc bałwan mi się kiepsko kojarzy;)

U nas trochę popadało, ale generalnie śmiech na sali:

a przeważnie jest tak:

więcej w albumie Ni to wiosna, ni to nie wiadomo co i Wczoraj/dziś

Poszliśmy nad rzekę, nie do doliny, tylko od strony drogi do Cichej Wólki…

…i mamy kolejny powód do zgrzytania zębami. Mostek przez dopływ Mazurki całkiem się rozleciał i wrócić musisz tą samą drogą, bo grodzenie brzegu stało się w Zawadach modne. Bo niby taki mały ciek wodny jest bez znaczenia i grodzić go wolno. A że jakieś zwierzęta chciałyby przejść czy przepłynąć, kogo to obchodzi. Nie mówiąc o ludziach, którzy chcieliby brzegiem rzeczki przejść. Nie dość że budka z super okapami niszczy krajobraz, to jeszcze zagrodzony dostęp do wody. Ehh… ludzie myślący tylko o sobie…
Wracając nad jezioro:

suchą nogą już przez furtkę nie przejdziesz, o ile ją otworzysz

Sąsiedzi wycięli drzewa nad jeziorem. Dostali pozwolenie z gminy. Trochę to dziwne, bo połowa tych drzew była żywa.

Ale nie o tym chciałam. Zastanawiam się, czy osoba wydająca pozwolenie, nikogo nie chcąc urazić, ma do tego kwalifikacje. Niestety większość ludzi, tak jak nasi sąsiedzi, słowu urzędnika bezkrytycznie wierzą, zwłaszcza gdy im pasuje do koncepcji. Te brzózki kilka lat temu za jeziorem, co przy drodze chroniły przed zawianiem, sąsiedzi zaczęli ścinać wiosną za pozwoleniem urzędu. Późną wiosną, gdy okres gniazdowania w pełni! Na szczęście było to w czasach, gdy słuchali, co się do nich mówi, więc posłuchali nas. Mam obawy, czy pozwolenie na wycinkę uwzględnia chronione gatunki na tych drzewach żyjące (słynne w naszej puszczy historie o wycinaniu stanowiska ściśle chronionego europejską dyrektywą chrząszcza pachnicy), szczególnie cenne, stare porosty, dziuple, w których gniazdują dziuplaki… Czy ktoś się zastanawia, jak cennym przyrodniczo jest uschnięte drzewo? Jakoś śmiem wątpić. Tym bardziej mnie wkurza, gdy sąsiedzi zmuszają nas do odsunięcia się od tej makabry, którą serwują nam pod bokiem - będziemy mieli nie lada konflikt wewnętrzny chcąc wyciąć suche olchy tam, gdzie jest jako taki dostęp do wody. A to rzeczona makabra:(

więcej w albumie Na brzegu po stronie sąsiadów

Dla porównania…

nasza piękna dzika linia brzegowa, której na szczęście nikt nie zniszczy, poza tym, że zarastają ją pałki sąsiadów;(

Dodam jeszcze tylko, że oczywiście od ostatniego wyroku sądu sąsiedzi się odwołali i we wtorek miała być rozprawa umarzająca:( Ale nie było umorzenia za sprawą naszej pani adwokat. A tym z Was, którzy myślicie podobnie do niektórych nam życzliwych, naprawdę życzliwych, w tym jednego z przyjaciół Roberta, który niestety wie co mówi, bo jest obeznany w temacie, że powinniśmy zrezygnować, odgrodzić się, zasłonić, nie patrzeć w kierunku, odciąć i zapomnieć, bo Świadkowie Jehowy to nie sekta lecz mafia i z nią nie wygramy a adwokaci zarabiają nie na takich gołodupcach jak my, tylko na tym, że są przekupywani przez drugą stronę, by przegrać, informuję, że wciąż wierzymy w sprawiedliwość. Taką prawdziwą, nie tą zaklinaną podwójnie (przecież prawo i sprawiedliwość to słowa znaczące to samo). A dzień, w którym przestaniemy w nią wierzyć, będzie dniem, w którym przestanę pisać niusy.
Ale zasłanianie też w planach:)

A poza tym wiosna panie tuż, tuż. Rzeka wezbrana wiosennie . Przebiśniegi od dawna…

Ostatni moment na przycinanie owocowych drzewek…

Robert uczy się od Andrzeja spod Szeskiej Góry

by następnie w charakterze sikoreczki…

samemu przycinać

Reszta też uczestniczy w pracach ogrodowych

Pieso miał awarię w brzuchu, znowu był w Ełku i wciąż jeszcze jest jakiś dziwny jeśli o jedzenie chodzi. Prawdopodobnie coś zeżarł, czego nie powinien, a że u nas osiedlowych śmietników nie ma, mógł zeżreć jedynie kupę jelenia, w której owszem gustuje. Potem miał odbyt zapchany czymś czarnym, gumowatym co nawet nie śmierdziało, a lewatywa nie pomagała. Bilbo za to ani drgnie na wadze, wciąż 20 kg, choć właściwie już go głodzę:( On wczoraj dla odmiany posilił się na spacerze kupą końską - prawdziwy rarytas, bo konie z rzadka u nas jeżdżą.

No i wiosenne porządki…

a wcale nie! tylko awaria pod zlewem! a jak awaria to trzeba jechać do Olecka, bo nigdzie bliżej wężyków nie uświadczysz.

I z okazji wiosny tulipany na płóciennych torbach, do kupienia przy okazji galeryjnych zakupów! Za jedyne 15 złotych!!! Prezentuje model Robert.

jeśli przegapiliście nius o torbach, to jest TU

Komentarze

Bartek, 2016/03/03 22:59
Robert jak król warszawskich hipsterów ze zbawixa. gratuluję malucha!
ania, 2016/03/04 00:06
:) nie wiem, czy się ucieszy;)
Monika, North Carolina, 2016/03/04 14:37
A Robert - rzeczywiscie pasuje na hipstera. Tzn. takiego hipstera scichapek.
Myca na glowie dla niepoznaki, ze w korpo sie zdziera.
;-)))
Monika, North Carolina, 2016/03/04 08:30
Malucha mialam dosc pozno, tzn. rodzice kupili NOWY na tzw. przedplaty (ze 3-4 lata sie wplacalo raty), niemalze juz pod koniec PRLu. Wczesniej nie mielismy nawet szans na malucha za talony, albo z gieldy. Kolor to oczywiscie sahara, czyli popularny w calej Polsce brudny piasek. Wspanialy samochod, dobry egzemplarz, wszedzie nas zawiozl, nie psul sie. Niestety, podzielil los wielu samochodow owych czasow; po 1,5 roku skradziony, nie odnaleziony. Milicja/policja nawet nie wzruszyla ramionami spisujac zgloszenie kradziezy.
A Waszego malucha pamietam jednego, tez jako sahare. Stuknelam go pod domem, uczac sie jezdzic moim pierwszym samochodem, F-128 sport. Strasznie sie balam, gdy zostawialam kartke za szyba owego stuknietego malucha, ale pozniej Twoj tata byl b. spokojny i wyrozumialy, sprawnie zalatwiajac cala naprawe w PZU.
Oj tak, czas leci... Jak nie po dzieciach, to przynajmniej po zmieniajacych sie modelach samochodow dobrze to widac.
ania, 2016/03/04 10:39
To pamiętam, jak stuknęłaś malucha mojego ojca:)
Ja też miałam pierwszego malucha na przedpłaty - czerwonego, dostałam go na sam koniec PRL, w 88 roku. Niestety parę lat później w zderzeniu z żukiem na rondzie w Olsztynie dokonał żywota.
Potem był także peerelowski fenomen - maluch-składak, czyli samochód złożony w warsztacie samochodowym pewnie z kilku maluchów i części. Ten był dzinsowy:) czyli szaro-niebieski, też popularny i taki sam był kolejny, ten zawadzki, którego mój ojciec oddał Robertowi do Zawad. Ten maluch dostał później czerwoną klapę z przodu, czyli też klasyka gatunku:)
Monika, North Carolina, 2016/03/04 14:47
Nie masz pojecia jak jak sie wstydzilam tego stluczkowego wypadku! Bardziej wlasnie wstydzilam, niz balam.
Ale tez jak widzialam Twoja mame, nawet z daleka, to uciekalam, gdzie pieprz rosnie... Bo moja mama straszyla, ze "ona by rozszarpala, gdyby to nasz samochod, porzadnie zaparkowany przy garazach, ktos tak uszkodzil." - A Twoj tata taki spokojny byl, tak dobrze sie znal na wszystkim, pokiwal glowa, westchnal i dal do podpisania formularz z PZU, proszac jedynie, zebym na przyszlosc uwazala.
Ewa U., 2016/03/06 18:31
A któż nie jeździł maluchem? Osobiście nie znam nikogo takiego. Mój maluch miał taką przypadłość, że nie odpalał, kiedy padał deszcz, co było dosyć kłopotliwe. Trzeba było odholować go w suche miejsce, odczekać 15 minut i po sprawie:) Mechanik nie odkrył, co mu dolegało i kazał przyjechać "z objawem". Mój był oliwkowo-zielony.
Sąsiedzi mają fajny rynsztok - wygląda jak prawdziwy, średniowieczny co najmniej. No ale jeśli ktoś tapla się w pomyjach, to w końcu sam ich nie przerobi. W takich razach rynsztok jest jak znalazł. Swój do swego - można rzec.
Torby odjechane, zwłaszcza na Robercie.
Skomentuj:
QWOEQ
 
 
prl.txt · ostatnio zmienione: 2016/03/05 13:07 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika