29 listopada 2011

Produkcja ziemi, chrzest bojowy i szczyty

No więc chrzest mamy za sobą. Znaczy nowa stodoła i na niej nowy dach (nauczycielka od polskiego zawsze mówiła, że od więc nie zaczyna się zdania, ale ja się z tym nie zgadzam:)) W poniedziałek o 4 rano jechaliśmy w ten wielki wiatr z Olecka, samochodem (ciężkim kangurem, bo tico chyba by zmiotło z drogi) rzucało na boki, a w tym czasie u dziadków sąsiadów zawalił się szczyt domu. Robert już chciał jechać na górkę sprawdzać, czy dach bez odeskowanych szczytów nie odleciał, ale w zasadzie co by pomógł, dachówek by przecież w locie nie łapał. Rano nie dano mi pospać, bo upeesy od obydwu komputerów włączały się i wyłączały na zmianę z bazą telefonu, co oznacza upiorne dźwięki, oraz Piesa, który dostaje histerii. Pakuje mi się do łóżka, jeśli usiłuję spać, albo chodzi za mną krok w krok i popiskując przykleja do nogi, gdy siedzę. Odkąd się zestarzał i zaczął bać burzy, te dźwięki wywołują w nim odruch Pawłowa - przerwy w dostawie prądu i rzeczone odgłosy, to typowy stan w czasie nawałnicy. Cały dzień wczoraj zabierali prąd a odkąd mamy internet po kablu a nie radiowy, oznacza to także ciągłe rozłączanie. Jak łatwo się domyśleć, było to okropnie wkurzające, gdy po powrocie do Zawad piętrzą się internetowe zaległości.

Już przed dworcem Warszawa Wschodnia targał mną wiatr, gdy czekałam na PKS (a propos! odszczekuję część uwag na temat przedsiębiorstwa Polonus - zwrócili mi 36 złoty za bilet! - napisałam rozdzierające podanie na temat swoich powrotów nocą do Olecka i najwyraźniej trafiłam na jakąś inną panią, niż tamta przez telefon - nie wiem wprawdzie dlaczego 36 a nie 40, bo bilet kosztuje 40, ale to pryszcz). Gucio nie chciał zasnąć, bał się wyjącego wiatru, a w ogóle był pełen wrażeń, bo w niedzielę miał imieniny, a od piątku do soboty wieczorem był na przechowaniu u babci Ewy, czyli pierwszy raz tyle czasu bez mamy, ani taty. Spytał babci, czy to znaczy, że już nie będzie miał rodziców… A po nocy na kanapie babci zażądał, że chce wracać „do rodziny”. Wytrzymał do 18.00 (miał do niedzieli rano) i wrócił akurat gdy i ja wróciłam z zajęć. Ucieszył się na mój widok jakby mamę zobaczył, ale gdy rano odzyskał mamę prawdziwą, ciągle się za nią oglądał a mnie ignorował - no cóż, dwulatek nie stopniuje ważności - albo jest się najważniejszym albo nikim:) Dopóki nie upewnił się, że mama znowu jest obiektem stałym, nie chciał się dekoncentrować nikim innym. Wieczorem w niedzielę wrócił stan normalny, a prezenty imieninowe (przegubowy autobus z otwieranymi drzwiami i kolejna kolejka:)) przywróciły humor. Do czasu, gdy nowa kolejka została wprawiona w ruch. Bo się okazało (nie miałam pojęcia, gdy ją kupowałam), że jeździ sama po torach, w dodatku wydaje dźwięki i bucha parą - czy to aby nie sposób Chin by wytruć całą resztę świata??;) Solenizant był tak zaaferowany i lekko przerażony, że gdy równie zaaferowany Krecik kolejkę wykoleił, przy czym odpadł jakiś nieważny element, Gucio wpadł w histerię. No a potem ten wiatr wyjący na strychu bardziej, niż w normalnym mieszkaniu. I co się dziwić dziecku, kiedy tyle odstępstw od codziennej rutyny…

Wracając do poniedziałku, oszacowaliśmy straty i tak:

jedyny dach, jaki ucierpiał, to na dziecięcym domku - zerwało papodachówki, bo Robert nie miał czasu zabezpieczyć ich od strony „kalenicy”

runęły dachówki składowane pod garażem, wiele się potłukło

złamała się brzoza przy parkingu

Robert od rana zawinął rękawy i zabijał deskami szczyty stodoły, żeby wiatr już przez nią nie hulał i nie mógł rwać folii i podważać dachówek od spodu. Dechy są stare, z odzysku po stodole zwalonej. Dzięki temu nowa wygląda jak prawdziwa stara stodoła tyle że po remoncie. Deski są piękne, w falbanki i wyżłobione przez deszcz i wiatr. Podbarwione na wiosnę ukażą swoje stare piękno w całości.

Dziś oba szczyty zostały wykończone, tylko jeszcze podsufitka w częściach dachu wystających poza szczyty. I na tym tegoroczne prace na zewnątrz zostaną ukończone!

Trzeba przyznać, że niebiosa nam sprzyjają - nawet przy burości żadne opady nie przeszkadzały w budowie.

A tak poza tym wiatr przegnał burość i zrobiło się pięknie.

Ale miało być jeszcze o produkcji ziemi. Taką propozycję wystosował jeden z naszych ostatnich gości - żebyśmy zaprzęgli krety w ziemny interes. To dobra czarna ziemia, którą wykopują na trawę.

A wszystkie dołki już uzupełnione

i górka Belfegora też

I wciąż czekamy na dobre wieści w sprawie pozostania Misia na stałe.

PS. Muszę jeszcze odszczekać jedną sprawę! I odszczekuję z miłą chęcią - pies ze skrzyżowania w Sokółkach, o którym kiedyś pisałam, że siedzi w ciasnym kojcu na betonowej budzie, biega teraz swobodnie po całym ogrodzonym podwórzu. Jego pan otoczył siatką duży kawał posesji a pies biega radośnie. Zastanawiam się tylko, co będzie po 1 stycznia, gdy wejdzie ustawa zakazująca psom stać na łańcuchu lub w kojcach zbyt długo. Przecież niewielu pójdzie w ślady pana ze skrzyżowania w Sokółkach. Boję się, że ta ustawa obróci się przeciwko psom…

Komentarze

Ewa U., 2011/11/30 10:36
U nas fruwała tylko plandeka i plastikowe wiaderko - taki tam, pierwszy, lepszy wiatr, nawet prądu nie zabrali, chociaż zapasy wody już poczyniłam. Wasza stodoła mnie zachwyca. To musi strasznie cieszyć - taki ogrom pracy wykonanej "temy ręcamy". Podziwiam. Też mieliśmy taki pomysł, ale trochę nas przerosło i jednak stanęło na fachowcach. Za to cała reszta obejścia własnoręczna! Krety od dawna wykorzystuję do ziemnych robót, chociaż efekt jest mizerny - bez przerwy przenoszę z miejsca na miejsce to, co wykopią. Gdzieś przeczytałam, że nie znoszą zapachu piołunu. Mam już nasionka, czekają na wiosnę. Teraz bardziej zajmują mnie myszy. Żywołapka jest w stałym obrocie i mam podejrzenia, że to w kółko te same osobniki. Zacznę je chyba wywozić np. pod Szczecin. Cóż, to są tzw. uroki mieszkania na wsi.
Bardzo martwię się o Misia. To znaczy cieszę się, że ma dach na głową, pełną michę i panią Wandę. Wbrew pozorom zima pracuje na jego korzyść - przecież pani Kasia nie pozwoli mu sczeznąć na mrozie? Uda się, jak Reksiowi.
Pozdrawiam
ania, 2011/11/30 10:51
Nasza żywołapka dawno poszła w odstawkę. Myszy chyba rozpuściły wieść gminną i żadna już nie chciała się nabrać. O myszach to mi się już nawet nie chce pisać - co roku to samo:) http://ceramika.zawady-oleckie.com/wiki/inwazja_myszy
Tess, 2011/11/30 12:02
U nas wiatr oderwał kawałek stodoły. Odleciały dwie luźne deski, ale już zabezpieczyłam ( kurczę, bieda jak chłopa w domu nie ma, no! ), a Guciowi to się nie dziwię - nie dość, że wiatr wprowadzał nerwową atmosferę, to jeszcze mu mamusię zabrali. Każdy by się wkurzył, no nie? Aaa - i muszą powiedzieć, że w tym roku myszy nie mają u nas żadnych szans! Małe kotki, których nikt nie chciał i zostały, są już całkiem duże. I całkiem łowne. Wczoraj Makbecik złapał swoją trzecią mysz, a Salcia tak długo czaiła się pod szafką w kuchni aż złapała kolejną samobójczynię. I myszy w domu nie ma. Inna sprawa, że przy trzynastu kotach to już byłby skandal...
Pozdrawiamy!
ania, 2011/11/30 13:34
Do nas też docierają coraz to nowe wieści o stratach - w Sokółkach padła jedna stodoła, dziś na spacerze w lesie spotkaliśmy powalone sosny, u sąsiadów obok fruwały włókniny, którymi pokryty jest cały teren, bo nasadzono krzaczki, pani Wanda więc miała huk roboty, a Misiek podobno, jak większość psów, kazał się wypuszczać i wpuszczać z niepokoju, a więc potrzeby kontroli, co to się dzieje na świecie. Właśnie wróciłam z odwiedzin u niego - siedział z Owieczką w zagrodzie, żeby nie przeszkadzać robotnikom, na noc idzie do sionki, zanim dostanie budę (Robert chce zrobić sobie zaraz urlop i w ramach odpoczynku:) zbudować dom dla Misia). Gdy przyszłam, psy zostały wypuszczone - ależ Misiek się cieszył i biegał już prawie na 4 łapach! Co do kotów... nasi emeryci śpią głownie przy piecu a w ramach rozrywki myszy łapią na polu, zamiast w domu.
Ewa U., 2011/11/30 14:34
Żywołapka działa, jak najbardziej: 9 sztuk w 3 dni! Niewykluczone, że zaraz puszczą wici w gminę. Na razie grasują w tzw. wiatrołapie. Drzwi do domu są szczelne, ale to pewnie kwestia czasu, jak znajdą sobie lukę. Nie mam pojęcia, w jaki sposób przedostają się z zewnątrz. Teoretycznie nie ma takiej możliwości. Kotka Grażynka wyleguje się pod kominkiem i nie w głowie jej myszy. Zresztą nie nadążyłaby. Miałaby je wszystkie zjeść? Musiałabym chyba jakoś zabierać jej te półżywe myszy? No i Grażynka sypia pod kołderką. I bije się z Frodo o każdą zabawkę, co dopiero żywa mysz! To już wolę sama je łapać...
ania, 2011/11/30 20:42
to może tak 13 kotów jak Tess:)
Ewa U., 2011/11/30 21:58
Ostatnie doniesienia są takie, że myszki nauczyły się WYDOSTAWAĆ z żywołapki. Więc jednak jakieś wici poszły! 13 kotów bardzo chętnie. Resztką sił i rozsądku powstrzymuję się przed powiększeniem stada. Jak znam życie, los, czy co to tam jest, sam zadecyduje. Póki co, jutro wielka akcja szukania dziury w całym. Cegły przegryzły, czy jak?
Skomentuj:
CWEHF
 
 
produkcja_ziemi_chrzest_bojowy_i_szczyty.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:25 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika