21 październik 2011

Robert wylewa wieniec a ja się lenię

Nie da się ukryć, coraz zimniej.

codzienna robótka poranna i wieczorna, gdy w nocy mróz - przenoszenie kwiatków z miejsca na miejsce, czyli na noc do pracowni i rano, żeby nie było za dużo noszenia, przed wiatę.

oraz codzienna walka z kopcami

Ręce grabieją przy podwórkowych robótkach, psy stoją pod drzwiami już po paru minutach bycia na dworze, a ja coraz dłużej zalegam przy komputerze.

Efekt kilkutygodniowego zalegania przy komputerze - polowałam na tanie dywaniki u tego samego sprzedawcy, by przysłał je za jednym zamachem czyli by oszczędzić na przesyłce. Przedwczoraj przywiózł je kurier. Śmierdzą naftaliną więc wywiesiłam je na dwór, ale nazajutrz wyczytałam, że zimno tylko utrwala ten zapach, że najszybciej się można go pozbyć wywieszając śmierdzące rzeczy przy piecu, więc tam teraz wiszą. Dziś w nocy zaś kupowałam ręczniki, po tym, jak postanowiłam zrobić porządek z pensjonatowymi i skompletować pary, zamiast grzebać bezskutecznie w szafie za każdym razem i wykładać ciągle te same, z braku kompletów właśnie.

Pora się przyznać. Nie jestem dobrą gospodynią. Nie cierpię stać przy garach - robić przetworów, gotować, piec (poza piecem ceramicznym). Nie znoszę sprzątać a typowe babskie robótki w ogóle mnie nie bawią. Skarpetki do zacerowania, sprute majtki Gucia tygodniami leżą obok łóżka w oczekiwaniu na swoją kolej. Jabłka zaczynają gnić, zanim zabiorę się do przerobienia ich na coś w słoikach. I nie zawsze jest to kwestia braku czasu. Oczywiście nigdy nie ma tak, żeby nie było nic do roboty. Teraz też piszę, a powinnam sprzątnąć do końca pensjonat po wtorkowo/środowych gościach, zabrać się za zamówienie, sprzątnąć mieszkanie, bo do Lodzi przyjeżdża jutro ciocia Dorocia, ugotować obiad z niczego, zanim zacznę pracować przez telefon, a wpadnie zmarznięty Robert z budowy,

Dziś sądny dzień na budowie - wylewanie ostatniego, najdłuższego wieńca!

przerobić kolejny kosz jabłek, zaraz trzeba iść napalić na górze, żebym nie uświrkła pracując, a zasadzie można by już zacząć w ogóle palić w piecach, nie wspominając o robocie „zawodowej”. Ale z pewnością to znacie - dopóki się da, niech poczeka… No bo i tak nie ma rezerwacji, choć jak już się nieraz przekonałam, w tej sprawie nie znasz dnia i godziny, więc lepiej zawsze mieć gotowy na przyjazd gości pensjonat, zamówienie można zrobić jutro, obiad jeszcze zdążę, jabłka jeszcze nie gniją, a ciocia Dorocia nie taki bałagan widziała, więc może nie trzeba sprzątać, grunt że w pokoju gościnnym muchy wciągnięte w odkurzacz… Jedyne co lubię, to zmywać. Bo ja lubię wszelki kontakt z wodą i jestem wrogiem zmywarek. Ale czasem sobie myślę, że chciałabym być dobrą gospodynią. Czytam, jak to Tess czy Olqa robią przetwory i jestem pełna uznania, ale potem sobie myślę, że u nas i tak potem nie ma komu tego jeść. Stoją latami słoiki w „garderobie” (tak nazywamy naszą spiżarnię - zostało nam z czasów, gdy w W-wie mieliśmy takie pomieszczenie przy kuchni, w którym była i zamrażarka, i buciarnia, i ubrania, i pralka, i szafka z narzędziami, i kocie kuwety tam stały, baby z dziadem tylko tam brakowało, a dzieci kontynuują naszą tradycję), jedynie scukrzone wiśnie schodzą i powidła śliwkowe. Ale te jak wiadomo robi Robert, bo ja bym nie wyrobiła ani przy drylowaniu (choć jak on dryluje to mi sumienie nie pozwala nie pomóc) ani dwudniowym mieszaniu i pilnowaniu. Galaretka porzeczkowa w tym roku niezgalaretkowała, bo mi szkoda było szumowin wyrzucać, jak wiadomo jest w nich najwięcej witamin. Musy jabłkowe stoją od dwóch lat a niezidentyfikowane dżemy, podarowane przez różnych dobrych ludzi, czekają chyba na ogólnoświatowy kryzys lub 3 wojnę światową. Albo na zrobienie z nich wina (w piwnicy wino porzeczkowe sprzed 4 lat!), bo jak wiadomo, najlepsze wino robi się ze starych przetworów. Nie mam więc żadnej motywacji. Porzeczki i jabłka przerabiam, bo mi sumienie gryzą marnując się w ogrodzie. Porzeczek jest tyle, że nawet ptaki nie dają im rady. Jabłka głównie rozdaję, choć wożenie ich PKSem do W-wy jest dość uciążliwe. Dobrze, że w tym roku śliwek nie było, choć nieco niepokoi nas fakt, że dużo śliwkowych drzewek tego lata uschło.

jabłonka przy domku na górce nie ma litości, ledwo oporządziłam naszą złamaną, teraz tamta gryzie mi sumienie

Ci, co lubią gotować i przetwarzać, jak mówię, że ja nie mam na to czasu, nieodmiennie powtarzają – ależ przecież to robi się samo! Tak więc we wtorek same robiły się placki z jabłkami i słoiki z musem do szarlotki (którą się przecież nie splamię, ale za to Madzia na pewno - mniam!), najpierw się same przebrały, potem się same obrały, potem same pokroiły, potem same się wrzuciły do ciasta naleśnikowego, powskakiwały na patelnię i przewracały na drugi bok, a później wyskakiwały na ocukrzony pudrem talerz, a następnie same mieszały się w garnku z cukrem i cynamonem i weszły do słoików, które wcześniej same się wyparzyły. Tylko jakimś cudem zajęło mi to czas od powrotu z pracy do nocy… (a jedliśmy te placki trzy dni i nieprędko zrobię kolejne!).

Bo ja bym chciała mieć gosposię, ogrodnika i męża kucharza. Mężów to bym chciała mieć wielu, a najlepiej sklonowanego Roberta. Bo jeden chłop w gospodarstwie, przy naszych apetytach i życiu ponad stan, to stanowczo za mało. Tylko gosposia i ogrodnik najlepiej jakby byli w czapkach niewidkach i ulatniali się w odpowiednim momencie. Czasem sobie myślę, że to dlatego, ta moja niechęć do bycia gospodynią, że przez 3 miesiące na okrągło sprzątam, myję łazienki i kible, zmieniam powłoczki, pucuję kuchnię…, więc potem mam awersję. Ale prawda jest taka, że awersję zawsze miałam, a pensjonat sobie zrobiłam chyba tylko po to, żeby się masochistycznie udręczać sprzątaniem:) To doprawdy cudne, że tak się urządziłam decydując się na agroturystykę i na oszkloną kuchnię, bo, wymieniając (i kolejność nie ma znaczenia, bo nie umaiłabym przyznać palmy pierwszeństwa), najbardziej nie znoszę: myć kabin prysznicowych i kibli, zmieniać pościeli i myć okien. Domyślacie się więc, jaki mam stosunek do Ogólnonarodowych Świąt, w które trzeba mieć wypucowany dom i zastawiony stół… Jedno, co wiedziałam na pewno, że nie będę mieć typowej agroturystyki z domową wyżerką, czyli że nie będę gotować dla gości. Dlatego rozwiązanie, jakie znaleźliśmy - nasza cudowna „pani we wsi, obok której mąż dowozi obiady” to skarb nad skarby!
Problem w tym, że ja uwielbiam mieć porządek, zadbany ogródek, uwielbiam dobrze zjeść i mieć czyste sumienie. Szkoda, że nie jestem królową Zawad i nie mam służby. Może pora to zmienić!:)

A poza tym…

My się zimy nie boimy!

A jesienne widoki - bajka!

Komentarze

k., 2011/10/22 09:23
Aniu, jabłka są przepyyyyszneeee, dziękuję:-) Nie mogę się opanować;-)
ania, 2011/10/22 09:36
no to się cieszę, a niespodziewany najazd gości do pensjonatu ucieszył mnie tym bardziej, że mogłam obdarować jabłkami!:)
Tess, 2011/10/22 11:00
Aniu, ja robię przetwory tylko dlatego, że mi serce pęka, gdy widzę jak się dary ziemi marnują:-))) I niestety nie robią się same, oj nie... Ale ja mam...Ciocię!, która zajmuje się wstępną obróbką. Czyli obiera, kroi, ściera itd. Ja potem już tylko "dopieszczam". Czyli gotuję, przyprawiam, smażę konfitury i wekuję. A w międzyczasie piszę, albo ścianę tynkuję ( bo wzięłam się nareszcie za nasz pokój:-))) ), albo jakiegoś mebla czyszczę i sklejam, albo coś. Generalnie łapię kilka srok za ogon jednocześnie. I ja też bym chętnie Wojtka sklonowała, bo ostatnio jak ta żona marynarza jestem. On w Poznaniu, w pracy, ja pracuję tutaj pisząc na akord bez mała i tylko to samotne życie jakieś takie bez sensu. A dwa weekendy w miesiącu i jeden tydzień to trochę mało...
Ściskam!
Asia
ania, 2011/10/22 11:10
No tak, to przeszłaś na życie Roberta sprzed trzech, prawie już 4 lat (jak ten czas leci!) kiedy ja głównie w W-wie pracowałam i na 4 dni wpadałam i na 10 wyjeżdżałam. Współczuję. Ja też z wyrzutów sumienia przetwarzam, ale chodziło mi o to, że nie lubię. Nie lubię i już. A jak zaglądam w babskie blogi to tam wszystkie gotują pyszności, desery robią, makarony, pierogi, szyją śliczności, pierdułki piękne własnymi ręcami... no i jak tu nie popaść w kompleksy:) Tymczasem ja wolę pisać, meble doszykowywać, malować ściany, a nawet tynkować (choć Robert z pewnością jest w tym lepszy:)) tymczasem dziś wzięłam się jednak za sprzątanie:( - ciocia Dorocia mnie zmobilizowała, ale gdyby nie te wyrzuty sumienia...
Ewa U., 2011/10/22 11:10
Czytam, czytam i oczom nie wierzę! Toż to o mnie! WSZYSTKO! Nawet kolejność nielubianych prac w domu i zagrodzie z tym, że ja nie zafundowałam sobie agroturystyki, aczkolwiek pojawiały się i takie pomysły. Jabłonie (6 drzew!) udręczyły mnie do granic, a już miałam nadzieję, że kwiatki im zmarzły wiosną. Ale nie! Ale nie! Zalały mnie obfitością owoców - cóż było robić? I to w perfidnie przemyślny sposób: zaczyna się od papierówek, potem idą antonówki, teraz takie duże, czerwone - nazwy nie pomnę. Atrakcje i zajęcie mam więc zapewnione już od czerwca. Znajomi królika wyjeżdżali z koszami i torbami pełnymi jabłek - chcieli, czy nie chcieli. Resztę MUSIAŁAM przerobić, bo takiej marnacji nie zniosę. Tylko tej szarlotki nie ma mi kto wymodzić...Więc szykują się obleśniki przez całą zimę - tyle jestem w stanie upiec! A z prac ogrodowych najbardziej lubię czytanie pod czereśnią.
No i jeszcze permanentnie mam bałagan w szafie. Ciemno w środku, to jak tam coś znaleźć?
Nie znoszę prasowania, odkurzania (fuj!), wieszania prania, mycia lodówki, mycia naczyń też - i tym się różnimy! Poza tym jestem za żywnością w pigułkach. Za cenę nie używania garów mogłabym nawet pogodzić się z tym, że byłyby bezsmakowe.
Pozdrawiam w braterstwie (siostrzeństwie?).
Ewa U., 2011/10/22 11:23
Nie mam kompleksów w tej materii. Nie mam do tego ani serca, ani talentu, chociaż jestem pełna szacunku dla takich umiejętności, jak dla każdych zresztą. Uwielbiam czytać o kulinarnych cudach, podziwiać fotki, czasem nawet próbuję coś, z czegoś... Efekty na ogół są mizerne, więc z większym pożytkiem oddaję się innym sprawom, ani lepszym, ani gorszym, niż sprzątanie i gotowanie, po prostu innym. I tego się trzymajmy!
ania, 2011/10/22 11:38
no tak, pewnie z tego powodu napisałam tego niusa, żeby się odezwały bratnie dusze, które mi uspokoją sumienie:) Ja to nawet umiem gotować (miałam fazę na studiach, że pichciłam podług zacnych przepisów, ale to trwało z dwa miesiące:) i było jakimś dziwnym epizodem w moim życiu a teraz owszem mam kilka sztandarowych dań pysznych, ale ich główną cechą jest błyskawiczne i bezwysiłkowe wytwarzanie). Ja odmawiam wysiłku i poświęcania czasu garom oraz syzyfowej pracy (sprzątanie przy 20 osierścionych łapach na pokojach, dwóch nogach z budowy w traktorach, piecach, które jak wiadomo pył rozprzestrzeniają, drewnie, które się nosi i nanosi, muchom które wciąż skądś spadają, i w ogóle bliskości lasów i pól... to bezsensowne zajęcie). Najbardziej z prac domowych lubię kupowanie:) a ostatnio nawet zakupiłam przez internet troje drzwi ze starej chaty do domku na górce!
Ewa U., 2011/10/22 18:28
Solidaryzuję się w całej rozciągłości, ze wszystkim! Tyle jest ciekawych zajęć wokół. Robię, co muszę, żeby z brudu nie zjadły mnie robaki. Kulinarnej fazy to ja nigdy nie miałam, gotuję poprawnie, a nawet smacznie w porywach. Ale repertuar mam dosyć ograniczony. Należy doń makaron z serem pleśniowym (jakiś rokpol, lazur, czy coś w tym guście) i orzechami - polecam! Ser wystarczy rozpuścić na patelni, trochę rozbełtać mlekiem, wrzucić kilka posiekanych orzechów włoskich i natki pietruszki. Pewnie nie jestem odkrywcza, ale w prostocie tej potrawy jest tchnienie czyjegoś (włoskiego?) geniuszu. Orzechy nie są konieczne. Jeśli pietruszki nie ma, też obleci. A ciasteczka z gotowego ciasta francuskiego? Tu przydają się jabłka, poza tym chyba ktoś wymyślił je dla mnie.
I nie prasuję pościeli! A co! Jak się ją dobrze poskłada, uklepie i przygniecie, świetnie udaje wyprasowaną!
I te okna, które bez przerwy są brudne.
Koci żwirek rozwłóczony nie wiadomo dlaczego po całym domu.
Psie kudły wplątane na amen w wiklinowe fotele.
Itd., itp.
Ludzkość pewnie zajęta dzisiaj sobotnim kucharzeniem. A bratnie dusze mają inne atrakcje, albo się nie przyznają.
Pozdrawiam
ania, 2011/10/22 19:30
Makaron z serem pleśniowym realizuję z pomidorami z puszki (z tesco) ale z orzechami na pewno spróbuję, zwłaszcza że tych mamy pełną miskę w garderobie. Obsrane przez muchy okna to stan constans a najbardziej lubię gości, którzy pichcą. Ciocia Dorocia właśnie zapieka dynie hokkaido ze szpinakiem i gorgonzolą. A czeka nas tarta z zebranymi dziś resztkami kurek (zbieranie ich było zbliżone do zbierania trufli - spod tony liści i zakopane przez dziki). Właśnie Dorota zajrzała mi przez ramię, co piszę i sobotnie kucharzenie potwierdziła. A my z Robertem czekamy z utęsknieniem na wyżerkę:)
Ewa U., 2011/10/23 10:28
Łomatuchno...
OLQA, 2011/10/23 10:37
ja tez najbardziej ze wszystkiego LUBIE MIEC ZROBIONE a odkąd po urlopie wróciłam do pracy dom zaczął przypominać stajenkę ( dobrze,że kota mam tylko jednego)przetwory w tym roku robią się na półkach w sklepie:)
ania, 2011/10/23 10:41
OLQA, TY TEŻ?? Obalacie moje mity dziewczyny! To już żadnych niedościgłych wzorów nie będę miała??
Ola z Katowic, 2011/10/26 13:39
Żeby nie było: ja lubię zajmować się praniem, prasować, prać, przebierać, wąchać czyste... Mój kotek też lubi, na brudasach przecież spał nie będzie :-)
Egretta, 2011/11/01 18:40
Bardzo lubię robić przetwory, ale z zabraniem się za robotę zwykle mam problemy, wiec też czasem zdarza mi się "zgnić jabłuszka", na co nie może patrzeć mój pedantyczny mąż. Co do mycia kabiny prysznicowej i szorowania kibli, łaczę się z Tobą w bólu :)))Nienawidzę tego robić i już!!!
Skomentuj:
PKXWG
 
 
robert_wylewa_wieniec_a_ja_sie_lenie.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/12 00:56 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika