5 czerwca 2013

Się dzieje

Zrobię niusa, bo czas leci. Właśnie Robert w ramach odpoczynku po robotach ziemnych czyli zasuwaniu na łopacie, a następnie drzemce, z której zerwał go telefon w sprawie wynajęcia dwójki, wziął się za zbawianie. Chodzi o rzeczy czekające na zbawienie. Leżą na podłodze w salonie komputerowym, czyli na głównym szlaku komunikacyjnym w domu, by nikt o nich nie zapomniał, co oczywiście kończy się tym, że chodzimy po nich i już ich nie widzimy. Leżą tam ilekroć wrócę z Warszawy samochodem, skąd przywożę kolejną porcję rzeczy niepotrzebnych z naszego starego mieszkania, tudzież rzeczy, z którymi nikt nic nie umie zrobić i liczy na cudotwórcę dziadka Roberta (czyli głównie zepsutych samochodzików Gucia). Tak więc dziadek R. siedzi obecnie nad torbą z kasetami magnetofonowymi (zanim się za nią zabrał, wypowiedział zdanie, że takich, co mu dają takie torby wieszałby za … pod sufitem:). Wcześniej przyszedł z jakąś płytą, która mu wyleciała z entej szafki na płyty, zapytawszy wcześniej, czy przypadkiem nie pamiętam, od kogo ją dostał i wypowiedział zdanie nie wiadomo o kim, że nie cierpi ludzi którzy dają mu płyty w prezencie. Nadmienić należy, że mamy, znaczy Robert ma, bo ja jak wiadomo przestałam dawno słuchać muzyki, tysiące płyt, których nigdy nie wysłucha, bo musiałby nic nie robić, tylko ich słuchać i to przez kilka swoich żyć. Żeby choć część została wysłuchana, w moim imieniu zakupił sobie na urodziny (były przedwczoraj, a pojutrze ma imieniny… dobrze że dzieckiem już nie jest) głośniczki słynnej firmy Bose, które świetnie grają podłączone do komputera, a z komputerem Robert udaje się na budowę i tam może do woli słuchać bez mojego „czy mógłbyś to ściszyć”. Głośniczki zakupił u byłego kolegi z byłej pracy w byłej Warszawie, który zajął się handlowaniem tym, co lubi najbardziej, więc głośniczki są połowę tańsze niż w sklepie, „grzech byłoby ich nie wziąć!”. Póki co Robert pracuje na zewnątrz czyli przy radiu pomocników; na szczęście radio Olsztyn przeważnie nie rani mu uszu. Więc podłączył bose do mojego komputera na moim wielkim biurku, bo nigdzie indziej nie ma na nie miejsca i chciał nie chciał na urodziny Roberta dostałam głośniczki:)
Robert w tym roku ostatni raz jest czterdziestolatkiem (pozazdrościć). A z okazji sprzątania torby z Warszawy nr …naście zadaje retoryczne pytania. Np. czy nie znam kogoś, kto by się ucieszył z takich kaset. Albo pyta „a co to jest…” i wymienia nazwę, jak wiadomo skoro jemu nieznaną, znaczy nikomu. Albo mówi, że tę oto kasetę dostałam od jakiegoś narzeczonego, na kasecie jest jakiś Oregon a ja nie mam zielonego pojęcia ani o Oregonie ani o narzeczonym. Albo pokazuje mi kasetę, którą dostaliśmy od mojej kuzynki z Ameryki, niejakiej Joasi, którą ostatni raz widziałam i słyszałam… hmm… 25 lat temu?? Albo pokazuje mi najlepszą kasetę firmy jakiejś tam (już zapomniałam), której przecież nikomu nie odda, bo to słynna kaseta, pakowana po 5 w pudełku i w ogóle. Przypomnę, że Robert kiedyś prowadził wypożyczalnię płyt i nagrywalnię kaset a potem pracował w sklepie muzycznym. Ale ja nie o tym miałam…

Chciałam tylko donieść, że wczoraj nastąpiły dwa historyczne zdarzenia. Jedno takie, że rozpoczęłam sezon pływacki w tym roku! Woda jest boska!!! Dziś mimo burzowej pogody w przerwie między deszczami pływałam rzecz jasna po raz drugi i woda jest boska nieustająco.

te akurat zdjęcia są z weekendu, a więcej większych w albumie Po burzy

Drugie takie, że skoro taras nie mógł, to przyszła góra do tarasu! Myślicie, że można sobie sklecić podest za domem z paru desek? Akurat! Trzeba mieć projekt, pozwolenie na budowę i odpowiednią na to ilość kasy. Skoro więc nie mogliśmy zrobić drewnianego tarasu, który byłby nieco nad poziomem ziemi, bo okna balkonowe są wyżej, to podwyższamy poziom ziemi do poziomu okien. Oczywiście ziemia sama nie przyjedzie i nie wysypie się i nie wyrówna, robota więc karkołomna ale nieporównywalnie taniej wyjdzie niż z desek. A ponieważ źródełko wyschło, póki co na usypanym posiejemy trawkę i taki to będzie taras:) To naprawdę historyczny moment, bo sen z oczu nam to spędzało a mnie dodatkowo serce bolało, że z pokoi nie można wyjść przez piękne okna balkonowe, tylko co najwyżej zlecieć na pysk albo zeskoczyć. A teraz dopiero będzie luksus!

więcej tarasu na stronie Remont Domku

przy okazji ogródek na górce z tegoż tarasu pstryknięty

i beczka na butlę gazową ze sklepiku pana od złomu

A poza tym weekend bożocielny za nami, znowu mieliśmy najładniejszą pogodę w kraju ale poza odmianą dnia codziennego w postaci miłych gości i spacerów nie z trzema lecz 4 psami, dla mnie był dzień jak co dzień, bo normalnie pracowałam przez telefon. Pacjenci za granicą nie mają święta, a ja nie będę udawać że dzień święty święcę, bo powszechnie wiadomo, że nie. Jedna tylko różnica była, po której rozpoznać świąteczny weekend - nasz sąsiad zza płotu przyjechał i całymi dniami warczał kosiarką. Mnie trzeciego dnia jego koszenia głowa rozbolała, w połowie od ciągłego buczenia niesionego przez wodę, w połowie od powstrzymywania złości. Dobrze że w pensjonacie byli stali bywalcy, a do domku nie dolatuje. Bywalcy znają już naszego mistrza kosiarki, więc wiedzieli na co się narażają przyjeżdżając w długi weekend, ale strach pomyśleć, co by było, gdyby byli jacyś nowi goście, albo starzy nieświadomi weekendowych atrakcji zza płotu. Muszę znaleźć jakieś przepisy dotyczące poziomu i uciążliwości hałasu w obszarze natura 2000 i chyba straż będę wzywać, bo liczyć na to, że sąsiedzi sami dojdą, że nie są nad jeziorem sami, zwłaszcza w dni, gdy przyjeżdża się nad nie dla spokoju i ciszy, mała szansa. Albo dosypię cukru:)

A nie powiem, trawa nas zarasta w tempie błyskawicznym. Niedługo nie będzie nas widać:

i rozumiem, że trzeba co nieco skosić, żeby np. dało się przejść przez podwórze, ale na Boga! (powinnam napisać: na Jahwe!) trzeba mieć umiar w tworzeniu hałasu, dozować go ludziom i przyrodzie i trochę się z nimi liczyć!

ja też lubię ten widok na podwórzu, ale nie golę do żywego całego pola między domem a jeziorem i nie zakładam parku na wsi

Za to jesteśmy już gotowi na najcięższą zimę:)

I jeszcze doniesienie w sprawie Lodzi, która tym razem rzuciła się na dziadulka Piesa, w dodatku tylko dlatego, że jej się przewidziało, że jej miskę zabiera, do której wpadło trochę kocich chrupek. A to tylko ja przesuwałam miski chcąc zwiększyć odległości między jedzącymi psami. Na szczęście poza małym draśnięciem na uchu i na głowie poniżej (Piesowi atakowała dla odmiany uszy) nic nie zrobiła i tym razem szybko się opamiętała, co przypłaciłam dwudniowym bólem gardła od krzyku, którym przywołałam ją do porządku (nawet Andrzej nad jeziorem słyszał:)).

Kończę, bo Robert właśnie zakończył porządkowanie pierwszej porcji kaset. Pełne pudełko wylądowało w czeluściach mojego biurka, skąd wyciągną je jacyś szczęśliwcy po naszej śmierci, a drugie pudło może ucieszy pana Staśka, który ma jeszcze magnetofon. Zaczyna drugą porcję i właśnie pokazał mi kasetę Black Sabath, którą dostałam od koleżanki… pod koniec podstawówki!!! Prosto z Belgradu!

A na sam koniec dzisiejsze widoki przed burzą. Zapowiadało się strasznie, ale jak ostatnio bywa, tylko pogroziło.

więcej większych zdjęć w albumie Przed burzą bez kota

Dla lepszego efektu wdrapałam się na ambonę, a Białka za mną:

spostrzegawcza jak zwykle Kinga zauważyła, że na tym zdjęciu widać myszkę Mickey, o której wciąż zapominam donieść, tak jak i o sercu na boku Strzałki

i tu też a więcej większych akrobacji Białki w albumie Przed burzą z kotem

Smutny PS z 6 czerwca

Właśnie się dowiedziałam, że nie ma już Owieczki. Od dwóch dni Lodzia podczas spaceru doskakuje do płotu, za którym stoi buda Owieczki, z której wyskakiwała, by poujadać razem z naszymi psami i nieco się rozruszać w kojcu, a tu nic. Dziś sprawdziłam, co się dzieje, a buda pusta, pani Wanda opowiedziała, jak znalazła Owieczkę martwą w budzie i musiała sama wykopać dół i ją pochować. Podobno psina na coś była chora ostatnio, leczona była, ale nie udało mi się dowiedzieć na co. Pani Wanda sugeruje, że to ze starości. Odkąd Łilkiego zagryźli, Owieczka miała depresję, mimo sterylizacji, która miała pomóc, wciąż łysiała, nie chciała chodzić na spacery z panią Wandą, ale na ujadania Lodzi jeszcze się ożywiała, więc niczego nie podejrzewałam. Cóż… Na wszystkich nas przychodzi pora… Były pieski, nie ma piesków:(

zdjęcie z grudnia 2011

Komentarze

Monika, North Carolina, 2013/06/06 04:06
piekne chmury!
OLQA, 2013/06/06 06:15
W takim otoczeniu to nawet urodziny "ostatnia czwórka z przodu" (własnie takie miałam w poniedziałek) miło przeżyć.Wszystkiego dobrego!:)
k., 2013/06/06 10:03
to uściski dla Roberta! Andrzej przekaże osobiście;-)
ola z Katowic, 2013/06/06 13:22
To Robert też bliźniak? oj to ja zaczynam coraz bardziej go rozumieć, ja z 1 czerwca!!! serdeczności życzę !
ania, 2013/06/06 13:25
Mój tata też urodził się 1 czerwca, więc bliźniaki to mój chleb powszedni;)
Ewa U., 2013/06/07 10:45
Dołączam się do najlepszych życzeń dla Roberta oraz do grona bliźniaków. No tak - stąd ta wszechstronność, teraz wszystko jasne!
Biedna mała Owieczka. Chyba nie miała życia usłanego różami.
-r., 2013/06/07 15:27
Dziękuję wszystkim za dobre słowo. Bliźniak ale po 7 m-cach, wbrew naturze, więc nie wiem jak to się powinno liczyć (-;
Ewa U., 2013/06/07 17:25
Jak to jak? Normalnie! Teraz obchodzisz urodziny jako bliźniak, a za dwa miesiące jako Lew, czy co to tam wypada. No i o dwa miesiące dłużej niż "normalne" bliźniaki jesteś na tym świecie! Trzeci powód do świętowania!
Robert, 2013/06/19 08:47
Witam a kiedy doczekamy się nowych wieści :) pozdrawiam serdecznie
ania, 2013/06/19 11:23
Niebawem:) Na razie finiszujemy przed przyjazdem gości, ratujemy psa i chorego wnuka...
Skomentuj:
QSNXT
 
 
sie_dzieje.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/09 23:52 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika