2 września 2012

Jak widać…

Się nie wyrabiam 2

Oj minęło trochę czasu, minęło, wprawdzie dwa niusy popełniłam sprawozdawczo-poglądowe, ale tak żeby coś od siebie napisać, to już nie pamiętam. W zasadzie to mogę przestać pisać i wstawiać zdjęcia, bo to się robi neverending story, które wpadło w pułapkę czasową. Ale się powtórzę: najpierw wróciłam do pracy tej tzw. zawodowej i straciłam grunt pod nogami, bo końcówka sezonu oznacza częstsze zmiany turnusów, więcej warsztatów (pogoda skłania),

szlifowanie naczyń przed włożeniem do pieca czyli zlot woźnych:) (na zdjęciach nasze gościówy z Jarocina i Świnoujścia)

a potem doszli goście swoi, czyli moja koleżanka z podstawówki z siostrą i mężem, co wiadomo co oznacza – nie wystarczy powiedzieć rano dzień dobry i po południu jak minął dzień, ale dzięki temu na grzybach byłam po raz pierwszy w tym roku (a wstyd!), bo kurek z Madzią i Guciem nie liczę, jak wiadomo kurki nie grzyby.

Na kurkach też byliśmy, ale zdjęć toreb pełnych nie będzie bo ile można fotografować kurki tudzież borowiki wielkie jak garnek. A pod naszymi sosenkami sukcesyjnymi oprócz maślaków usadowiły się rydze! Znaczy dopiero dwa zostały znalezione, ale usmażone na maśle i tak były. I jeszcze do tego, że do gabinetu i telefonu muszę się udawać na długie godziny, ostatnie dni spędziłam przy komputerze pomagając w pracy magisterskiej. Zagłębiłam się w swoje psychoanalityczne księgi i szukałam przypisów a następnie przepisywałam całe fragmenty:( Wczoraj skończyłam i na komputer patrzeć nie mogę ale obowiązek wzywa. I nie tylko obowiązek – dostaję monity mejlowe, że mam pisać!:)

Poza tym Robert się obija, co oznacza, że zwiózł z chłopakami osikę z naszego lasku na górce koło domu (tam gdzie Pieso z dzikiem wojował), która uschła po tym, jak ją nadgryzły swego czasu bobry,

a po tym, jak ją pan Stasiek porąbał, ułożył ten oto stosik – na 2 miesiące może starczy!

Szkli okienka do stodoły na górce, robi porządki tu i tam. Miał oszczędzać nogę, ale jak to dziś stwierdził, bez roboty zwariuje. Po blokadzie sterydowej już mu kolano nie rośnie, więc wiadomo, że już go nic nie powstrzyma.
A jeśli myślicie, że tak sobie można wyciąć suche drzewo ze swego lasu, to się mylicie. Najpierw trzeba zgłosić do starostwa, potem przychodzi pan leśniczy od lasów chłopskich, potem wyznacza drzewo, tak jakby chłop sam nie widział, że suche na wiór, a potem po ścięciu znowu przychodzi leśniczy stwierdzić ile metrów drewna chłopu przybyło z tego tytułu. Osika była wielgachna (kiedyś zamieszczałam chyba jej zdjęcie, jak bobry zrobiły z niej klepsydrę), więc do jej ścięcia trzeba było zawołać drwala z większym sprzętem, no i takiego, co położy tak wielkie drzewo w odpowiednią stronę. No a potem zawołać traktor, co by je przywiózł.

W międzyczasie kończyły się sianokosy, bo wciąż pogoda robiła kawały i nie można było zebrać siana. W tym roku zamiast kostek na łąkach leżały bele, ale zanim leżały, to Robert siwiał ze zmartwienia, czy siano nie zgnije.

Nasze łąki po sianokosach ale przed zebraniem beli w albumie Ewidentny koniec lata a w Albumie dla Gucia szalone maszyny:)

No i jeszcze zakończyła się sprawa pomostu, po tym jak nadzór budowlany był na inspekcji a ja musiałam podpisać, że nielegalny pomost był od lat. Kazano sąsiadom wyciągnąć pale z jeziora (bo resztę rozebrali zanim inspekcja przyszła) i teraz na brzegu stoi dziwna budowla, ale przynajmniej da się przejść brzegiem i nie ma mola w jeziorze. Natura 2000 mam nadzieję zapobiegnie dalszym zakusom sąsiadów na pomost, ale nie cieszyłabym się, że na tym koniec historii. Jak wiadomo nie ma dobrych sąsiadów, jeśli ma się wspólną przestrzeń. Sąsiadów, którzy w każdej kwestii myślą tak samo, nie uświadczysz – męża nie uświadczysz, a co dopiero sąsiadów:) Ale trudne to jest, gdy graniczy z wami taka buraczana Magdalenka niepasująca do okolicy, te czarne folie (które ostatnio na wysokości naszego nosa sąsiedzi zasypali korą), te choinki na plaży pasujące jak wół do karety, a raczej rumak do wozu drabiniastego, i do tego roślinność wodna po części niewystępująca w naszym jeziorze a więc zagrażająca ekosystemowi, którą zasadzili w dnie i która rozrosła się na naszym dostępie do wody. Własnymi ręcami (inaczej się nie dało usunąć wszystkich bulw i kłączy, a bez tego zaraz by odrosło) wygrzebywałam tałatajstwo z dna, aż do krwi palce ścierając… Te choinki to im pewnie uschną, bo świerki korzeni w wodzie mieć nie mogą, a jak nie uschną, to nam zacienią po południu plażę, ale Robert mówi że sobie poradzimy:) a on woli sąsiadów nie musieć oglądać.

więcej jeziora bez mola w albumie Dzisiejsze jezioro

No i ta kosiarka bucząca całymi dniami by te połacie angielskich trawników skosić…

Cóż, mogłoby być gorzej i tego się trzymajmy.

A poza tym:

Coraz mniej gości a jak wyjadą, psy oczywiście w depresji

Zdobyliśmy nowe punkty w kocim niebie, po tym jak sąsiedzi ze zlewni mleka przynieśli mi kotka, którego znaleźli na drodze w ulewę. Dwumiesięczny kotek z kocim katarem i zapaleniem oskrzeli, kompletna bieda z nędzą, jedno oko nie wiadomo czy widzące. Miał szczęście jak z amerykańskiego snu. Naszej szajce zdawał się smakowitym kąskiem ale na szczęście przypomniało mi się, jak pani na warsztatach ze szkliwienia kafelków opowiadała mi o swoim starusieńkim kocie, który po śmierci psa czuje się samotny a ona myśli o przyprowadzeniu mu jakiegoś małego kotka, ale uznała, że jak ma przyjść, to sam przyjdzie. No to przyszedł:) I tak państwo z ośmioletnią Amelką mieszkający w tym czasie na górce wzięli kicię (bo okazała się dziewczynką), nazwali ją na cześć Łatki (bo też ma skarpetki i śliniaczek), która zresztą zginęła na dni kilka bo obraziła się na mieszkającego na górce psa Dudę. Łatka dwa najpierw była u pani weterynarz w Olecku a potem odjechała na kolanach Amelki do Płocka wypasionym samochodem, wyposażona w różową torbę podróżną, elegancką budkę tudzież inne gadżety i tak zawadzka bieda została księżniczką! A państwo się odgrażali że przyjadą na Wielkanoc już z dużym kotem!

więcej zdjęć Łatki bis w albumie Łatka 2

Poza tym prowizorycznie ale jednak urządziliśmy wiatę na górce, po tym, jak udało mi się wreszcie kupić kwiaty na targu w Olecku i częściowo w tesco, bo w oleckich kwiaciarniach już tylko chryzantemy:

a więcej zdjęć w albumie Wiata w Domku na górce

Wreszcie, m.in. z żyrandola, z którego powstała lampa do romantycznej dwójki dwa z ptaszkami, Robert zrobił obiecane lampy do kuchni a ja ulepiłam coś do galerii, w której mimo pewnych uzupełnień dalej wieje grozą, a że zanim nie skończy się sezon warsztatowy, oszczędzam glinę, ulepiłam jedynie mydelniczki z resztek. Ale dobre i to;)

No i jeszcze jeden nius - odkryłam na naszym nowym kawałku ziemi, tym ze sklepem, ale bliżej drogi (tam też musiał być dom) takie cudo!

Trzmielina pospolita, równie piękna gdy kwitnie! Więcej większego krzaczka w albumie Taki sobie...

Aha! Odwiedzili nas nasi goście, jak się okazuje sprzed 3 lat, chcieli do nas przyjechać, ale było zajęte, więc pojechali pod namiot na drugi kraniec puszczy. Przywieźli kawał pysznego ciasta i zamówili się na wiosnę. Pani Kasia i pan Andrzej (pozdrawiamy!) to ci od zdjęć w Dolinie rzeki. Co i raz odwiedzają nas byli goście, albo po prostu znowu przyjeżdżają - coraz więcej mamy takich stałych bywalców i to bardzo miłe!

I tyle chyba zaległości, znaczy tyle pamiętam.

Ale najgorsze, że to koniec tego niby-lata, którego letność tylko po tym mogłam poznać, że jestem umordowana, no i może jeszcze (na szczęście) po tym, że mogłam pływać w jeziorze, bo tak poza tym to do kitu takie lato, a za tydzień znowu jazda do Warszawy:(

Komentarze

Ewa U., 2012/09/03 11:03
Jejku, sąsiedzi kieszonkowy ogród wersalski mają! Gdzie teraz będą gondole spławiać, skoro pomost rozebrany? I panie przy wsiadaniu pantofelki zamoczą! O ile nie połamią przedtem obcasów na tych wypasionych, kamiennych ścieżkach. No cóż, sąsiadów się nie wybiera, a szkoda. Moi należą do tych, co to dzielą śmieci na te, które pali się w nocy i te, które w dzień.
Życie, zwłaszcza na wsi, to taki permanentny Dzień Świstaka, że tak odkrywczo powiem. Ja lato poznaję po większej ilości odwiedzających nas znajomych. Zimą tacy wyrywni nie są. No i dopiero co wypatrywałam sumbocianów, a one już odleciały. Kukurydza wokół taka, że schowałby się chłop z wozem. Żyjemy jak w kraterze wulkanu. Nic nie widać! Ani my, ani nas, co ma swoje dobre strony, chociaż brakuje mi trochę widoku na pola i lasy, ale za to na młodą, wiosenną kukurydzę żurawie podchodzą prawie pod okna. Ja w zasadzie już od października czekam na wiosnę i w najbardziej ponure dni planuję, jakiego koloru kwiatki posadzę, bo idę cyklami: były już czerwone, żółte, mieszane, w tym roku króluje niebieski z białym. To pomaga przetrwać jesień/zimę.
Trzmielinę (nie wiedziałam, że tak się nazywa) ze zdjęcia pamiętam z mojego wiejskiego dzieciństwa - nazywaliśmy ją zębami Baby Jagi. Czyż owoce nie wyglądają jak dorodne zęby trzonowe? Czerwone, bo skąpane we krwi niewinnych dzieci.
Mydelniczki prześliczne.
Pozdrawiam
ania, 2012/09/03 22:47
To nie kamienne ścieżki, choć kamienne schodki owszem są (ułożyli je byli właściciele), tylko rynny, którymi woda spływająca ze zbocza w sposób wyregulowany wpadać ma do jeziora, a nie rozmywać plażę, którą sąsiedzi sobie usypali. Kiedyś woda wpływała do naszej zatoczki a razem z nią ostry żwirek, którym wyłożone było ujście "rynny" - sąsiedzi byli na tyle mili, że po mojej prośbie zmienili ujście rynny z tej strony. Trochę to trwało, zanim wszystkie ostre kamyki wybrałam z dna przy naszym brzegu, ale już jest cacy.
Ewa U., 2012/09/04 19:08
Znaczy się rynsztok sobie zrobili?
ania, 2012/09/04 19:22
No można tak powiedzieć:)
OLQA, 2012/09/03 22:08
Czego jak czego ale wiaty to zazdroszczę- wszystko piękne a za Łatkę trzymam kciuki:)
ania, 2012/09/04 00:27
Łatka na pewno ma jak w raju, a wiata będzie do pozazdroszczenia za rok, bo na razie za bardzo hula po niej wiatr:)
Ania W., 2012/09/04 00:10
W końcu mam internet. W weekend zadowolona, że nadrobię sobie zaległości w czytaniu Pani bloga, usiadłam z kubkiem kawy...a tu nie ma internetu ;) Dzisiaj po południu, po kilku godzinach nerwowego szukania usterki, miły pan z serwisu znalazł przyczynę - w sobotę sąsiad przycinał winorośl i tak się zapędził, że przyciął również kabel internetowy. I się nie przyznał...Sąsiedzi czasami potrafią umilić życie. Przycinanie na Mazurach (i nie tylko tu) wszystkiego pod linijkę nie ma sensu. Natura zawsze wygra z człowiekiem i te przystrzyżone trawniki, żwirki i muchomorki ulegną sile natury. Osobiście uważam, że prostota jest najpiękniejsza.
Miałabym małą-wielką prośbę: czy napisałaby Pani kiedyś niusa o tej zawadzkiej starej mapie z rodzinami, które mieszkały od pokoleń w Zawadach, bo mnie to zaintrygowało. Lubię "przykurzone historie pokoleniowe" ;) Czasami są naprawdę niezwykłe (sama słyszałam jedną o ucieczce rodziny przed zbliżającą się Armią Czerwoną - zakopali porcelanę i srebra, ale wrócili, nie wyjechali do Niemiec). To przez moje zainteresowania twórczością autochtonów mazurskich i warmińskich: Ernsta Wiecherta (polecam książkę "Dzieci Jerominów"), Erwina Kruka czy Siegfrieda Lenza ("Słodkie Sulejki"). Pozdrawiam
ania, 2012/09/04 00:25
Co do nieposkromionej natury, to wiemy coś o tym, bo w pokoju "komputerowym" okna są już całkiem zarośnięte dzikim winem, a w sypialni do jednego z okien dzikie wino zbliża się w zastraszającym tempie, za to w drugim jaśmin już wypchnął siatkę przeciw w komarom i pcha nam się do łóżka. Mogę już pisać horrory:) Czasu i siły starcza tylko na uwalnianie anteny satelitarnej, gdy już przestaje odbierać. Nie mówiąc o tym, co w tym roku dzieje się z ogrodem... Cóż, za mało nas. W przeciwieństwie do sąsiadów, u których co i rusz sztab ogrodników i czarne folie pilnują, by chwasty nie wygrały, nie mówiąc o niszczącym ciszę nad jeziorem i spokój naszych gości traktorze koszącym.
Co do mapy, to zostałam kiedyś powstrzymana w swym pomyśle, że to byłoby źle widziane przez tubylców, gdybym publicznie wskazywała, że w ich domach kiedyś żyli Niemcy i że byłoby to odebrane jako zachęcanie do odbierania im domostw... Czasem jak widać liczę się z irracjonalnymi obawami mieszkańców i wstrzymuję się od pisania pewnych rzeczy;)
Ania M., 2012/09/04 22:49
Wczoraj chyba już spałam ;) gdy pisałam komentarz - zamiast literki M w nazwisku literka W (no tak w sumie trochę podobne hehe). W sumie te obawy o odbieranie majątków są trochę uzasadnione po tym jak pod Olsztynem Agnes Trawny odebrała "swój majątek" polskim rodzinom. Tylko tam był chyba bałagan w księgach wieczystych i znalazła lukę w polskim prawie.
Małgosia i Wojtek C., 2012/09/06 16:01
Okazuje się, żę problem z porzuconymi zwierzętami jest bardzo poważny. Wszędzie takich sierot pełno. Kilka dni temu Wojtek wracał z pracy i zobaczył pod Pułtuskiem „kupę liści” jak się wyraził miotającą się po drodze (a droga jak to mówią na Ostrołękę). Owa kupa okazała się maleńkim szczeniaczkiem (1,2 kg wagi). Przerażony biegał po jezdni, którą samochody pędzą min. 100 km/h. Zabrał Mietka (od miotania się) do auta gdzie na wstępie się zrzygał. Pani doktor pozbawiła go pcheł i robaków dzięki czemu spokojnie zasnął zwisając z poduszki głową w dół ;) Teraz ma już nowych właścicieli bo nasza Lucky absolutnie go nie zaakceptowała (znacie ją z tego, że woli sama bez towarzystwa stać za furtką). Piesek za to okazał się bardzo mądry i gdyby nie nowi właściciele szybko przejąłby dowodzenie w naszym domu. Niestety następnego dnia w tej samej okolicy Wojtek zobaczył podobne stworzonko rozsmarowane na asfalcie. Ktoś musiał zatrzymać się przy trasie i wyrzucić kilka szczeniaków na drogę. Ludzie to potwory!!! Mam nadzieję, że ktoś tego człowieka podobnie potraktuje, tylko czy on wtedy pomyśli, że sobie na to zasłużył?
ania, 2012/09/06 20:41
Na szczęście na świecie poza potworami są także anioły takie jak Wy! A zemsta niestety nikogo nie uczy - następnym razem zrobi jeszcze gorzej, właśnie z odwetu ("temu podłemu światu, który mnie tak potraktował")...
Skomentuj:
KCSQV
 
 
sie_nie_wyrabiam_2.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika