19 czerwca 2012

Się nie wyrabiam czyli stara śpiewka

poniedziałkowy świt na powitanie po powrocie z Warszawy

I obawiam się, że jeszcze długo będę nudna. A bo najpierw było Boże Ciało, goście oraz Gucio, potem Warszawa, na szczęście po raz ostatni przed wrześniem, a teraz muszę dociągnąć do urlopu, czyli do 14 lipca i pogodzić pracę z sezonem i rozpaczliwie wołającym domkiem na górce.

tu rozpaczliwie wołający stolik:)

Jest wprawdzie szansa, że Aurela (Aurelo, błagam!!!) z ekipą nie przeklną nas za stan miejsc noclegowych, bo byli lojalnie uprzedzeni, ale w kalendarzu rezerwacji już wykreśliliśmy na czas ich pobytu wolną dwójkę obok. Ciche roboty za ścianą będą wliczone w cenę:) i zastanawiam się, czy nie wykreślać dalej;( Możemy tak tylko do 7 sierpnia, bo wtedy już nie ma przebacz - cały domek zaliczkowany. W dodatku praktycznie od lutego, czyli od pory zarazy odguciowej, co mi się rzuciła na uszy, nie jestem w pełni zdrowa. Po inauguracji sezonu pływackiego w weekend bożocielny znowu mi się pogorszyło, odbiera mi głos a łzy lecą ciurkiem z nieoczekiwanego bólu gardła, i pacjenci myślą, że płaczę nad ich losem.

nareszcie pani przyjechała!

Po wysiadce z pekaesu w poniedziałek świtkiem byłam zatkana od tchawicy po czubek głowy (cudowny efekt pekaesowej klimatyzacji i niedzielnej gadanej pracy cały dzień). Powoli dochodzę do siebie i na szczęście jutro mogę ani słowem się do nikogo nie odezwać. A przy okazji ostrzegam Was przed tabletkami do ssania na gardło. Od pewnego czasu zaraza przeniosła mi się tam, gdzie tabletki nie sięgają i tylko odchrząknąć trudniej. I takie buty. A propos butów dziś komisyjnie wyrzuciłam swoje niebieskie pseudo crossy, bo już miały na wylot dziurę w podeszwie. Dla odmiany kupiłam sobie odblaskowo-seledynowe za całe 7,99:)
A wracając do czerwcowych zaległości…

Ciężkie życie Wilkusia w sezonie - nigdy nie można być pewnym, czy jakiś pies nie wychynie zza rogu (zdjęcie Kingi tak jak kilka poniżej)

na szczęście trawa nas zarosła i można spać w spokoju nawet na studni

Zenuś właściwie został przyjęty do stada, choć pod czujnym okiem Lodzi, czy zanadto się nie rozwydrza.

Piesowi natomiast to wisi:)

Lodzia dalej wchodzi wszystkim na głowę, mnie oczywiście też

wieczory piękne

goście zachwyceni, czegoż chcieć więcej

przesadzone jesienią truskawki przy Domku na górce powinnam podkolorować w fotoszopie, bo zdjęcie nieaktualne (dziś jadłam pierwsze własne owoce w tym roku)

A nocą w Boże Ciało, niespodziewanie zawitał do nas Gustaw, bo się uparł, że chce do babci.

Ten chłopak ciągle pracuje! Ciekawe po kim to ma!?:)

ciężko pracuje na swoim:)

pomaga dziadkowi na górce

a nawet z narażeniem członków własnych i cudzych rąbie drewno na szczapy!

tylko czasem da się wyciągnąć na spacer, bo to męczące nudy:) (Madzia w naszym przechodnim, wiszącym zawsze na ganku, płaszczu przeciwdeszczowym)

Podczas jednego ze spacerów mieliśmy przygodę z sarenką. Sarenką nowo narodzoną, która wydawała dziwne dźwięki, niczym ptak. Leżała jeszcze mokra w wysokiej trawie koło rzeki, na szczęście psy bardziej były zaaferowane co to i nie zdążył w nie wstąpić instynkt myśliwski. Zdołałyśmy z Madzią szybko przechwycić je na smycze i oddaliliśmy się wszyscy, by matka mogła wrócić do małego. Wcześniej, gdy szliśmy naszą łąką, słychać było uporczywe szczekanie kozła i nie wiedziałam o co chodzi. Potem się wyjaśniło - chciał odwrócić naszą uwagę. Tego wieczora i nocą mała sarenka wciąż wydawała te dźwięki, a kozioł często szczekał, martwiliśmy się więc, że jak będzie taka głośna, to w końcu ją coś zje, ale gdy poszłam na kontrolę, popiskiwała w bezpieczniejszym miejscu i po ruchu trzcin widziałam, że obok jest matka. Podczas pierwszego po powrocie z Warszawy spaceru z psami spotkałam małą sarenkę (z pewnością tą samą, bo to ich rewir) na własnych nogach przy drodze do domku na górce, ale na szczęście psy dały się nabrać na stary numer i pognały za matką, która się im wystawiła i zagnała do lasu. Belfegor z Piesem szybko odpadli, a Lodzia na trochę zniknęła, ale wszystko się dobrze skończyło. Od wczoraj chodzimy w drugą stronę, oczywiście tylko drogą, choć i tak z duszą na ramieniu, bo jak widać przy drodze niewiele zmienia, a właśnie nastał czas sarnich narodzin. Może jutro jednak rozdzielę szajkę.

A gdy byłam w Warszawie, poszliśmy pooddychać atmosferą Euro. Drugich mogę nie dożyć, a że były parę przecznic dalej, nie wypadało inaczej. Było to przed meczem Rosja-Grecja…

więc po wcześniejszych zamieszkach znaleźliśmy się w najbardziej obstawionym policją miejscu na Ziemi.

Więcej Gucia na Picasie

Gucio bożocielny i euro 2012

I tak to było, a jak będzie, lepiej nie myśleć;)

Komentarze

Egretta, 2012/06/25 10:11
Jak to po kim??? Wszystko co najlepsze wnuk ma po dziadku!!! Wnuka mam dopiero od 11 dni, ale słyszę to przy każdej okazji od dnia jego narodzin :D
ania, 2012/06/25 10:36
Niech im tam będzie tym dziadkom, jak wiadomo mężczyzna bez bycia docenionym nie przeżyje:) kobieta doceni się sama!
Monika, North Carolina, 2012/07/01 16:27
Po dziadku tylko? A skad bylby wnuk, gdyby po drodze nie bylo tez i babci?
Skomentuj:
YRQUG
 
 
sie_nie_wyrabiam_czyli_stara_spiewka.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 18:20 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika