22 sierpnia 2007

Starczy tych męczarni :) czyli koniec sezonu letniego

Egoistyczny tytuł, bo sezon letni skończył się dla mnie, a niekoniecznie dla innych. Co do „męczarni” nie znaczy, że mam dość, wręcz przeciwnie, wyjaśnienie będzie poniżej.

W każdym razie pora na podsumowanie i wnioski :)

Podsumowanie:

W tym roku było na odwrót. W lipcu, poza tygodniem upałów, lało i było tak zimno, że paliliśmy w piecach.

Wilkuś znalazł sobie strategiczną miejscówkę pod folią okrywającą deski

a coroczny obóz jeździecki u Basi przeżywał ciężkie chwile.

Niektórzy nawet dostawali małpiego rozumu (pozdrawiamy Alika)

Z tym większą ochotą w zacisznej, ciepłej pracowni jeźdźcy i nasi goście szkliwili kafelki…

choć i tu bywało niełatwo :)

Wyroby z gliny wylądowały nad piec, bo inaczej nie chciały schnąć

Ale właściwie nie było tak strasznie, skoro tylko jednego dnia zrezygnowałam z codziennego przepłynięcia jeziora.

Potem zrobiło się ciepło i burzowo.

Przetaczały się nad nami czarne chmury i fronty

a deszcze połamały malwy pod ścianą galerii

Normą było, że po burzy nie mieliśmy przez kilka godzin prądu.

Mieliśmy też inne horrory:

cieknącą rurę w pensjonacie pod kafelkami, więc Robert zrobił dziurę w domu od zewnątrz, żeby nie niszczyć gościom łazienki,

oraz „Ptaki” Hitchcocka:

W sierpniu jak zwykle przeszliśmy na dietę cukiniowo – grzybową. Ale zbiorom daleko było do zeszłorocznych. Prawdziwków jak na lekarstwo, więc głównie żywiliśmy się zamszowymi podgrzybkami i kurkami.

Czasem jadaliśmy grzyby niebieskie (i nadal żyjemy)

Także w sierpniu przeszliśmy, a właściwie nasze psy, próbę generalną. Po paru ostrych wymianach zdań, Belfegor z Piesem w końcu dogadali się z Negrą,

psem naszych gości i przez tydzień po podwórku biegały trzy kundle. Sunia szybko załapała, że każdy, kto za bramą, to wróg i trzeba ujadać.

Odtąd już pilnowały nas trzy psy. Było bezpiecznie ale głośno.

Dokonał sie podział terytorium (sunia pod pensjonatem, Belfegor - reszta) ale czasem, jak widać, zgodnie pilnowali pensjonariuszy.

W galerii puchy drewniane, z powodu prac przy kuchni, a więc braku czasu Roberta. Małą ilość desek próbowałam zrekompensować miskami różnej maści:

A oto różne odsłony dobudowy kuchni, czyli udziwnionego kanadyjczyka z całą ścianą okien („znowu wymyślacie” - komentarz Krzysztofa, u którego Robert się konsultował):

Taką klatkę mieliśmy przez większość wakacji

a tu już osłonięta folią wiatroizolacyjną, a na kolejną odsłonę zapraszamy za jakiś miesiąc, bo teraz klatka jest już obita deskami i zdradza efekt końcowy, a chcemy zrobić Państwu niespodziankę i zaprosić na jesieni do nowej kuchni, w której będzie można i własnoręcznie złowioną rybkę usmażyć i grzybki wysuszyć i ogrzać się przy kuchni kaflowej oraz posiedzieć przy dużym stole z widokiem na jezioro.

Wnioski:

Wniosek pierwszy. Wakacje są męczące. Wszyscy bardzo się umęczyliśmy tego lata. I nasi goście, i Robert, ja może najmniej, choć, mimo urlopu od podstawowego źródła zarobkowania, prowadziłam warsztaty ceramiczne i na okrągło sprzątałam pensjonat, nie mówiąc o codziennych domowych i ceramicznych robótkach. Robert z męczącą przerwą na duuuże zamówienie na wieszaki do Galerii od Rzeczy w Lublinie, gdy była pogoda a wszyscy goście wybyli, budował kuchnię. W porywach pracował wtedy po 14 godzin, bardziej jednak męczyło go, gdy nie można było nic robić, czas uciekał i zapowiadali kolejne deszcze. Mimo tych ostatnich męczarni kuchnia jest w stanie podgotowanym, a pan Roman postawił komin…

i ku radości Belfegora i mojej dokończył wreszcie schody.

Z naszych obserwacji ludzie wcale nie jadą na wakacje, by odpocząć.

A oto metody naszych gości:

Codzienne forsowne wycieczki rowerowe, np. wycieczka dookoła Śniardw (ok. 100km) na rowerach w 30 stopniowym upale (pozdrawiamy naszych gości ze Śląska :) )

Wożenie żony po okolicy na rowerze typu tandem, a okolicę, jak nazwa Mazury Garbate wskazuje, mamy pagórkowatą (pozdrawiamy pana Andrzeja z żoną Jadwigą)

Wycieczki samochodowe po dalszej okolicy, tak, że dziennie robi się 300 km, czyli tyle, ile z Zawad do Warszawy (pozdrawiamy Tomka z Olą)

Męczenie psa a przy okazji siebie poprzez biegi długodystansowe i jazdę na rowerze, oraz rzucanie piłki do wody lub na pole, a potem szukanie jej w krzakach (pozdrawiamy Tomka, Ninę i Negrę)

Biegi długodystansowe i wycieczki piesze bez psa - należały do najmniej męczących

Przesiadywanie nocami w wiacie a potem spanie do oporu :) (pozdrawiamy p. Kasię z partnerem)

Obalanie przez cały dzień kolejnych browarów i win w wiacie może nie jest bardzo męczące (czasem są takie chwile w życiu, że chciałoby się zresetować :) ), ale rano… - jedni nasi goście (pozdrawiamy) przyjechali w celu konkretnym, i choć Robert twierdzi, że jemu nie chciałoby się jechać taki kawał tylko po to, ja jednak myślę, że w takich okolicznościach przyjemniej. Cóż, poranki jednak musiały być męczące, niezależnie od okoliczności przyrody :)

Prace społeczne - domena naszych znajomych, którzy przyjeżdżają w gości. Nie usiedzą w spokoju, tylko wykonują różne robótki, nawet małoletni (pozdrawiamy Klementynę i Gawła, oraz Piotra)

Gaweł rozbija niewypalone cegły, z których potem przeszlamuje glinę. A potem będzie, że wykorzystujemy dzieci…

Tylko nieliczni nie nerwowo chodzili na wycieczki, pływali wpław lub łódką, poczytali sobie w wiacie a wieczorem rozpalali ognisko (pozdrawiamy p. Elę z mężem i Mateuszem)…

Wniosek drugi. Ludzie są różni, dlatego trzeba proponować im to, co samemu się lubi. Wtedy odwiedzają nas podobni do nas. Żadna komercja nie wchodzi w grę. Nie wolno podlizywać się wszystkim, rezygnować z siebie, by każdemu się przypodobać. Nasi goście mieszkają tuż obok, nasze ścieżki wciąż się krzyżują, nie ma co sobie i im fundować męczących kontaktów. A jeśli przyjechali specjalnie do nas, bo im się podoba u nas, nasz sposób na życie i to, co robimy, bliżej nam będzie do siebie i milej. To był nasz pierwszy sezon letni i może za wcześnie na TAKIE wnioski, ale ta zasada sprawdziła się w 100%. Znakomita większość naszych gości, zwłaszcza Ci, którzy byli pewni wyboru i na długo przed przyjazdem zarezerwowali pobyt albo wybrali nas po długich poszukiwaniach w internecie, to ludzie, którzy mogliby być naszymi znajomymi, gdybyśmy spotkali się wcześniej. Nieliczne wyjątki, póki co na szczęście w liczbie jeden (pozdrawiamy pana, któremu nic się nie podobało, nie tylko u nas ale i u Basi, na koniec więc stłukł przedwojenny klosik), to ci, których niechcący przywiało w nasze progi, bo gdzie indziej nie było miejsc. Pewnie więcej nas nie odwiedzą a my nie będziemy drzeć szat z tego powodu. Ci nie podeślą także swoich znajomych, im podobnych, jak to znajomi. I całe szczęście. Owszem, to aluzja do naszych ewentualnych gości. Jeśli po przeczytaniu informacji z naszej strony, czujecie Państwo, że Wam do nas nie po drodze, jeśli nie lubicie takich klimatów, psów i kotów i w ogóle zwierząt, jeśli świat kończy się dla Was tam gdzie asfalt… proszę, nie przyjeżdżajcie. Wszystkich pozostałych serdecznie zapraszamy!

A najmniej w te wakacje zmęczyły się psy i koty, bardzo szczęśliwe, wreszcie dopieszczone, bo goście nie żałowali czułości.

Czyż nie tak wygląda szczęśliwy pies? (zdjęcie zrobione przez Gawła Kota)

Za to jak nas goście na dobre opuszczą, depresja murowana. Dlatego mamy prośbę, zróbcie to dla psów, żeby się tak się nie smuciły, przyjeżdżajcie Państwo także poza sezonem letnim :) U nas potem inne sezony: na grzyby, na ryby, na poleniuchowanie przy kominku, na Sylwestra we dwoje lub w grupce, na narty biegowe… Obiecujemy, że już niedługo ten widok będzie jeszcze piękniejszy bo bez betoniarki i składu desek.

Komentarze

Joanna, 2007/12/12 21:24
Świetny tekst. Gratuluję galerii, pensjonatu, pomysłu na życie :) Pewnie Was kiedyś odwiedzimy, bo cisza, kominek/ognisko, nowe wyzwania manualne (warsztaty), sielska przyroda to jak najbardziej nasze klimaty. A czy przyjmujecie małe dzieci? Pozdrawiam!
ania, 2008/01/09 18:20
Jeśli nie boją się psów, jak najbardziej!
Skomentuj:
DNAAJ
 
 
starczy_tych_meczarni..._czyli_koniec_sezonu.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika