16 kwietnia 2011

Starość nie radość, zwłaszcza wiosną na wsi

Muszę sobie chwilę odsapnąć. Więc napiszę niusa:)
Bo wiosna daje nam do wiwatu, a jak to Robert zauważył - siły nie te, co 10 lat temu. To wszystko tłumaczy, znaczy beznadziejnie powolny postęp prac, przyprawiający mnie o depresję, gdy patrzę na to, co do zrobienia i na nasze w sumie tylko 4 ręce. No, tłumaczy to jeszcze brak kasy na wynajęcie pracowników, którzy jak mrówki by się uwijali i depresję rozwiewali. Ale najgorszą zmorą jest to, że nigdy, NIGDY, nie robi się tego, co zaplanowało. Już nie będę nudzić o łazience w Olecku, od której wciąż Roberta coś odrywa. Może tam jeździć, gdy ja nie pracuję. Ani w gabinecie ani w domu przez telefon. Niestety, gdy pracuję na górze, a psy są same, na każdy warkot samochodu w Cichej Wólce urządzają chóralne śpiewy, a nie daj Boże ktoś przejedzie naszą drogą - tak szczekają, że nic nie słyszę, co dopiero pacjenta. Jako że to nieprofesjonalne mieć w tle psie ujadanie, Robert musi być, gdy pracuję w domu.
W ostatnią środę, czyli moją niedzielę, zamiast pojechać do Olecka, walczył z internetem, znaczy z tym, by internet działał w moim komputerze. Bo nie wiem, czy wiecie, stał się przełomowy, historyczny moment na drodze rozwoju zawadzkiej komunikacji ze światem! Mamy nielimitowany, stosunkowo szybki (taki jak dzieci w Warszawie), nieradiowy lecz po kablu internet znienawidzonej firmy telekomunikacyjnej, ale jak to już ustaliliśmy, czasem trzeba z wrogami kolaborować w imię celów wyższych. Mamy ten internet od dwóch miesięcy, ale że byliśmy na wypowiedzeniu poprzedniemu, ja spokojnie używałam starego, a Robert testował nowy. I tak dwa razy podwyższał szybkość, bo okazało się, że DA SIĘ, czego nawet tepsa nie wiedziała! Tylko oczywiście, gdy skończyło się nadawanie radiowe, zostałam bez internetu, bo jeszcze tak nie było, by przy zmianie u mnie wszystko działało. Jakieś porty, jakieś kody, jakieś zapory ogniowe, jakieś cuda na kiju, ale w końcu działa! No ale dzień poświęcony łazience w Olecku poszedł się… Jakbyście się dziwili, czemu ja tak ciągle o tej łazience, to ja nie o łazience, tylko o drugiej części mieszkania, w którym jest mój gabinet, która stoi pusta i kasę traci zamiast zarabiać już od półtora roku!! Mnie na takie marnotrawstwo jak wiadomo depresja się pogłębia. Gdybym oczywiście „jak normalny człowiek” (słowa Roberta) raz w życiu mogła zaprojektować taką łazienkę, którą by zwykły glazurnik mógł wykonać, to by już dawno jakiś wykonał, a tak tylko Robert jest w stanie, a Robert… się nie rozdwoi. Bo na przykład przed sezonem, czyli przed majówką powinien zainstalować domek ze zjeżdżalnią, który na jesieni okazyjnie (baaardzo okazyjnie) z ekspozycji kupiłam w Practikerze i który przedostatnio (ostatnio samochodem) będąc w Warszawie przyprowadziłam do Zawad swoją miniciężarówką kangurowatą.

Żeby zainstalować domek, trzeba mu pod nogi wylać słupki betonowe,

co nie jest takie proste, gdy domek ma stanąć na górce

a jak już się wylewa słupki, to trzeba wylać wszędzie gdzie w najbliższym czasie będą potrzebne, bo takie słupki muszą dość długo tężeć, zanim się na nich coś postawi. Tak więc powstał słupek pod rozbudowę drewutni, słupki pod furtkę, po tym, jak za stodołą zimowa wichura wyrwała kawał płotu z furtką właśnie i stał na słowo honoru. A jak już Robert płot rozebrał do wylania słupka, musiał czym prędzej płot i nową furtkę zrobić, żeby psy nie korzystały z okazji.

Wilkusiowi bardzo się podoba

Dzisiaj sobota, kolejny świetny dzień do wykańczania łazienki w Olecku, ale wczoraj sąsiad dał Robertowi propozycję nie do odrzucenia, mianowicie zakup dachówek po okazyjnej cenie, ale trzeba je zabrać dziś, bo dachówki stały pod płotem i płot zawaliły. Jak wiadomo dachówki trzeba kupować gdy jest okazja, a nie wtedy, gdy są potrzebne, czyli gdy będziemy robić dach nad stodołą w domu na górce. Tak więc dziś od rana Robert z panem Romanem najpierw ładowali dachówki na przyczepę, potem rozładowywali, ale żeby było gdzie dachówki schować, musieli sprzątnąć przybudówkę, szumnie zwaną garażem, z której trzeba było wyprowadzić cztery wielkie regały na wysoki połysk:) po sąsiadach. Tylko gdzie??? Właściwie powinny iść na śmietnik, z drugiej strony zawsze to pojemne szafy, do warsztatu by się może przydały…

meblujemy się:)

Ale żeby je wstawić do warsztatu, musi się zrobić w nim miejsce… Więc ja dzisiaj, zamiast, mając na to jedyny w dwóch dni, sprzątać pensjonat i dom na święta (zwłaszcza że zjeżdżają do nas domowi goście na Wielkanoc!), sprzątałam warsztat Roberta… A jutro? Zadzwoniła sąsiadka z Jabłonowa, że skończyła budowę i ma do oddania dużo materiałów budowlano-instalacyjnych więc jutro trzeba by przyjechać je zabrać… Więc jutro będziemy wozić materiały a potem coś sprzątać, żeby je było gdzie schować…
Wysypisko na skarpie czasowo ma przestój w likwidacji, w przelocie między jedną pracą a drugą udało mi się zasadzić krzaki i drzewka, co to je w prezencie jesienią dostaliśmy i zimowały w donicach, przesadzić malwy w miejsca, w których życia nie wytrzymały ( no bo jak tak bez malw?), z miejsc gdzie się rozpleniły nie tam gdzie trzeba i oporządzić roślinki w najbardziej dekoracyjnych miejscach.

Przy okazji wygrabiłam zaspanego ropucha, na szczęście nie robiąc mu krzywdy.

Włożyłam go pod trawę w bezpiecznym miejscu pod płotem, by pospał dalej, skoro ma jeszcze ochotę, chociaż w nocy równie chudy i pomarszczony po zimie jego koleżka stał już pod gankiem w oczekiwaniu na spadające z lampy ćmy,

gdzie on spał, że taki utytłany w kocich włosach i Belfegora??

ale ostatnio wszyscy z powrotem poszli spać, bo z miłych wilgotnych wieczorów zrobiła się okropna zimnica.
A przy okazji robienia dekorów na zamówienie uzupełniłam zapasy kafelków do Galerii Wiejskiej,

(o sprawdzone zawadzkie wzory:))

która też ostatnio ma zastój, poza drobnymi wyjątkami, gdy się spinamy i coś na zamówienie zrobimy, tak jak półkę dla wiernej klientki z Poznania czy deskę na rocznicę ślubu do Tychów. Po piłowaniu brzozowych pni wióry na polu po kostki, pewnie wciąż jeszcze lód pod nimi (w końcu to stara metoda przechowywania lodu), piaskownica z racji betonowych słupków pozbawiona piasku,

przy okazji przycięłam rosochatą czarną porzeczkę, która ma dzieci zasłaniać od słońca, ale gównie suche badyle sterczały przerośnięte suchą trawą.

więc trzeba szybko pojechać i uzupełnić, zbudować i postawić obiecane na lato huśtawki, sprzątnąć teren, pracownię, bo lada moment zaczną się warsztaty, nie mówiąc o pensjonacie, w którym za 9 dni pierwsi goście, a zlew w kuchni bez kranu (po tym jak stary nie wytrzymał mrozów) i dach nad kuchnią wciąż przecieka:(
Ja już jestem z stara na takie numery! Ja już nie mam siły, za chwilę pół wieku mi stuknie, więc poproszę o jakąś taryfę ulgową! Robert nie lepszy - pada wieczorem jak długi na łóżko, psy i koty go obsiądą (w parę sekund) i tyle go widzieli. Nie ma możliwości się nudzić, a i głupoty w głowie się nie roją!

Tylko jeszcze dodam, że w domku na górce mamy kolejnego stołownika - rudego, w typie śp. Lunetki. Sąsiedzi od dachówek bili świniaka na zamówienie na święta, czego Robert nie widział ale słyszał, a co mnie uświadamia, że jesteśmy w UE a jakoś wciąż nie obowiązują polskich rolników przepisy humanitarnego zabijania zwierząt przeznaczonych na ubój* (o ile zabijanie może być humanitarne, o czym już pisałam, więc się powtarzam, ale jak wiadomo, zawsze można umrzeć w mniejszych lub większych męczarniach), tymczasem dwa dni temu, o czym media cicho sza, bo je tylko medialna strona cierpienia zwierząt obchodzi, w sejmie odrzucono projekt nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt . A my w ramach postu (choć wg katolików pościmy cały rok) spróbowaliśmy, zasugerowani komentarzem Zośki, sałatki z podagrycznika - rewelacja!

Znaczy nie miałam wyjścia, bo zapomniałam kupić sałatę a miałam resztę produktów na grecką sałatkę, na szczęście w porę sobie przypomniałam o chwaście (zbierałam przy latarce przy okazji odchwaszczając barwinka). Prawdę mówiąc Robert zjadł jedną łyżkę i odmówił, gdy mu powiedziałam, z czego to zielsko i spytał czy z Psami się pożegnałam, ale on chłop ze wsi i się nie zna (w przeciwieństwie mieszkańców Syberii). Podaję przepis: młode liście podagrycznika trochę posiekane, ogórek i pomidor w kawałkach, oliwki, ser kozi lub feta, ale nie taki mazisty, tylko do pokruszenia, czosnek i oliwa. Mniam! Jak podagrycznik przestanie być taki młodziutki (choć ci, co z nim walczą, mają wciąż świeże pędy:)) można go udusić. Przepis na stronie z komentarza Zośki też apetycznie wygląda. A! Jeszcze jedno! Na stronie gminy pojawiło się ogłoszenie, że gmina kupi ciągnik do obsługi segregacji śmieci - ciekawe, czy ma to coś wspólnego z komentarzem Roberta na temat prężnej gminy Filipów, w przeciwieństwie do naszej, gdzie o śmieciach ani mru, mru:)

A poza tym pliszki wiją gniazdo

a psy w różnych ustawieniach próżniaczą i obserwują przyrodę, raczej ożywioną

Lodzia ze swoim idolem na górce, Pieso na „ambonie”

Belfegor na swojej górce, małe żółte razem na ambonie

Belfegor z Piesem, jak za starych, dobrych czasów;)

Lodzia sprawdza, czy warto wracać do domu

Dobra, oddalam się, zanim padnę, muszę powiesić czwarte już dzisiaj pranie!

* Ogłaszam wszem i wobec, że to zdanie nie oznacza, iż sąsiedzi od dachówek niehumanitarnie zabijają świnie. Jak zabijają, nie wiem, stwierdziłam tylko przy okazji zabijania świniaka fakt, że nie ma w Polsce przepisów, które nakładają na rolnika obowiązek takiego uboju, aby zwierze jak najmniej cierpiało. Myślę sobie jednak, że ten ktoś, kto doniósł sąsiadce oburzony, że piszę, że robią to niehumanitarnie, sam musi tak myśleć. Bo jeśli w naszej głowie czegoś nie ma, to nie może nam przyjść do głowy. W każdym bądź razie jeśli ktoś się poczuł urażony, to przepraszam.

Komentarze

Skomentuj:
VTGBI
 
 
starosc_nie_radosc_zwlaszcza_wiosna_na_wsi.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika