NIUS 400.

13 lutego 2013

Strzelanie sobie w stopę

na początek Ryszard

Hmm… od czego by tu zacząć. Biurka nadal nie będzie, bo tym razem klei się rama do tablicy korkowej i pokażę kącik pracowniczy dopiero w pełnej wersji. Za to jest pierwszorzędna wiadomość - UPC, które pochłonęło Aster, uznaje nasz dług 900 zł za niebyły! Wysłaliśmy im list poparty dowodami i chyba wreszcie ktoś w tym, przepraszam za wyrażenie, burdelu wykazał się inteligencją i zrozumiał w czym rzecz się macała. Tym samym dawno obiecana historia, długa i skomplikowana, choć w skrócie i uproszczeniu:

średni z dużym - niby różne ale dzięcioł to dzięcioł, tak jak korporacje

Magda zachęcona telefonem naciągającym, czyli ofertą szybszego a tańszego internetu i telefonu, zmieniła operatora, choć w zasadzie operator był ten sam, bo już połączony z byłym, więc nie dojdziesz. Efekt zmiany był taki, że musieli siedzieć z nosami w routerze, żeby odbierać sygnał, więc podziękowali. Wrócili do poprzedniego i podpisali nową umowę z połączonym operatorem, a było to mniej-więcej w środku wakacji. W wyniku chwilowej zmiany, telefon stacjonarny, jak to zawsze bywa w tych razach, otrzymał nowy tymczasowy numer na czas, gdy zostanie przywrócony numer stary i to zresztą w umowie zostało zawarte – że nowy telefon ma mieć stary numer. Niestety w wyniku bajzlu, jaki powstał po połączeniu UPC z Aster, numer, który mieliśmy w Warszawie od 20 lat, na który zapisana jest moja firma, w związku z tym widnieje we wszystkich papierach, został pomyłkowo zwrócony do TPSA, która była jego pierwotnym właścicielem. Magda, jako mój pełnomocnik, wydała kupę kasy na telefony do najgłupszej infolinii ze wszystkich korporacyjnych infolinii w Polsce (do tego nie byliśmy jedynymi, których bajzel dosięgł, więc dodzwonić się nijak nie można było, wisiało się na telefonie i płaciło za słuchanie muzyczki), żeby odzyskali i przywrócili nam numer, ale po trzech chyba miesiącach okazało się to niewykonalne, bo TPSA nie taka głupia, nie odda tego, co już do niej wróciło. Tu zaczęła się moja walka, bo brak numeru spowodował straty na wszelkich polach, w tym zawodowo-etycznych, nie mówiąc o startach finansowo-czasowych. Z tego tytułu Aster przyznała nam śmieszne zniżki na ich telefon, który w ogóle był nieużywany. Popisałam parę pism, na które dostałam parę śmiesznych odpowiedzi od gości, którzy w ogóle nie wiedzieli o co chodzi i udzielali kretyńskich odpowiedzi, m.in. straszących karą za zerwanie umowy. Widząc, że są bezradni i numeru nie odzyskam, zadzwoniłam w te pędy do TPSA, żeby komuś go nie oddali i jednocześnie, nie mogąc już dłużej być pozbawioną prawowitego numeru, rozpoczęłam procedurę przechodzenia do TPSA i zrywania umowy z UPC/Aster (z kim tak naprawdę, to chyba nikt nie wie, nawet oni). Dowiedziałam się na łaskawej infolinii, do której udało mi się dodzwonić, że wystarczy napisać pismo w sprawie zerwania umowy, która de facto nie była nigdy zawiązana, skoro nie zostały dopełnione z ich strony warunki. Nie dostałam żadnej odpowiedzi, natomiast w weekend przed Sylwestrem (co wiadomo co znaczy – brak do stycznia) przyszedł pan i bez ostrzeżenia odłączył i telefon i internet, pozbawiając tym samym Magdę i Borysa narzędzia pracy (w wyniku czego Borys wziął Gucia i wyjechał z laptopem do Zawad, a Magda do nocy siedziała w biurze). Wydawało się, że zrobiłam wszystko, żeby być na tę okoliczność przygotowana podpisując odpowiednio wcześniej, zanim Aster nas uwolniło, umowę z tepsą. I owszem przyszli przed panem z Aster, tuż przed świętami, ale okazało się, że w czasie remontu klatki zdjęto kabel TPSA i wymagana jest zgoda zarządu wspólnoty, by założyć od nowa. Tylko dlatego Magda ich wypuściła z klatki. Niestety okazało się, że pani „zarząd” wyjechała na święta i wróci nie wiadomo kiedy. Zgoda wystarczyła ustna, więc zakładając, że zarząd się zgodzi, sami jej sobie udzieliliśmy do czasu aż pani wróci:) i zaczęło się wydzwanianie tym razem na błękitną linię, by panowie instalatorzy wreszcie przyszli. I tu zaczęła się historia z cyklu ”zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Bo to przekracza zdolności intelektualne pracowników korporacyjnych, że jedna osoba może mieć dwa telefony i dwie usługi internetowe w dwóch różnych miastach. Nie daj Boże podłączę się do tepsy także w gabinecie w Olecku! Komputery im wtedy wybuchną! Okazało się, że zgłoszenie zainstalowania wylądowało w teczce zawadzkiej i pani się dziwiła, bo przecież w Zawadach wszystko działa, tymczasem w teczce warszawskiej mają ostatnią notkę sprzed dwóch lat o tym, że rezygnujemy z ich usług:) Kiedy to zostało wyprostowane, przyszli panowie instalatorzy i już myśleliśmy, że szczęście blisko… wystarczyło skonfigurować modem, czy coś w tym stylu… jakoś się nie chciał, więc Magda znowu musiała wydzwaniać do techników w błękitnej strzale, znaczy linii… i nareszcie… jest internet… problem w tym, że jest w Warszawie a skończył się w Zawadach! Mądrzy panowie technicy przełączyli internet zawadzki do Warszawy! Tym razem ofiarą padł Robert (bo ja wtedy byłam w Warszawie do tego momentu pozbawiona internetu a więc możliwości kontaktu z pacjentami, z którymi tam widzę się przez skype’a)! Zanim panowie i panie w TPSA zrozumieli ten fakt, trochę czasu minęło, a w Warszawie „hulał” wolny internet zawadzki:) Szczęśliwie w końcu się udało mieć właściwe łącze we właściwej miejscowości, a teraz drżymy na myśl, że juro, pojutrze ma przyjść instalator z tepsy i przełączyć nas na ten światłowód, co go latem kładli w Zawadach, dzięki czemu internet ma hulać również u nas. Ale czy będzie hulać czy też zostanę pozbawiona swojej linii analogowej (kolejna zagwostka dla pracowników korporacji, jak można mieć dwie linie telefoniczne w jednym domu, w tym jedną internetową, drugą zwykłą, co ćwiczyliśmy swego czasu, gdy dzwoniło się na jeden numer, a odzywały się dwa telefony na raz:)), którą musiałam założyć, by uniezależnić się od lifeboxa czyli linii internetowej, którą rozłącza nawet mikrosekundowa przerwa w dostawie prądu… A może u nas będzie, ale w Warszawie zostaną pozbawieni… Tego nikt nie wie a ja mogę się tylko modlić. I bardzo proszę o wsparcie w tych modlitwach! Tak więc jak widzicie pół roku trwają przygody z dzięciołami komunikacyjnymi i jeszcze są w toku, ale przynajmniej nie będę szlajać się po sądach. Hurrra!

na pociechę kocie puzzle

Ale strzelanie sobie w stopę dotyczy innej sprawy. Tylko jak to napisać, żeby nie napisać;) a więc nie strzelić sobie w stopę ponownie?;)
W tym roku pan dzierżawca jeziora nie przedłużył nam umowy na wędkowanie. Dlaczego? Nie bo nie. Oficjalnie dlaczego? Darujmy sobie argumenty gospodarki jakiejś tam, która niezwykle ucierpi od tego, że niektórzy nasi goście pomoczą sobie kija w jeziorze. Jak powszechnie wiadomo, w naszym jeziorze amator, poza płocią, o którą chyba dzierżawcy nie chodzi, ryby nie złowi, a nie amator nie traci tu czasu, tylko jedzie na łowisko Szwałk. Gospodarce rybnej jeziora z naszej strony nie grozi też szalony ruch łódek z wędkarzami, bo nasze jedno canoe rzadko do wędkowania jest wykorzystywane – istnieje uzasadniona obawa, że wyciąganie ryby z wody grozi wywrotką i skąpaniem się z całą zawartością:)
Jak wiadomo zwolenniczką wędkowania nie jestem i jakąś częścią duszy cieszę się, że nie będę miała przy brzegu warstwy kukurydzy, ani nie będę się zaplątywać w żyłki wchodząc do jeziora, nie mówiąc o śmierdzących w kompoście do października flakach tych kilku feralnych rybek, które szczęśliwcom udało się złowić. A najbardziej cieszę się w imieniu tych, które nie będą miały przedziurawionego gardła a może nie skończą w sieci. Ale prawda jest taka, że wśród naszych gości jest wielu takich, którzy nastawiają się głównie na stanie godzinami nad wodą, a do tego muszą mieć pretekst w postaci wpatrywania się w spławik. Goście wiosenni i jesienni to prawie zawsze pary, w których jedno chodzi na ryby. W ten sposób pan dzierżawca w oczywisty sposób pozbawia nas sporej części zarobku i doskonale o tym wie. I z całą pewnością nie byłby stratny, przynajmniej w swoich rybnych zasobach, więc nasz zarobek nie jest w opozycji do jego. Przyzwoitość też nakazywałaby zadzwonić z informacją o swojej decyzji - wie, że dla prowadzącego działalność agroturystyczną nad jeziorem to informacja kluczowa, bo sam taką działalność prowadzi. Tak jak nakazywała poinformować dwa czy trzy lata temu, że nasze pozwolenie od poprzedniego dzierżawcy nie jest ważne. Przez niewiedzę musieliśmy jednemu z naszych gości opłacić mandat od straży rybackiej, która dziwnym trafem akurat wtedy przybyła, a nigdy wcześniej na naszym jeziorze ich nie widziałam. Oczywiście, nie musiał nas informować. Ale mógł.
Od przedwczoraj, gdy Robert zadzwonił chcąc się upewnić, co z pozwoleniem na ten rok, skoro coraz częściej dzwonią potencjalni goście, straciliśmy już dwie ekipy chętnych. Byli w nich panowie, którym zależało na wypoczynku z wędką w ręku. Do tych, którzy już zarezerwowali, musiałam pisać i poinformować o zmianie warunków, na które się zgodzili wpłacając zaliczkę – na szczęście nikt nie zrezygnował z pobytu u nas, ale dwie osoby są rozczarowane.
Pozostaje dlaczego nieoficjalne. Gdy jesteśmy zależni od tych, którzy nie mówią co myślą, pozostają domysły. Nie będę się nimi dzielić. Musi Wam wystarczyć świadomość, że a) piszę w niusach co myślę, b) dzierżawca jest myśliwym, c)… (inteligentniejsi domyślą się z tego co wyżej). No i jeszcze d), ale na razie nie idę na wojnę;)
A co z kwestią tych kilkunastu, którzy pozwolenie dostaną? Na jakiej podstawie pozwolenia są rozdawane i czy to właściwe, że pozostaje w gestii dzierżawcy, który nawet nad tym jeziorem nie mieszka, rozdawanie ich krewnym i znajomym królika, a nie, jak to w cywilizowanych miejscach w Polsce, mieszkańcom wsi, gdzie jest jezioro i ludziom, którzy rekreacyjnie wędkują na wakacjach, bo to oni bogacą region i należy o nich dbać? Czy tej sprawy nie powinno regulować jakieś prawo, choćby po to, by nie dawać pola do ewentualnych towarzyskich rozgrywek? To pytanie do głównego dzierżawcy jeziora, czyli Lasów Państwowych, jeśli mnie ktoś z państwa czyta:) Swoją drogą, próba dojścia, czyje właściwie jest jezioro, gdy chciałam się dowiedzieć, czy mnie też wolno taki śliczny nielegalny pomościk walnąć na jeziorze, była prawdziwą próbą! Do tej pory pewności nie mam:)
Pora kończyć ten przydługi nius o tym, że życie nie jest łatwe, gdy nasze życiowe sprawy zależą nie od nas samych, i tu wyjaśnia się, dlaczego ludzie dążą do władzy i dużych pieniędzy, którymi mają nadzieję wpływać na tych, od których zależą. Władza to ostatnia rzecz jakiej bym chciała, dlatego myślę o tym, gdzie by tu własny staw wykopać i zarybić:) A musicie wiedzieć, że na naszych hektarach jest parę dogodnych miejsc. Nawet za niemieckich czasów były plany, by nasze trzcinowisko zalać wodą z rzeki i stworzyć jezioro – byłoby niewiele mniejsze od Głębokiego. Ale nie bójcie się! Za bardzo trzcinowisko kochamy! Za to dołek w górce, czy bagienko za ogrodem… kto wie?? Tylko jakaś wygrana w totka by się przydała. Robert nawet ostatnio wygrał 100 zł ale poszło na badania na boreliozę (druga wygrana – boreliozy nie ma!):)
Robertowi za to stuka w uchu, jakieś krasnoludki mu pukają od kilku tygodni, mówi, że zaraz zwariuje. No nie dziwię się. Wreszcie usiadł do internetu i czyta, co to może być. Nie ma optymistycznych wiadomości. Tym, co im puka, nikt nie pomógł, mimo poważnych badań. Jednemu pomaga picie browarów:) co chyba nie jest najlepszym rozwiązaniem;)

Jeszcze tylko w telegraficznym skrócie o szkodnikach: skończył się czas, gdy nie sięgały miejsc wyższych. Stół z umywalką w łazience, na którym skrywało się wszystko, czego koty nie powinny tykać, został zdobyty i oznaczony czarnymi śladami stóp, ale najgorsze, że gdy lemury wymkną się na schody, pędzą na mój nowy regał z czystą pościelą…

i smacznie sobie tam śpią przy ciepłej ścianie komina

albo biegają po półkach, co kończy się niniejszym

O Rycerzu Gustawie, który znowu ściągnął na mnie zarazę, więc siedzę i zużywam chusteczki.
Przymiarka przed balem na zamku Trampoline

a z tej okazji mama wystąpiła w charakterze wróżki (a ja wiedźmy;), ale zdjęć wiedźmy nie będzie, bo była cała w pęcherzach i brodawkach, a fe!). Wszystkie elementy zbroi kupione w ciuchlandzie, posprejowane na srebrno, tekturowa tarcza naszej wspólnej produkcji, tudzież reszta domorosłym sumptem i mimo iż inne dzieci miały wypasione stroje z wypożyczalni, Guciowi najbardziej podobał się własny!

I o naszym dzielnym biegaczu w TV (po 3 minucie i 23 sekundach) - pod tym linkiem. Należy zwrócić uwagę na koszulkę z napisem (w tym celu można obejrzeć zdjęcie) będącą dowodem na to, że wegetarianie nie umierają z głodu a nawet dość bysiorowato wyglądają i mają siłę biegać!:)

Komentarze

Kasia, 2013/02/13 20:18
Hi, hi, hi. Wsparcie w modlitwie macie z mojej strony ... jak w banku?

Lepiej nie wywoływać kolejnych korporacji z lasu.
ania, 2013/02/13 20:42
Nie wiem co gorsze, banki czy telekomunikacja... Za wsparcie z góry dziękujemy!:)
Monika, North Carolina, 2013/02/14 09:09
Osobiscie nie mam duzo doswiadczen z polskimi zlodziejskimi korporacjami, pamietam tylko, ze musialam odkrecac jakies nonsensowne przelaczenie z TPSA do Tele2, na ktore nieswiadomie nagoniony zgodzil sie moj Tata - "bo mialo byc taniej", co zaowocowalo tym, ze pozniej w ogole nigdzie nie mozna bylo sie dodzwonic, albo mozna bylo tylko poza godzinami szczytu, za poczworna taryfe, bo wymagalo to jakiegos drogiego pre-fixu czy czegos w tym rodzaju. Akurat w tym czasie przyjechalam do PL, pomoglam z tym oszustwem walczyc, chodzilam nawet jeszcze na poczte placic "kare". Ale - pociesze! - te oszustwa w PL to nic nowego, gdyz w USA takie kombinacje byly normalka w latach 1990-tych, gdy zaspana odbieralam telefon i "godzilam sie na wyjatkowo okazyjne ubezpieczenie od smierci, choroby i Bog wie czego jeszcze", od razu skladke pobierali z mojej karty kredytowej, a gdy po miesiacu przychodzil wyciag - dowiadywalam sie, ze mam dlug za cos, czego nigdy nie chcialam i nie potrzebowalam. Wprawdzie po reklamacjach zawsze udawalo mi sie odzyskiwac pieniadze, ale ile czasu i FRUSTRACJI to kosztowalo...
Egretta, 2013/02/14 15:13
Niezły cyrk! Z Panem od jeziora szczególnie, bo ten korporacyjny to norma.
ania, 2013/02/14 15:26
szkoda tylko że dla nas mało śmieszny ten cyrk z panem od jeziora:(
Egretta, 2013/02/14 19:34
Toteż i ja wcale się nie śmieję, żal mi tylko takich ludzi... kompleksy to straszna rzecz.
ania, 2013/02/14 15:25
Informuję, że już się modlić, przynajmniej za nasze przyłącza, nie musicie! Ale ci co się modlili, chyba za bardzo się nie przykładali;) Przyszedł w południe pan przyłączeniowiec, i po 1) zdziwił się, że do tej pory wszystko działało, bo "tak nie może być", po 2) mój analogowy telefon do pracy (a dziś zaraz pracuję!) zrobił się głuchy, ale o godz. 15.20 wszystko wróciło do normy, więc OK, gdyby nie to, że po 3) po podłączeniu do nowego kabla internet hula jak hulał, czyli nie ma różnicy:(
Andrzej, 2013/02/14 19:03
Ech Rybki...


a mozna prosic o nr telefonu do milego pana ktory wydaje glejt na polowy ?
Jezeli mozna to na maila poprosze

Ech i po rybkach ...
ania, 2013/02/14 19:56
Tak, najbardziej myślimy o Tobie i o dziewczynach...
kinga morderczyni:), 2013/02/15 13:01
Bardzo mi przykro z powodu rybek .Chyba są jakieś przepisy regulujące te sprawy... czy to oznacza , ze dzierżawca może zabronić kąpieli w tym jeziorze? O ile wiem jeziora i 1,5 m linia brzegowa są własnością Państwa , lub też Lasów Państwowych , czyli nie ma czegoś takiego jak ,, prywatne plaże,,.Nie wiedziałam ,że na to aby łowić - trzeba mieć pozwolenie .Ten Kraj jest chory !!!! Niby komuna upadła - a nadal : regulacje, przepisy , inwigilacja ,pozwolenia na budowę , kumoterstwo i bęcwały u Władzy! Szczególnie tacy ,którzy wydają zbędne nakazy i zakazy - nie mające nic wspólnego z logiką i nie szanujące własności prywatnej!(Oprócz swojej oczywiście):)
kinga, 2013/02/15 13:08
P.s Wybudowanie jeziorka na waszej prywatnej ziemi - To wcale nie taki zły pomysł:)
Tylko nie wiem - czy nie trzeba na to pozwolenia . Ale chyba nie .:)
ania, 2013/02/15 13:39
a jakże, oczywiście że trzeba! Ale nie od dzierżawcy jeziora:)
ania, 2013/02/15 13:48
Z jeziora może korzystać każdy w sensie pływania wpław czy łódką, z brzegu już nie - tylko wolno przechodzić, przesiadywać nie, jeśli to teren prywatny, a ryby w jeziorze są własnością tego, czyje jezioro, lub dzierżawcy, jeśli od niego dzierżawi, bo do niego należy zarybianie. Chcąc ustalić jakie są przepisy dot. dzierżawy przekonaliśmy się, że w naszym kraju to wolna amerykanka, nie wiadomo o co chodzi, pole więc do róbta co chceta ogromne. Pomost z kolei jako trwała budowla na jeziorze wymaga zgody i właściciela i inspektora ochrony przyrody i pozwolenia budowlanego. I za to chwała JHWH:)
kinga, 2013/02/15 16:29
ufff! Rybki mogę sobie odpuścić ... ale kąpieli w jeziorze- nigdy!
Bartek, 2013/02/19 22:26
A wiadomo ile kosztuje rocznie dzierżawa jeziora, jakie pociąga za sobą koszty dodatkowe i w jakim trybie, na jaki czas i kto to jezioro wydzierżawia?
ania, 2013/02/19 22:40
Przede wszystkim wiadomo, że przez najbliższe lata (sądzę że 7) będzie ten sam dzierżawca co teraz. Umowa dzierżawy jeziora z tego co wiem jest na 10 lat. Problem w tym, że ci, którzy chcieliby dzierżawić, nawet nie wiedzieli, że jest przetarg. Nawet były dzierżawca nie wiedział, że przestał nim być. Mam wrażenie, że dziwne rzeczy w tej sprawie się dzieją.
Bartek, 2013/02/19 22:48
A dzierżawią Lasy Państwowe? Jeśli tak, to umowa powinna być jawna, czyli kwota i termin wygaśnięcia dzierżawy.
ania, 2013/02/19 22:58
dzierżawią Lasy, od nich dzierżawca, umowa na pewno jest jasna, ale znana tylko wybrańcom:) 3 lata temu niecałe zmienił się dzierżawca, podczas, tak przynajmniej twierdził poprzedni, trwania jego umowy. Nie wiem, nie mamy czasu się tym zajmować, choć może ktoś powinien. Dla nas teraz nie ma to większego sensu, mogę co najwyżej pomendzić, a co będzie za 7 lat, gdy ta umowa wygaśnie, tego nawet Majowie nie wiedzą:)
Skomentuj:
SBAAY
 
 
strzelanie_sobie_w_stope.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/10 14:23 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika