5 czerwca 2012

Światowy Dzień Ochrony Środowiska

uczciliśmy zawiezieniem do Urzędu Gminy pisma wyrażającego sprzeciw wobec wystąpienia naszych sąsiadów o wydanie decyzji o warunkach zabudowy dla inwestycji polegającej na budowie pomostu rekreacyjnego. Jak wiadomo pomost istnieje od dawna, ale po moich pytaniach tu i tam, na jakiej podstawie szpeci jezioro, sąsiedzi zdemontowali część nadwodną a także ramę, która jeszcze w kwietniu leżała na palach i próbują zamknąć mi gębę legalizacją pomostu. Rama stąd, że sąsiedzi się wycwanili i by obejść prawo wodne zezwalające każdemu na korzystanie z pomostu, skoro jest on na stałe umocowany w jeziorze, ostatnio wtaczali na ramę ruchomą część pomostu na czas swojego pobytu, natomiast gdy byli nieobecni (a na ogół są nieobecni), część drewniana na rolkach chowana była pod częścią nadziemną. A my przez większą część czasu byliśmy zmuszeni znosić ohydę na jeziorze. Na szczęście dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi zostali odesłani z kwitkiem, czyli z poleceniem wykonania ekspertyzy ekologiczno-przyrodniczej w związku z tym, że brzeg jeziora należy do obszaru Natura 2000. Oprócz natury i zimorodka, który sobie głowę o molo rozbija, my też mamy mocne argumenty, nie jesteśmy jednak zbyt dobrej myśli, bo swego czasu sąsiad zapowiedział, że pomost i tak zrobi, niezależnie od decyzji - stać go na bycie sądzonym i płacenie kar i nie po to kupił dom nad jeziorem, żeby nie mieć pomostu. No comments.

I tak przy tej okazji myślę sobie, że człowiek niby żyje we względnym spokoju, ale nie zna dnia ni godziny. Nie tylko dlatego, że śmierć i choroby własne i bliskich nikogo nie omijają. Oczywiście człowiek, który coś w życiu ma, w coś zainwestował (i nie chodzi o kasę, choć o to też) i na czymś mu zależy. Wtedy jest bezbronny. Chyba że zamieszka na bezludnej wyspie i kupi ją całą na własność. Ale i wtedy jakiś sputnik mogą mu zawiesić nad głową albo na dnie morza elektrownię atomową umieścić;) Współczuję ogromnie tym, którym postawią pod nosem wiatraki-giganty, albo spalarnię śmieci, albo antenę telefonii komórkowej… Z drugiej strony każdy chce mieć dobry zasięg w telefonie i śmigać po autostradach. Więc na kogoś musi wypaść, bęc.

np. blaszany garaż przyklejony do popeerelowskiej zlewni mleka, jako widok z górki (mam nadzieję, że to budowla tymczasowa, choć jak wiadomo, prowizorki są najtrwalsze:()

Nie pozostaje nic innego, jak korzystać z tego co się ma, póki się da. (Napisała Ania, która ciągle w coś inwestuje i nie wiadomo czy starczy jej czasu na cieszenie się;))

Burasek korzysta:) (w wypielonym ogródku na górce)

A poza tym wróciłam z Warszawy nocnym autobusem z niedzieli na poniedziałek po kolejnych pierepałkach z Przedsiębiorstwem „Polonus”. Znowu postałam sobie nie po tej stronie dworca Warszawa Wschodnia i pomachałam autobusowi, który nie zajeżdżając po mnie skręcił w ulicę Markowską, by udać się beze mnie w stronę Gołdapi. Sprawdzałam przed wyjściem z domu w internecie i jak wół było, że odjeżdża z Kijowskiej, Robert sprawdzał, gdy zaniepokojona zadzwoniłam do niego, gdy PKS się spóźniał i wg strony internetowej Polonusa nadal stałam gdzie trzeba. Ale gdy Robert z Zawad zadzwonił do dyspozytora ruchu, okazało się, że właśnie zmienili przystanek, bo oddali do użytku piękny dworzec autobusowy na ulicy Lubelskiej ale zapomnieli poinformować o tym internautów. Rzeczywiście piękny, tylko co z tego. No tylko tyle, że odprowadzający mnie Gucio z Magdą pooglądał pociągi, a ja mogłam z nim spędzić popołudnie.

Z okazji Dnia Dziecka oczywiście były prezenty, ale najbardziej ekscytujący - złomek (dla niedouczonych - samochód z jednej z kreskówek) zdalnie sterowany pilotem. Gucio przełamuje swoje opory, gdyż do tej pory samojezdne pojazdy burzyły jego potrzebę kontroli. Pilot najwyraźniej jest rozwiązaniem, które akceptuje:)

No i od następnego razu ze spokojem udam się na przystanek z pewnością, że go już nie przestawią! No i bilet mogę kupić nie na drugim krańcu Warszawy! I przyjedzie po mnie!!! A że zarwałam noc i rano przed pracą do 21.00 w Olecku w pospiechu kończyłam sprzątanie pokoju na przyjazd gości (bo przed wyjazdem nie zdążyłam), przy tym wszystkim mało ważne. Ale goście nie przyjechali i chyba naprawdę zaczniemy prowadzić czarną listę. Zarezerwowali dwójkę od poniedziałku do niedzieli, pani niby miała kłopoty z internetem, dlatego prosiła o nr konta esemesem, gdy zaliczka nie doszła do soboty, w niedzielę Robert zadzwonił, by upewnić się czy przyjadą, bo ustawiła się kolejka do dwójki, pani powiedziała, że tak, ja poinformowałam czekających, żeby sobie znaleźli inny pensjonacik, a tu gości ani widu ani słychu do tej pory, oczywiście rzekomej zaliczki również, ani me, ani be, ani kukuryku przez telefon, żadnego przepraszam ani wiadomości. Tak a propos „nie znacie dnia ni godziny”.

padły nam obie kosiarki, na szczęście poczciwina ciągana po wstawieniu nowego ostrza kosi jak szatan i na przyjazd gości wynurzyliśmy się z trawy i dmuchawców

Szczęście w nieszczęściu w kolejce stał też Zenuś i modlił się, by dwójkowi goście nie dojechali i jak widać ma chłopak moc! Szybko otarł nasze łzy po stracie, zresztą zupełnie niepotrzebne, bo tylko dziś Robert odebrał cztery telefony z pytaniem, czy mamy wolne pokoje na ten weekend. Tyle, że zamiast od wczoraj, mamy full od czwartku. A propos czarnej listy, z okazji gości w apartamencie przestawialiśmy łóżka w duble-room i po odsunięciu pojedynczych od ściany ukazały się resztki pobytu panów syfiarzy z kwietnia. Górka usypanych łupin od słonecznika za nogą łóżka (ktoś świadomie ją tam długo usypywał) i jakąś lepką, obowiązkowo czerwoną cieczą przyklejony do podłogi pod drugim łóżkiem kabel od lampki.

No i kiedy ta wiosna?? Przecież zaraz lato, a jezioro nie do użytku dla normalnych ludzi. Mój sezon pływacki kurczy się w zastraszającym tempie! Nasze ekologiczne łąki zarośnięte, tak że nawet psy uszu naszego zająca (ma rewir facet na trasie psich spacerów) nie widzą i szarak bezpiecznie popyla w dal, tylko Lodzia jak zwykle, gdy go zwęszy, nie może sobie darować i bez kontaktu z rzeczywistością biega godzinami po okolicy, gdy reszta dawno już w domu. Wróciły do nas łubiny i to jedyne,

no może poza piękną, skończoną kuchnią kaflową (więcej kuchni na stosownej, domkowej stronie ),

co rozgrzewa serca i pociesza po uwagach typu „no nie wiem, jak pan chce zdążyć z tym domkiem na lipiec?”;)

Jeszcze bym coś napisała, ale pora na kolację i męża z budowy przywołać.

Komentarze

Ewa U., 2012/06/07 10:37
Się zdąży, jak z autostradą z Łodzi do Warszawy! Na widok pieca zżera mnie zazdrość, swój musiałam wywalić. Dzisiaj myślę, że może pochopnie.
Coś dwa lata temu mieliśmy w ogrodzie zająca rezydenta Henrykiem zwanego i psa Hukałę (już na tęczowych łąkach). Hukała był mały, niewiele większy od zająca, więc go nie widział w trawie, tylko czuł. Całymi dniami ganiał w amoku, nie jadł i nie pił. Uspokajał się dopiero w domu - o ile udawało się go odłowić). Zając kompletnie nic sobie z tego nie robił, późnym latem zniknął, mam nadzieję, że znalazł sobie jakieś inne, fajne miejsce.
Pozdrawiam
ania, 2012/06/07 11:11
To by stanowili z Lodzią zgraną parę - choć rozdzielną w amoku:)
OLQA, 2012/06/07 13:22
piękny piec, czyli kuchnia i na pewno zdążycie! a łubinów zazdroszczę bo u nas jakoś nie chcą się przyjąć, choć nie wymagające:)
ania, 2012/06/07 13:43
Bo łubiny jak same nie zechcą, to nie będą. Ja kiedyś przesadzałam do ogrodu z łąki, gdzie rosną dziko, ale długo nie pobyły.
Egretta, 2012/06/16 22:21
Pięknie (to a'propos łubinów), życiowo (odnośnie niedojechanych gości )i swojsko (w związku ze zmianą przystanku autobusowego). Pochwalę się przy tej okazji, że w czwartek zostałam równie szczęśliwą co oszołomioną BABCIĄ!!! Pozdrawiam ciepło
ania, 2012/06/16 22:29
Witaj w klubie!:)
Monika, North Carolina, 2012/07/01 16:20
Te lubiny sa jak z bajki, albo lepiej - z krolewskiego ogrodu botanicznego.
Skomentuj:
VOJVJ
 
 
swiatowy_dzien_ochrony_srodowiska.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 18:19 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika