25 października 2013

Szelma z Modelkiem i Mrówcią

24 października był jednym z tych dni, które mogłyby nie istnieć.

Prawdę mówiąc nie chce mi się, ale dopytujecie tu i tam, więc piszę.
Wczoraj nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Zmienianie biegu spraw było do końca specjalnością Szelmy.
Robert pojechał do Ełku na prześwietlenie kota, a wrócił z martwym. I wcale go nie uśpił. Kot umarł na stole u weterynarza. A ja w tym czasie pracowałam i tylko w przerwach docierały do mnie coraz to gorsze wieści.
Oszczędzę Wam zdjęcia rentgenowskiego, jest straszne. Nie tylko dlatego, że kręgosłup jest przemieszczony, jeden krąg nachodzi na drugi i Szelma nie miała żadnych szans na chodzenie. Do do tego cała kicia wypełniona była pęcherzem moczowym rozciągniętym do granic możliwości. Bo to wcale nie był wzdęty brzuch od gazów, tylko właśnie od moczu. W Ełku Robert na wiadomość, że Szelma nigdy chodzić nie będzie i trzeba by było dwa razy dziennie ją cewnikować, wiedział, co to oznacza, ale chciał jeszcze ją przywieźć do domu, żebyśmy się pożegnali i uśpili ją razem. W tym celu zdecydował ulżyć kici i uwolnić ją od pękatego brzuszka. Ale zwieracz zacisnął się tak, że nie tylko nie można było moczu wycisnąć, ale nawet cewnikować. Cewnikowali ją prawie 3 godziny i nic. Dopiero jak wbito igłę w brzuch bezpośrednio do pęcherza, udało się spuścić mocz. W karcie jest napisane, że spuszczono prawie 1,5 litra! Nie wiem jak to się w biedulce zmieściło, na szczęście nie czuła tego, nie bolało ją. Ale im pęcherz był mniejszy i coraz mniej uciskał na nerwy i naczynia krwionośne, tym z kicią było coraz gorzej. Nastąpił obrzęk mózgu, serce i oddech w końcu ustały. Szelma umarła o 18.30. I jeśli jest jakieś niebo czy raj, to ja chrzanię raj dla ludzi. Ludzie na raj nie zasługują. Poproszę o raj dla zwierząt.

Robert przywiózł Szelmusię do domu a dziś rano pochowaliśmy ją obok Modelka i Mrówci. Ma swój różowy kamień.

I może to dla kogoś śmieszne, że płaczemy po dzikim kocie, który był z nami 2 tygodnie. Jeśli tak, to niech stąd spada i nigdy nie wraca. Szelma była taka kochana. Gdy Robert wyjechał remontować, wyjęłam ją z pudła i leżała sobie pod piecem, domagała się pieszczot, wyciągała głowę, by ocierać się o moją twarz. Gdy była u nas Kinga z Andrzejem, wdzięczyła się do nich. Psy ją odwiedzały i wąchały, a ona się w ogóle nie bała. Koty raczej się bały, czuły chorobę. Kicia ruszała nogami, bo zostało w rdzeniu jakieś połączenie ruchowe, ale czuciowego nie było. Dlatego też przestało działać wypróżnianie pęcherza a zwieracz zacisnął się. Weterynarz w Ełku twierdziła, że Szelma miała 2 lata sądząc po kamieniu nazębnym, tylko taka była malutka. I pomyśleć, że jeszcze w poniedziałek wieczorem była u weterynarz w Olecku i wszystko wskazywało, że idzie ku dobremu. Nauczka jest z tego taka - NIE LECZYĆ KOTA BEZ PEŁNEJ DIAGNOSTYKI! Bez rentgena, USG, analiz nie ma sensu. Gdybym nie musiała jechać do Warszawy, a potem Robert, gdybyśmy od razu po znalezieniu Szelmy zawieźli ją do Ełku, wszystko byłoby jasne i nikt by nie cierpiał. Ale znowu pojawia się pytanie czemu tak się stało. Może tak, jak pisze Dorota: „dobrze że chociaż trochę ciepełka i dobroci na koniec życia zaznała”. Może po nic, bo taka kolej życia, żyjemy od straty do straty, raz mniejszej, raz bardzo dużej. W dodatku jest dokładnie 10 rocznica śmierci mojego taty i zaraz Dzień Zmarłych. A w naszym ogrodzie coraz większy cmentarz…

Niewykorzystane leki ogłosiłam na dogomanii i na FB. Już się ktoś zgłosił.
I dziękuję Wam za wszystkie wpisy tu i na fejsbuku.

Komentarze

ola z Katowic, 2013/10/25 13:12
Nie wyobrażam sobie nieba bez mojego Aliena, chce tylko tam, gdzie wreszcie ktoś mnie zapewni, że po śmierci zwierzęta mają swój raj!!! A w tym raju Aniu Ty i Robert!
Monika, North Carolina, 2013/10/25 13:18
O Boze... Przypominam sobie dzis umieranie mojego kotka Lucky...
k., 2013/10/25 17:25
Ja ją znałam 2 dni i płaczę z Wami :-(
Ewa U., 2013/10/25 23:08
Bałam się tego wpisu. Patrzę na mojego kociaka i zastanawiam się, co stało się z jego rodzeństwem? Z kocią mamą? Jakie cierpienie stało się ich udziałem? I co przeszedł, zanim go znaleźliśmy? Trudno mi wtedy cieszyć się w pełni tym maluszkiem. I myślę o wszystkich moich zwierzętach, które odeszły zbyt szybko.
Jeśli miałabym trafić do raju z tymi samymi ludźmi, którzy robią to swoim zwierzętom, to i ja się wypisuję. Wolę smażyć się w piekle. Przynajmniej wiadomo z grubsza, czego się można spodziewać.
Monika, North Carolina, 2013/10/27 04:46
Dziwne to... Wracam chyba po raz 10-ty do tego niusa.
Chce znow sie dowiedziec, ze Szelma byla zadbana, kochana, dogladana, tulona, glaskana, pieszczona.
I wiesz, Aniu, JAKKOLWIEK TO ZABRZMI... Jestem pewna, ze to jest Twoj jeden z lepszych, tzn. lepiej napisanych, (albo lepiej czytajacych sie) niusow?
Dziekujmy losowi i Wam, ze moglismy tu poznac i pokochac Szelme. I ze moglismy wszyscy tu razem po niej troche poplakac.
ania, 2013/10/27 10:37
Dzięki Monika. Ale chyba "czytający się";) Bo napisany jest z błędami stylistycznymi czy też gramatycznymi, których celowo nie poprawiałam. Bo jak się pisze w emocjach, to w emocjach.
Egretta, 2013/11/04 18:58
Nie ma nic smiesznego w przywiązaniu do chorego zwierzęcia, nawet jeśli jest z nami tylko kilka dni. Też kiedyś mielismy takiego małego chorowitka, był z nami tylko tydzień i przez ten tydzień przywiązaliśmy się do niego tak jak tylko da się przywiązać do kociaka. Był bodaj najwspanialszym zwierzakiem jaki kiedykolwiek z nami mieszkał. Kiedy odszedł płakał nawet mój Chłop-Twardziel, na którego ramieniu maluch spędzał każdy wieczór mrucząc i tuląc się do szyi. Historia Szelmusi, przypomniała mi wszystkie te emocje. Popłaczę więc sobie troszeczkę jesli pozwolisz Aniu.
ania, 2013/11/06 15:09
Co ja mam do pozwalania;) Ciesze się, że mam takich wrażliwych wirtualnych (i nie tylko) przyjaciół.
Skomentuj:
CFZEI
 
 
szelma_z_modelkiem_i_mrowcia.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/25 12:58 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika