7 lipca 2018

Szukamy właściwego psa a Gustaw ma 9 lat

Poza tym znowu upłynęło mnóstwo czasu, tyyyyyle się działo, zdjęć nazbierało, że trudno zasiąść do niusa. Wczoraj popełniłam oddzielny zaległy nius o malarskim plenerze , oddzielny, bo zamierzam go wstawić na stronę z warsztatami. Więc o plenerze tu już nie będzie, za to o wycieczce łotewskich farmerów.
Farmerzy wpadli do nas 28 czerwca i trafili akurat na warsztaty ze szkliwienia kafelków dla malarek. Panie malarki poszkliwiły każda po jednym kafelku, a fermerzy im patrzyli na ręce,

obeszli siedlisko, wpadli do galerii, napili się muszynianki i pojechali. Z całej wycieczki tylko przewodniczka mówiła w ludzkim języku;) bo łotewski to taki sam nieludzki jak polski. Więcej łotewskiej wycieczki w albumie Wycieczka farmerów z Łotwy

dostaliśmy prezenty, w tym dzwonek do kolekcji na ganek

Pogoda się zbiesiła zaraz po ostatnim niusie, z utęsknieniem czekaliśmy na deszcz, ale najpierw tylko się kłębiło:

więcej chmur w albumie Festiwal chmur

Deszcz spadł 2 lipca. Dwa dni popadało, akurat jak wymienił się turnus, co przemilczę, znaczy wymianę turnusu dzień po dniu w obu domach. Dom podtulipanowy sprzątaliśmy sami, znaczy ja a Robert głównie naprawiał. Tak mnie potem wszystko bolało, że nawet leżeć nie mogłam. Nasza pomoc miała córkę w szpitalu. Nigdy więcej! Za stara jestem na takie numery!

Ptysio mimo deszczu chodził z nami!

także nad rzekę,

gdzie raz spotkaliśmy łosia, ale jak zwykle musicie mi wierzyć na słowo:)

Nad rzeką Lodzia raz znowu zginęła, na szczęście na krótko, ale miałam możliwość się przekonać, że Lodzia jest już całkiem głucha. No, z bliska jeszcze coś słyszy, ale nie słyszy, jak wracam z pracy, jak wołam na michę i w ogóle. W czasie poszukiwań okazało się, że i ona nas szuka, przebiegła blisko i nie usłyszała, że wołam. Dopiero gdy podbiegłam do niej, ucieszyła się, że nas widzi.

zdjęcie z poszukiwań

a więcej zdjęć ze spaceru nad rzeką Mazurką w albumie W dolinie rzeki

a potem na spacery zaczął z nami chodzić Jaś, który przyjechał z Australii

Poza tym mam dwie zaległe zgaduj zgadule, których nikt nie odgadł.

nie zgadliście, czym jest ta żerdź, choć podpowiadałam, że w tym miejscu były kiedyś wrota

W drewnianych słupach obramowujących bramę do stodoły do tej pory są specjalne zagłębienia, w które tę belkę się wkłada. Gdy były wrota, ich skrzydła przymocowywano do tej żerdzi, dzięki czemu można je było zamknąć tak, by ich wiatr nie wyrwał.

A potem nie zgadliście, co wysiadywał Robert.

wysiadywał listwy wieńczące dzieło, bo nowe wiatrowniczki to już widzieliście

Muszę też wspomnieć o mistrzostwach świata w piłce kopanej. Wprawdzie nie oglądam, czasem parę minut, bo Robert i owszem. Pod tulipanem musieliśmy wstawić telewizor, bo starsze panie, mamy państwa z Australii, okazały się kibickami:)

Z okazji występów polskiej reprezentacji próbowałam Wam ukoić nerwy Misio-Ptysiami.

Misio nawet ćwiczył jogę;)

A ja, jak typowa emerytka, pasjonuję się ostatnio swoimi kwiatkami i warzywami:)

stan kwiecia z 30 czerwca

i z dziś

nasze dalie pod bramą dziś właśnie rozkwitły

i zebrane pod Domkiem wszystkie dwa kalafiory takie nieco rozlazłe;)

Codziennie prawie, jak jest czas, by przygotować ciepłe danie, jemy cukinie i mangold. Sałata u nas w skrzyni już tylko na nasiona:) ale na górce wciąż pobieramy świeżą.

Oprócz tego dalej edukuję w sprawie zaskrońców. Ludzie, to bardzo pożyteczny, niejadowity wąż! A wy dalej się go boicie… Jest kompletnie bezbronny. Mnóstwo ich rozjeżdżanych jest na polnych drogach :( Złapany tylko smrodem umie atakować!

Jeszcze mieliśmy akcję „osy” podczas zakładania wiatrownic na stodole.

przy okazji wymienione zostały pazdury, słynne kaczki, które dawno temu obszczekiwał Pieso :)

Gniazdo było pod dachówką na domku ogrodnika. Robert w stroju przeciwszerszeniowym gniazdo wyniósł pod sosnę.

Przy okazji edukuję w sprawie piskląt! Opowiem historię pierdziakiewicza, któremu zdjęcia nie zrobiłam przekonana, że i tak umrze, więc po co ma mi być potem przykro patrząc na fotografię. Robert mało nie rozjechał go na drodze do nas. Pierdziakiewicz leżał na ziemi, wyglądał jak ledwo wykluty, więc Robert wsadził go do kapelusza, a że czasu akurat nie miał, w kapeluszu zaniósł do pingpongowni. Ja sprzątałam wiatę i słyszę, że jakieś pisklaki drą gębę pod dachem nade mną, więc wpadłam na genialny pomysł, by pierdziakiewicza komuś podrzucić do gniazda. Robert poszedł po niego na strych, a ten zamiast na stole pingpongowym w kapeluszu, siedział w oknie i nadawał. To nie w gnieździe jakieś ptaki gadały, tylko on wzywał matkę! Więc czym prędzej pierdziakiewicza do samochodu i w to miejsce, gdzie znaleziony, tylko w krzaki. Nie minęła minuta, gdy przyleciała matka (jak się okazało piegża) i zaczęła karmić. Tak więc nie zbierajcie piskląt z ziemi! Odsuńcie się i sprawdźcie, czy matki nie ma w pobliżu. Raczej jest. A pierdziakiewicze często wyglądają na dużo młodsze, niż są w rzeczywistości!

à propos pingpongowni, zawisł dywan, by piłeczki nie ginęły w czeluściach strychowych:)

nasz pierdziakiewicz Czarliś dostał kosteczkę w dość fallicznej formie ;) taką samą dostała Lodzia i już ją ponadgryzała, bo jak wiadomo Lodzi zabawki służą do rozdrabniania, a nie do zabawy. Ale te fallusy są dość odporne, więc Czarli wciąż ma swojego i dzięki temu nie robi w kocyku tylu dziur

a poza tym luzik

Ja za to za tydzień nareszcie mam urlop od pracy głównej!

trudno się skupić, gdy za oknem takie obrazki:)

Do rozprawy, na którą byłam pozwana, a która się nie odbyła, wracać nie będę, nowa kamera podgląda nas gorzej niż stara, bo ze szczytu latarni i nie można jej na głowę nic włożyć, teraz tylko znad ulistnionych, nasadzonych na brzegu wierzb energetycznych, ale jak stracą liście, będziemy jak na patelni. Robert ma rozprawę w środę rano. O zniszczenie furtki, która, po byciu rzuconą na glebę, tego samego dnia wisiała na miejscu w takiej samej kondycji, jak przed. I chyba jeszcze o coś. Nie powiem, co czuję i myślę w związku z, nie napiszę czym, choć mam ochotę wielką nazwać sprawy po imieniu, ale się domyślcie. Bo nie mamy co robić, zwłaszcza teraz, tylko jeździć do sądu.

stan jehowskiej kupy niezmienny

za to nie ma tego złego… sąsiedzka paranoja, przez którą sobie płot za płotem wstawili, sprawia, że światła z ich posesji nie są już tak dokuczliwe, chociaż nie wiem, jak będzie, gdy liści nie będzie.

To tyle o naszych ulubionych świadkach jehowy.

Przejdźmy do rzeczy najważniejszych.
Pierwsza. Parę dni temu wstawiłam ogłoszenie na FB. I się zaczęło… Telefony, mejle, wiadomości na priv… tyle psów w potrzebie, a możemy wziąć tylko jednego i to bardzo konkretnego.

Nasz faworyt, Misiek, znaleziony w majówkę przez ludzi z działką na Mazurach, mający czas do końca sierpnia (wtedy miał iść do schroniska), bo mieszkają w bloku z dwoma psami, odpadł. Pani napisała, że jednak nie odda Miśka, już sobie bez niego życia nie wyobraża;)

w ten sposób Misiek szybciej dostał wakat

taki szczyl w schronisku pod Kętrzynem prawie skradł nam serca, ale trochę się boimy o koty, bo ma w oczach kurwiki

w sprawie Roriego, psiego ideału, już byłam umówiona, że go znajoma mająca go na tymczasie przywiezie i sprawdzi, czy Rori chce u nas zostać. Następnego dnia rano przyszedł sms o tragedii. Jedna z suk w tym domu zagryzła najmniejszego psa w stadzie. Po ośmiu latach coś jej odbiło :( Tak więc Rori z pewnością zajmie miejsce biedaka.

Myślimy o Maniusiu z Płocka, ale na razie czekamy na telefon z fundacji, do której się zgłosiłam po prośbie Gustawa, że chciałby labradora, oczywiście jakiegoś biednego z odzysku. Bo prawda jest taka, że normalny (są i nienormalne:)) labrador spełniałby wszystkie warunki. Chodzi o zrównoważenie, bycie przyjaznym dla dzieci i kotów i wystarczająco dużym, by Czarli się uspokoił (Czarli kocha labradory!). A że nie mamy już siły do chorób, świrów i śmierci, musi być normalny i dość młody. Czuję się podle z tymi wymaganiami, bo pies to nie rękawiczki. Ale z drugiej strony musimy być odpowiedzialni jako właściciele agroturystyki i dziadkowie, a umęczeni opieką nad naszymi zwierzakami ostatnio, pragniemy odpoczynku.
Więc na razie czekamy.

Druga. Urodziny Gustawa. Wczoraj skończył 9 lat! Jak zwykle w lipcu są w Prowansji i jak zwykle w drodze zwiedzali świat.

to jak wiadomo nie Rio de Janeiro ;)

w Belinie pod muralem Thierry'ego Noir'a na murze berlińskim

przy okazji piękne zdjęcie Kseni w Berlinie

w Holandii na kanale

A na koniec pochwalmy Gustawa, który skończył 3 klasę jako uczeń wzorowy, jak widać jedyny w klasie z chłopaków:) Biorąc pod uwagę, że całymi dniami kopie piłkę, a lekcje odrabia na podłodze w przelocie, wynik niezły.

Dziewięć lat… zaraz będzie zdawał maturę… ;)

Komentarze

Monika, North Carolina, 2018/07/08 11:41
No nie przesadzajmy - do matury jeszcze jest troche czasu. Ale wnuki Wam pieknie rosna, niezmiennie, nic wiec dziwnego, ze dziadki maja powod do dumy. Gratuluje.
Ksenia w Berlinie - znam to miejsce. Magia.
Zycze Wam pieknego szczeniaka ze schroniska. I zeby te cholerne Jehowy wreszcie sie przestaly zrec w sadach.
ania, 2018/07/08 21:25
Przypomnę Ci to za kolejne 9 lat, ani się spostrzeżesz, jak miną!
ola z Katowic, 2018/07/15 19:01
Gustaw super uczeń, gratuluję z całego serca! Ksenia przecudna!
Skomentuj:
ZLGTR
 
 
szukamy_wlasciwego_psa_a_gustaw_ma_9_lat.txt · ostatnio zmienione: 2018/07/12 18:50 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika