22 maja 2012

Tłuste myszki w kocim niebie dla Mrówci

Dziś w nocy myślałam, że tytuł będzie inny. „Mrówka odeszła” i pod spodem miało być „i to wcale nie eufemizm”. Gdy budziłam się co i raz, z nadzieją spoglądałam na nasze łóżko w nogach, gdzie zdarzało się, że Mrówka kładła się po powrocie z nocnej eskapady. Niestety nie było jej tam. Do 7 rano bałam się, że już nigdy jej nie zobaczę, tylko po sianokosach znajdziemy szkielecik. Myśleliśmy, choć ja jakoś nie do końca, że Mrówcia jest jednym z tych kotów, co idą umrzeć do lasu. Że zaszyła się mając dosyć naszego utrzymywania jej przy życiu.

Od trzech dni nie jadła kompletnie nic. Wypluwała pokarm wciskany na siłę i walczyła resztką sił przy karmieniu. W sobotę jeszcze zamówiłam u weterynarz jedzenie dla rekonwalescentów do podawania strzykawką, bo skończyło się, ale już wtedy myślałam, że pewnie zostanie dla następnego zwierzaka w potrzebie.
Z kolei wczoraj w nocy obudziłam się o 2.30 i kotki już nie było (zazwyczaj wychodziła tuż przed świtem, czyli tuż przed Lodzią). Było ciemno, więc nie miałam co iść szukać. Gdy Robertowi zadzwonił budzik o 6.30, poprosiłam, żeby przed wyjściem na górkę ją znalazł, na co on, że przecież kot jest na łóżku. Mrówcia sama wróciła przez kocie okienko w piwnicy po kilku godzinach w trawie - była na wylot mokra. Stąd moja nadzieja, że znowu jakimś cudem wróci.

Pospała i znowu wyruszyła w świat, choć widok, jak chodzi, chwytał za serce. Ostatnio chodziła nad jezioro i tam kładła się blisko wody, żeby móc w każdej chwili się napić. Gdy poszłam po nią, spotkałam ją wracającą, ale jakąś dziwną. Jedno oko zaszło bielmem. Potem poszłam do pracy i została z Robertem. Kosił nad jeziorem a ona tam sobie siedziała, potem zmasakrował traktorek (niestety, nadaje się do amerykańskich trawników przed Białym Domem, a nie do zawadzkich), poszedł przy nim grzebać, gdy wrócił po Mrówkę, już jej nie było. Ostatni raz widział ją o 18.00 i od tamtej pory jej szukał, potem szukaliśmy razem, gdy wróciłam z Olecka. Zajrzeliśmy w każdy podejrzany kąt i zakamarek łącznie z posesją sąsiadów, zeszliśmy drogę wzdłuż i wszerz i wszystkie mniej zatrawione miejsca, bo kicia unikała wchodzenia w wysoką trawę.

A w końcu przeczesywaliśmy i zarośla w poszukiwaniu martwego kota - myśleliśmy, że weszła w trawę by umrzeć w spokoju, ewentualnie podejrzewaliśmy, że gdzieś przycupnęła pod krzaczkiem i wyzionęła ducha. O północy wzięłam Lodzię na smycz jako najbardziej napaloną na zwierzynę ale wciągnęła mnie w takie chaszcze, że raczej nie Mrówcię miała na myśli. O pierwszej w nocy zrezygnowaliśmy pogodzeni, że to koniec… a o 7 rano Robert położył mi kota przy głowie na łóżku - zadzwoniła pani Wanda, która pilnuje posesji sąsiadów, zaalarmowana poprzedniego wieczoru, że Mrówka siedzi u niej na środku podwórka. Kitka nie tknęła jedzenia, próbowała chłeptać mleko bez powodzenia, w końcu przeszła do wody, ale wyraźnie miała problem z połykaniem. Robert wtedy powiedział: ona już chyba nie jest szczęśliwym kotem, zwłaszcza po takiej nocy. Gdy tylko wypadało, zadzwoniłam do weterynarz odwołać pokarm. Kicia ledwo dychała po tej nocy spędzonej na dworze. Dobrze, że po raz pierwszy było ciepło ale mokro jak zawsze w nocy po upalnym dniu.

Wyglądała okropnie. Zabielmione oko wybałuszyło się jakby zaraz miało eksplodować a na szkieletorku futerko już odstawało. Namówiliśmy się z Robertem, że basta, trzeba kota zostawić w spokoju i dać mu umrzeć. A że trudno patrzeć jak kot umiera z głodu i znowu szukać go po nocy, żeby miał godną śmierć a nie samotnie w mokrej trawie, postanowiliśmy pomóc Mrówci rozstać się ze światem. Odmawiając pokarm podzieliłam się z panią dr, że chyba pora nadeszła, ale wolałabym Mrówki przed śmiercią nie męczyć jeżdżeniem do gabinetu. Weterynarz bez problemu zgodziła się przyjechać, umówiłyśmy się po mojej pracy. Myślicie, że po tej nocy kot długo spał? Gdy szykowałam się do wyjścia, znowu włączył jej się szwędacz. Ale Robert wziął 4 godziny urlopu, żeby pobyć z kicią, w końcu to był najbardziej jego kot, zawsze na nim się kładła, gdy tylko przechodził do pozycji horyzontalnej.

Robert chodził za Mrówką, a ona co i rusz kładła się z braku sił. Gdy doszła do jeziora, przewróciła się na bok i znowu przez moment wyglądała jak szczęśliwa kicia. Siedzieli sobie razem na plaży, potem Mrówcia dała znać, że chce do domu, więc zaniósł ją, a zaraz potem przyjechałyśmy z weterynarz. Mrówcia dostała zastrzyk na naszym łóżku, tam gdzie leżała i gdzie spędziła ponad połowę życia. Głaskaliśmy ją, ona cichutko mruczała i krok po kroczku przenosiła się na tamten świat. Na koniec wydała 3 ostatnie tchnienia. I taki to był w miarę szczęśliwy po koszmarnej nocy ostatni dzień Mróweczki.

Pieso sprawdza, co jest w całunie

A potem ją pochowaliśmy koło Modelusia, na miejscu świerczka, który przez zimę usechł (sądząc po ilości kretowisk wokół niego, załatwiły go krety).

pod kamieniem bez lampki

I tak Różowy Nosek wyłowiona z rzeczki w foliowej torebce, przez pierwszy rok żyjąca z siostrą u naszych sąsiadów w szkole, a przez kolejne 13 lat z nami (historia Mrówci w niusie o naszych zwierzakach ), jest już w kocim niebie, gdzie ma święty spokój, nikt jej na siłę nie faszeruje i nie każe łykać leków, nic jej nie boli, nie musi znosić ślepoty i przykurczów nóżek - czy to nie jest niebo dla chorego od 3 miesięcy kota?

:mrowa.jpg Mrówka po pół roku z nami

A na koniec wspomnienie Darka o Mrówci z czasów, gdy wieki temu pilnował naszego domu (to były czasy, jeszcze mogliśmy się stąd razem ruszyć;)):
Nie było jeszcze wtedy u Was żadnych psów, tylko koty, spałem na podłodze, rano Mrówka przynosiła myszy czy raczej norniki i chrupała je tuż koło mojego ucha. Przynosiła jednego za drugim, w końcu dzieliła się z innymi, z nornika zostawała tylko wątroba przyklejona do podłogi. Ale nie jestem pewien czy już była wtedy Pumka, czy tylko Wilkuś. Mnie wychodzi, że w tym roku kończyłaby 14 lat.

A zdjęcia tylko z dobrych czasów:

Z przyjacielem Wilkusiem:

koty_dwa2.jpegkoty_dwa3.jpegkoty1.jpeg

z piesami w różnych konfiguracjach:

a w tym koszyku na drewno, wysłanym kocykiem, często spała w czasie choroby (tu zdjęcie z momentu, gdy padł nam piec w łazience i grzaliśmy robotniczą kozą)

I ostatni raz wszyscy razem:(

Komentarze

Monika, North Carolina, 2012/05/23 03:10
Smutny news Mrowkowy. Ale milo, ze miala z Wami ladne kocie zycie. Fajna Mrowka!
Przypomnialo mi to naszego kota Lucky, ktory mial FIV. Jak w przypadku innych kotow - znalazlam go w ruchliwym miescie, posrod pedzacych samochodow, gdy mial chyba ze 4 tyg. Byl niedozywiony, z cala paleta chorob i robactwa. Miescil sie na mojej dloni, byl maluski. Wiercil sie tak po samochodzie, ze dojechalam do domu trzymajac go na brzuchu, bojac sie, by nie spadl mi gdzies pod kierownice. Spedzil z nami piekne 6 lat. Byl chyba najmadrzejszym kotem, jakiego kiedykolwiek mielismy. Bardzo cierpliwy, umial przewidziec nasze dzialanie, uprzedzal nasze kroki. Niestety - duzo chorowal, byl b. slabowity, czesto mial katar, kichal, kaszlal, nie jadl zbyt duzo i dobrze... Chorowal ostro ze 3 tyg. Umarl nam na rekach, glaskany, gdy mowilismy do niego, ze go kochamy.
Aurela, 2012/05/23 06:22
Mrówka miała dużo szczęścia trafiając do was w swoim kocim życiu:)trzymajcie się:)
Tess, 2012/05/23 08:42
Kochani, strasznie mi przykro. Dobrze wiem, jak to jest patrzeć na powolne odchodzenie kochanego zwierzaka. Dobrze, że pozwoliliście jej odejść.
Ściskam mocno
Asia
Agnieszka ze skrzyżowania, 2012/05/23 13:42
Sami wiecie, RAJ to ona juz miala u Was. To nie wymaga komentarza. A teraz tez oczywiscie Kotkowe Niebo. Bardzo Was przytulam. Bo jeszcze dlugo bedziecie widziec Jej ogonek tu i tam...

PS Dlatego trzeba dzieciom z Zawad i okolic pokazac, jakie naprawde sa kotki.
ania, 2012/05/23 13:52
Tak, łapię się na tym, że myślę - "trzeba sprawdzić, gdzie Mrówcia". A Robert zanim się dziś na dobre obudził, już patrzył, czy kicia w domu.

W tym roku konkurs dla dzieci o kotkach - koniecznie!
Agnieszka ze skrzyżowania, 2012/05/25 10:27
Dopisek: A ksiądz Jan Twardowski zawsze mówił - wbrew dogmatom - że oczywiście zwierzęta mają duszę. A więc i niebo.
ania, 2012/05/25 10:30
i w dodatku wszystko się zgadza - kocie niebo = mysie piekło;)
Ewa U., 2012/05/25 13:13
A ja tylko płaczę. Zabierają je nam zbyt szybko. Jeśli istnieje gdzieś takie niebo, chciałabym tam pójść po to, żeby spotkać wszystkie moje zwierzaki, które odeszły.

Pozdrawiam
Agnieszka ze skrzyżowania, 2012/05/25 20:15
Do p. Ewy U.: Pani Ewo, proszę się nie martwić. przecież po TAMTEJ stronie pierwsze wybiegną nam na spotkanie właśnie nasze ukochane zwierzaki (ale sie Robert Ani uśmieje, niedowiarek jeden, hi hi). A czas jest, jak wiadomo, pojęciem względnym. Proszę nie płakać, tylko cieszyć się nasyceniem, które nam dały. I którego nikt nam nie odbierze. Pozdrawiam serdecznie.
Agnieszka ze skrzyżowania, 2012/05/25 22:19
PS. A najlepszym remedium na smutki tego rodzaju jest włączenie się w pomoc żywym zwierzakom. Dzis i teraz. Nie szukając daleko - zapraszamy do letniego konkursu na temat kotów. Szczegóły już wkrótce.
I jeszcze dwa obrazki z naszej wsi. Specjalnie dla mieszczuchów.
1. Zobaczcie kiedyś, co NA CO DZIEŃ dostają do jedzenia (w czyściutkich miseczkach na ganku) kotki pani sołtys Danusi Jaworowskiej. Hotel Ritz niech się schowa!
2. Nie zapomnę tego sielskiego obrazka: pora wieczornego dojenia krów. Lato. Kotki u państwa Klausów nie potrzebuja zegarka. Ocierają się o nogi nawet niemal obcym sąsiadom w oczekiwaniu na swoją codzienną porcję mleka. Jeszcze ciepłego (oj, mają lepiej od niejednego z nas!). Ania (której naprawdę nie wiem, jak udaje się utrzymać tak idealną czystość w domu i obejściu) nalewa kociakom ich wieczorny przysmak. Potem już tylko słychać cichutkie, baaaaaardzo zadowolone mlaskanie języczków. Wspaniały odgłos.
Wielu kotom w najbliższej okolicy też dzieje się dobrze. To budujące.
Ale wielu jeszcze nie...
Ewa U., 2012/05/26 10:39
Pani Agnieszko,
Ja to wszystko wiem, ale rozum sobie, a emocje sobie. Wszystkie moje zwierzaki były i są znajdami, sierotkami, przybłędami z traumatyczną przeszłością. Kiedy czasem patrzę na moją Grażynkę (kotka), przypomina się to stworzenie w opłakanym stanie, które szukało czegokolwiek do jedzenia w naszym śmietniku. Z kocim katarem, świerzbowcem, zapaleniem uszu, ranami na brzuszku, naderwanym uchem, właściwie kosteczki obciągnięte skórą, bo sierść też nie była sierścią. Co gorsza wiem, skąd przyszła, stąd od dwóch lat ją ukrywam, chociaż i tak nikt jej nie szukał i nikt się o nią nie upominał, ale znam miejscową, a właściwie polską mentalność z poczuciem własności własnej, bo przecież nie cudzej. Chociaż dzisiaj nikt nie rozpoznałby w niej tamtej nędzy. Patrzę na nią i rozpacz mnie ogarnia, bo widzę (zwłaszcza o tej porze roku) te kocięta i szczenięta pałętające się po wsi, nie widomo czyje, puszczone samopas, żeby się gdzieś używiły. Jeśli przeżyją, w najlepszym razie resztę życia (krótką) spędzą na łańcuchu. Wiem, że nie wszędzie tak jest, wiem, że jest mnóstwo ludzi takich jak Pani i Ania, ale wiem też, że zwierząt krzywdzonych przez człowieka jest zdecydowanie więcej. W mojej wsi (19 domów) nie ma ani jednego, przy którym nie byłoby psa przy dziurawej (80% przypadków) budzie na krótkim łańcuchu. Do tego dochodzą te mniejsze, chodzące po wsi luzem (szczęściarze), za to rozmnażające się przynajmniej dwa razy w roku. O kotach nie mówię, bo one traktowane są jak robactwo, jak muchy, które po prostu są, szybko umierają, ale tego nikt nie zauważa, bo rodzą się nowe. Może w większych skupiskach ludzi dzieje się lepiej i więcej można zrobić. A może tylko bardziej to widać. W mojej wsi nie ma z kim gadać, patrzą na mnie jak na dziwadło, taką, co to wzięła się z miasta i nic o życiu nie wie. Mogę działać doraźnie, tzn. tu dokarmić, tam wymusić postawienie budy w cieniu i tyle. Pewnie źle się za to zabrałam. Sołtys, od którego możnaby zacząć, sam ma dwa psy na łańcuchach, a pies wójta spędza życie w kojcu metr na metr. Musiałabym odciąć sobie emocje, pewnie byłabym skuteczniejsza. Mam za dużo "zwierzęcej" empatii.
Nie wyobrażam sobie życia bez zwierząt, tak bardzo wzbogacają nasze życie. Jednak żal po stracie jest bardziej niż dojmujący. Tym większy, że wszystkie - mniej, lub bardziej - musiały swoje odcierpieć.
Pozdrawiam
Agnieszka ze skrzyżowania, 2012/05/26 16:48
Pani Ewo! bardzo to wszystko smutne, co Pani pisze. I, niestety, prawdziwe. Nasza pani sołtys i jej mąż szukali swojego zaginionego (tylko kilka godzin go nie było, a biega oczywiście swobodnie) pieska w ten sposób: mąż samochodem, a pani sołtys - na rowerze. Bo nie mogliby usnąć, gdyby się nie znalazł.
Do znajdek człowiek się pewnie bardziej przywiązuje, nasze wszystkie psy braliśmy ze schroniska na Paluchu (na stałe mieszkam w Warszawie), a kotki zostały uratowane z takich opresji (np. jedną leśniczy chciał zabić deską, jak była maleńka), że nikomu nie życzę.
Żyjemy dłużej od zwierzaków, dlatego mamy szansę poznać ich więcej. I pokochać. I cieszyć się tym, że np. każde ma zupełnie inny charakter. To nie tylko fascynujące - nasze życie czasem staje się bardzo ciekawe dzięki nim!
Jakoś mi intuicja mówi, że do Pani przyjdzie jeszcze niejedno włochate ukochanie. Czego Pani z serca życzę i serdecznie pozdrawiam.
OLQA, 2012/05/26 19:50
Niech tam sobie Mrówcia hasa po skoszonej trawce...
Skomentuj:
CLLMG
 
 
tluste_myszki_w_kocim_niebie_dla_mrowci.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:27 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika