1 lutego 2012

Uhuha, uhuha...

Dziś w nocy -22, najzimniej, koło trzydziestu, ma być w piątek nad ranem.

za to piękne zachody słońca różowią nasze łąki

tuje z wiaty zimują w pensjonatowej kuchni, choć tam niewiele cieplej:(

Ale nie takie mrozy przerabialiśmy. Pamiętam, jak Belfegorowi musiałam jajka smarować linomagiem, bo mu skóra na mrozie pękała. Nie mówiąc o pękających rurach. Neuralgicznym miejscem jest przelot rury między ziemią a piwnicą domu. Jeśli woda nie jest często używana, tam właśnie w pierwszej kolejności robi się czop z lodu. Odkąd mieszkamy we dwójkę cały czas, w domu nie ma problemu, ale Robert martwi się o domek na górce. Tam woda tylko w wężu w piwnicy, więc teraz praktycznie nieużywana. W pokoju od zacienionego szczytu rano jest -9. Wszystko przez nieocieplony dach, sufity póki co z jednej płyty karton-gipsu, no i drzwi… szkoda gadać. Zamówiliśmy drzwi jakoś w październiku, a może we wrześniu, w każdym razie miały być za 2 miesiące. Czyli w połowie grudnia już na bank. Po kilku delikatnych interwencjach (póki zima była łagodna, a stukanie taczkami w nowe drzwi - niepożądane) nadeszła pora na prośbę nie do odrzucenia. Pan się kajał i obiecał, że w zeszły piątek wstawią. No a w piątek przyszły mrozy. Pan zadzwonił, że nie da rady. Piana do montowania drzwi wytrzymuje do -10 stopni, a było -10. Nawet gdyby nie piana, trudno wymagać żeby przy -10 ktoś pracował na dworze gołymi rękami. To zresztą nie jedyne drzwi, których nie ma. Inny stolarz robi framugi do… pokoju na wynajem przy moim gabinecie w Olecku. Tak, tak, nic się nie zmieniło, znaczy zmieniło się wiele, ale wciąż nie można zaprosić tam ludzi do oglądania. Framugi do drzwi łazienki, które znalazłam na warszawskim śmietniku, robi… już nie ogarniam. Ostatnia wizyta w zakładzie stolarskim zakończyła się kolejną obietnicą, że już, już, w tym tygodniu… Biorąc pod uwagę ilość drzwi do wstawienia na górce i ilość framug do dorobienia (bo oczywiście drzwi z odzysku bez framug) pora znaleźć nowego stolarza i modlić się, by nie był jak inni. Na pocieszenie zostaje oglądanie Domo, gdzie niezależnie, czy w Kanadzie, czy Anglii, USA czy Australii, to samo - nieprzestrzegający terminów fachowcy, co innego zamówione, co innego przychodzi, niespodziewane niespodzianki budowlane i nagminne przekraczanie budżetu. W każdym razie szczelnych drzwi do domu nie ma, będą jak minie nadkolski wyż, czyli… jedni mówią, że za 2 tygodnie, inni straszą miesiącem.

No to mamy na górce drzwi dziurawe a wewnątrz temperatury syberyjskie.

Dobrze, że nowe obydwa akumulatory w samochodach i póki co dają radę!

Belfegor całe godziny wysiaduje na mrozie (tu zjada śnieg)

Lodzia wytrzymuje tylko chwilę, z podniesioną jedną z łap wraca skulona pod piec - a propos!!! - ludziska okoliczni i nie tylko, ci, co mają psy w budach (mam nadzieję ocieplonych) - błagam, zabierajcie psy do jakiś cieplejszych pomieszczeń, zwłaszcza pieski stare i te gładkowłose, lub takie jak Pieso - bez podszerstka. Psy na ulicach, a także w schroniskach zamarzają! Np. schronisko w Krakowie ogłosiło ewakuację - jeśli możecie, weźcie stamtąd pieski przynajmniej na przechowanie przez mrozy !!!

Coś wiem o gołych rękach przy minus 10 bo w tenże piątek, przed moim weekendowym wyjazdem do stolycy, psy na spacerze przetestowały moją sprawność. A tuż przed spacerem właśnie myślałam, że dawno się nie pogryzły i może już te czasy mamy za sobą…

Byliśmy sobie w połowie drogi od górki do pensjonaciku, gdy przebiegł obok mnie Belfegor. Sterczą mu takie pęczki z futra, więc jak się nawinie pod ręce, to go skubnę tu i tam. No to skubnęłam. Skubnęłam tu, skubnęłam tam, przybiegła Lodzia sprawdzić co się dzieje, czemu idol nie biega, tylko stoi, a skubany Belfegor nie lubi, gdy mu się przeszkadza, więc na nią lekko warknął. No i zaczęło się! Lodzia rzuciła się na niego, a na nieszczęście kilka dni temu popsuł się jej kaganiec, jedno przęsło odczepiło się, bo puścił nit, a Robert oczywiście nie miał czasu naprawić. Swoją drogą to lekka przesada, żeby taki mały pies zużywał jeden kaganiec na miesiąc!! No więc Lodzia Belfegorowi do nóg, czyli tam gdzie może narobić największych szkód, Belfegor okrakiem na Lodzię, Pieso ujadający wniebogłosy próbuje dosiąść to, co z Lodzi wystaje spod Belfegora. Pierwszy rzut oka na sytuację wystarczył, abym nawet nie próbowała interweniować - byłam bez szans. Pobiegłam w stronę domu licząc na to, że beze mnie stracą pewność siebie i się opamiętają. Nic z tego, chociaż jak po nich wróciłam, zastałam taki obrazek: Belfegor brocząc krwią brnął po śniegu w stronę domu, uczepiona jego nóg Lodzia brnęła pod nim, a na niej ujadający Pieso:) Taka psia trójca w akcji - byłby piękny ekspresyjny obraz. Wzięłam małe bydle za obrożę na ręce, to Belfegor korzystając z przewagi podskakując próbował Lodzię gryźć, na co Lodzia wiła mi się w rękach a Pieso dalej ujadał. No nie dało się! Więc Belfegor poszedł w silny uścisk za obrożę, Lodzia na smycz, Pieso na niej… Pod domem Lodzia wymsknęła się z obroży, a że do niej przywiązany kaganiec, została naga i w pełni sprawna bojowo. Na szczęście pod samym domem już straciła rezon i powędrowała do furtki. Belfegor został za i wszedł do domu dopiero, gdy Lodzię zamknęłam w łazience. Wracając do moich rączek - do tych operacji moje super rękawiczki z odkrywanymi palami oczywiście były w wersji odkrytej. Po tej akcji siedziałam przy kuchennym stole, krew wracała w palce a łzy leciały mi z oczu… Belfegor do dziś liże rany. Na szczęście są powierzchowne, żadna zaraza się nie wdała i nawet nie kuleje. Natomiast lodziny kaganiec do wyrzucenia - po tej akcji nie było co naprawiać…

A w stolycy znowu zakatarzony Gucio, bo przeniesiony do swojego pokoju na wyziębionym strychu (niestety - uroki strychu), z niedziałającą elektroniczną nianią (coś ją zakłóca? bo się rozstraja minutę po włączeniu) odkrywa się i wypełza ze śpiwora, po czym lodowacieje. Przywiozłam mu psią zabawkę do ciągania z Krecikiem, zanim jej Lodzia całkiem nie rozgryzła (znowu miałam durną nadzieję, że sobie z Piesem będą przeciągać, a nie że ją rozdrobnią).

Gucio był bardzo zawzięty ale niestety wygrał Krecik! A że Gucio jest w wieku, w którym nie umie się przegrywać (tylko w jakim się umie??:)), była rozpacz!

Na zdjęciach Gutek całkiem jak dziewczynka, bo z okazji grzywki wchodzącej w oczy dostał dziewczęcą spinkę do włosów. Jedna różowa spinka, a co robi z człowiekiem!!!:)

Więcej akcji Gucio kontra Krecik na Picasie

Poza tym można zbierać kasę na to oto wiejskie arcydzieło - te drzwi do garażu wystawimy na aukcji koło lata najpewniej:)

A szalone tempo zmian w środku domku na górce można śledzić na stronie Przyszłe wnętrza

PS.

Właśnie się dowiedziałam, że nie żyje Wisława Szymborska. A przecież za ten wiersz należała jej się wieczność!!!;)

Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa,
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął.
I uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało,
przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków, pisków na początek.

Wisława Szymborska „Kot w pustym mieszkaniu”

Komentarze

Aurela, 2012/02/02 08:14
Eh... dobrze że została poezja:)
Ewa U., 2012/02/02 10:23
Nikt, nigdy, żaden wieszcz, żadna poezja nie przemawiała do mnie tak, jak właśnie wiersze Pani Wisławy. Przy "Kocie w pustym mieszkaniu" za każdym razem wzruszam się do łez, powiedzmy wprost - trochę ryczę. Teraz też, tym bardziej.
Staram się ogrzewać ciepłymi myślami Wasze instalacje wod-kan, bo u nas "tylko" -12 rano i -3 w ciągu dnia, w słońcu. Za to nie ma nawet grama śniegu, tylko skuta mrozem szara połać, biada roślinkom i kuropatwom.
Pozdrawiam
ania, 2012/02/02 11:07
Co tu ukrywać - ja też ryczę..
borys, 2012/02/02 14:52
"Kot" jest dobry. Z tych mniej eksploatowanych wierszy zawsze duże wrażenie robił na mnie ten, bez tytułu:

***
Nicość przenicowała się także i dla mnie.
Naprawdę wywróciła się na drugą stronę.
Gdzież ja się to znalazłam -
od stóp do głowy wśród planet,
nawet nie pamiętając, jak mi było nie być.
O mój tutaj spotkany, tutaj pokochany,
już tylko się domyślam z ręką na twoim ramieniu,
ile po tamtej stronie pustki na nas przypada,
ile tam braku łąki na jeden tu listeczek szczawiu,
a słońce po ciemnościach jak odszkodowanie
w kropli rosy - za jakie głębokie tam susze!
Gwiezdne na chybił trafił! Tutejsze na opak!
Rozpięte na krzywiznach, ciężarach, szorstkościach
i ruchach!
Przerwa w nieskończoności dla bezkresnego nieba!
Ulga po nieprzestrzeni w kształcie chwiejnej brzozy!
Teraz albo nigdy wiatr porusza chmurą,
bo wiatr to właśnie to, co tam nie wieje.
I wkracza żuk na ścieżkę w ciemnym garniturze świadka
na okoliczność długiego na krótkie życie czekania.
A mnie tak się złożyło, że jestem przy tobie.
I doprawdy nie widzę w tym nic
zwyczajnego.
ania, 2012/02/02 17:18
Niesamowite jest to operowanie przeciwnościami - aż bolą. Właściwie fakt istnienia jednocześnie we wszystkim dwóch stron medalu jest obecny prawie w każdym jej wierszu. Oczywiście najbardziej znane: Kiedy wymawiam słowo Cisza, niszczę ją...
Ewa U., 2012/02/03 10:52
Nie bez powodu te fragmenty Jej poezji są najbardziej znane, tak trafne, zwięzłe, że aż niewiarygodne. Trafiają (mnie) w czuły punkt, a chcę wierzyć, że ma go każdy. Chciałabym mieć ten napis na nagrobku: (...)Wieczny odpoczynek raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup nie należał do żadnej z literackich grup (...)". To dopiero jest mistrzostwo świata, takie połączenie dowcipu z tematem tak ciężkiego, egzystencjalnego kalibru!
Pozdrawiam
Dzisiaj -16.
ania, 2012/02/03 10:59
Myślę że z napisem dałoby się załatwić:) a co do temperatury to u nas się "uspokoiło":) - wciąż tylko -24 (na naszym termometrze, bo we wsi mają takie jakieś mniej pokazujące:))
Skomentuj:
QHPON
 
 
uhuha_uhuha.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 17:25 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika