19 lutego – 1 marca 2008

w poszukiwaniu lata odwiedziliśmy

Cabo Verde czyli Wyspy Zielonego Przylądka a dokładniej wyspę Sal

Mieliśmy zaległą od półtora roku podróż poślubną, zaległe od 10 lat wspólne wakacje, w ogóle zaległe wakacje, bo odkąd kupiliśmy siedlisko w Zawadach, mogliśmy opuścić gospodarstwo tylko oddzielnie, a ja z racji dziewięcioletniej tułaczki między Warszawą a Zawadami, każdą wolną chwilę spędzałam z Robertem, czyli w Zawadach. Więc miało być ciepło, morze i palma. Wybór padł na egzotyczne Wyspy Zielonego Przylądka, które kusiły łagodnym latem (+23 st. C), ciepłym oceanem i nieznanym.

Ten nius to nie tylko relacja z naszej wycieczki, ale i informacje dla znajomych, którzy zainteresowani niezwykłością miejsca, w które się wybieramy, potraktowali nasz wyjazd jak przeszpiegi. Przy okazji uchylamy rąbka tajemnicy wszystkim tym, którzy chętnie na Cabo Verde by pojechali, ale nie wiedzą, czym to pachnie, tak jak i my nic nie wiedzieliśmy, bo wszelkie informacje od polskich podróżnych w internecie pochodzą sprzed kilku lat, czyli miliony lat świetlnych temu, jeśli chodzi o to miejsce.

Czy polecamy Wyspy Zielonego Przylądka?

Mhm…

Ja bałabym się polecić, bo na wyspie Sal, czyli tam, gdzie wysyłają Polaków biura podróży, można przeżyć szok. Wyspa Sal, ale jak zdążyliśmy się zorientować, także większość pozostałych wysp, to jeden wielki plac budowy i wygwizdów. A na Sal dodatkowo księżyc połączony z pustynią. Ale gdy jest się surferem albo odwróci tyłem do wyspy a przodem do oceanu i przyzwyczai wreszcie do okoliczności, jest super! No i środek lata w środku zimy – bezcenne!

Surferów zachęcać nie będę. Ciągły wiatr (zelżał tylko dwa razy przez 10 dni), Ponta Preta, czyli jedno z trzech najlepszych miejsc do surfowania na fali (aż przeprowadził się tu mistrz świata, Hawajczyk),

Zatoka Rekinów i kilka innych zatoczek dla kitesurferów

oraz parę wyśmienitych miejsc do windsurfingu, o czym maniacy deski dobrze wiedzą, wystarczy. Dla nurków wiele dobrze zachowanych wraków statków, ogromne, chronione żółwie morskie i wielkie ryby, w tym rekiny, ale niegroźne. A dla normalnych ludzi…

CAŁA PRAWDA O SAL:

Podróż:

7 godzin samolotem wyczarterowanym przez dwa biura podróży (Exim Tours i Triada), co przy 5 i pół PKSem do Olecka, czyli w sumie 6 do Zawad, nie jest dla nas czymś strasznym, to jednak wraz z odprawą na lotnisku, głównie w obie strony na Sal i na koniec czekaniem na bagaż na Okęciu - koszmar.

Plac budowy:

Za kilka lat będą tu niestety drugie Wyspy Kanaryjskie, więc trzeba się spieszyć. Co druga witryna w mieście Santa Maria należy do agencji nieruchomości (Agencia Immobilaria). Chce ktoś kupić kawałek pustkowia nad oceanem na wyspie Maio? A może luksusowy apartament z widokiem na ocean na Sal? A może hotel? Proszę bardzo, do wyboru, do koloru.

Domy z apartamentami wypierają typową zabudowę wysp i cały ich folklor.

Jeśli ktoś tego nie powstrzyma, nie wiem, gdzie się podzieją zwyczajni Caboverdyjczycy i psy. Turystów nie uchroni pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu - za płotem i tak budowa. Bogatsi mieszkańcy miast na Cabo Verde żyją na ogół w niewykończonych budynkach, bez dachu, same ściany z bloczków gazobetonu, bez wody i często prądu, za to z nowiutkim quadem lub wypasioną terenówką pod drzwiami.

Biedniejsi w ślicznych, zniszczonych i pewnie w środku prymitywnych domkach szeregowych ciągnących się wzdłuż głównych ulic Santa Maria

(są tylko trzy główne ulice, biegną równolegle wzdłuż brzegu oceanu, za to trudno spamiętać, co jest na której, i człowiek kręci się po nich kilka razy w kółko, zanim trafi do celu)

Wiatr:

Ponieważ surferami nie jesteśmy, trochę czasu zajęło nam przyzwyczajenie się do huku w uszach niczym z głową wystawioną przez okno w pędzącym pociągu. Pogadać na romantycznym spacerze nad brzegiem oceanu? Raczej nie ma co na to liczyć, bo nie słyszy się nie tylko rozmówcy, ale i samego siebie. Za to słońce dzięki temu nie jest tak nieznośne.

Opalanie z nawiewem, tylko trzeba być czujnym – z cicha pęk nabawiliśmy się oparzeń słonecznych. Kremy z filtrem i to najmocniejszym niezbędne! Ale trzeba się zaopatrzyć w kraju, bo na Sal najtańszy kosztuje 15 euro, gdyż jak wszystko inne (dżemy z Belgii, woda mineralna z Portugalii…) na Wyspach, sprowadzany jest z daleka, na ogół z Brazylii. Zła strona wiatru jest jeszcze taka, że człowieka leżącego na piasku zasypuje i powstaje z niego kolejna wydma.

Śmietnik:

Dla nas był to widok najsmutniejszy. Piękna przyroda w połączeniu ze śmietniskiem raniły nasze serca. Część śmieci wyrzuca ocean, część nawiewa z budów i nikt tego nie sprząta, poza plażami na prawo od mola w Santa Maria, czyli tam, gdzie hotele.

Na nic apele w rezerwacie, gdzie drugie, co do wielkości, po tych z Galapagos żółwie wychodzą w maju i czerwcu na plaże, by składać jaja. Rozbite szkła, nylonowe sznury, plastiki…, mimo, że za zabicie takiego żółwia idzie się do więzienia.

Pamiątkarze:

Ludzie na Cabo Verde są biedni. Podobno pan w recepcji zarabia 200 euro na miesiąc i dlatego z innych miejscowości i wysp tubylcy chcą za wszelką cenę zaczepić się w turystyce. Urzędnik zarabia 300 euro, lekarz na kontrakcie 400.. a ceny w sklepach wyższe niż u nas. Z czegoś więc trzeba żyć. Najlepiej z tandetnych pamiątek i nabierania turystów. I niestety każdy przyjezdny musi przez to przejść. Gdy pierwszego dnia jako bladzioch wyrusza w miasto, jest rozrywany przez miłych, znających skład polskiej drużyny futbolowej (także tej z 1974 roku), oczywiście papieża i kilka słów po polsku, tubylców. Są uczynni, zaprowadzą gdzie chcesz, są twoimi braćmi, zakładają ci na rękę bransoletkę z koralików lub naszyjnik, bo jesteś ich przyjacielem, słowem miodzio, ale na koniec musisz wstąpić do ich sklepiku z pamiątkami (gdzie „praca ich własnych rąk”, ewentualnie wisiorki robione przez mamę, a w ogóle mają rodzinę na utrzymaniu, i pewnie tak) i odbębnić frycowe.

Robert nie bardzo „no stress” :)

Nam nie udało się wyjść bez żółwia i słonika z „hebanu” za jedyne… ech, nie będziemy się przyznawać, ale inaczej wyjść ze sklepiku się nie da. Nie masz pieniędzy? Nie szkodzi. Towar zapakują, wręczą ci i wyślą z tobą do hotelu pomocnika. Rada? Udawać głuchych od samego początku. My ogłuchliśmy niestety dopiero na drugi dzień, ale i tak, co i rusz lądowały przed nami na plaży jakieś obrazki z piasku, muszle, batiki.

Jeśli coś kupiłeś z własnej woli (my musieliśmy kupić plecak na długie wycieczki, zamiast niewygodnej torby na ramię, więc skoro tak, to afrykański, i „murzyńską szmatę” do zasłaniania się na plaży przed słońcem, bo mojej brazylijskiej niestety zapomniałam zabrać z domu), do końca naszego pobytu rozpoznawali nas (trudno nie było, bo Robert plecak miał zawsze na plecach, a ja na sobie chustę) i za każdym razem wołali ze sklepików „how are you”. No i problem ze sklepikami. Zawsze trzeba się targować, a odkąd mamy galerię, targować się nie lubimy, bo utożsamiamy się ze sprzedawcą. Nigdy nie wolno poprzestać na cenie, którą podają, chyba, że jest zapisana na karteczce, co zdarza się w co ekskluzywniejszych sklepach. I zawsze trzeba mieć ichnią walutę, bo płacąc w euro traci się na zaokrąglaniu. 100 escudos = 1 euro w sklepie (gdy my płacimy, ale nie – gdy oni wydają :)), a w kantorze za 1 euro dostajemy 110 „paskudów”, więc przy wyższych cenach sprawa jasna.

No stress…

czyli ideowe przesłanie tubylców. Dla turystów oznacza coś przeciwnego, bo dotyczy tylko miejscowych: „i tak zrobię po swojemu, we własnym tempie, kiedy ja będę chciał”. Pierwszy raz zaznaliśmy tego po wylądowaniu w stolicy Sal – Espargos, gdy w środku nocy na 200 podróżnych pojawił się z początku jeden czarny pan, który pobierał 25 euro za wizę i pieczętował paszporty. Potem już przyzwyczailiśmy się, że zamiast jednego zamówionego omletu dostajemy dwa, że nasza interwencja w hotelu zostanie rozpatrzona „za chwilę” czyli za dwa dni, że w kantorze mimo, iż są trzy stanowiska, działa jedno, bo jedna z pań wzięła właśnie torebkę i gdzieś sobie poszła, a druga jest czymś niezwykle zajęta, co oznacza ponad godzinę czekania.

Rośliny a właściwie ich brak:

Na Sal nie ma wody. Żadnej poza morską. Jest gdzieś w środku wyspy jedno źródło słodkiej wody, ale niezdatnej do picia. Cała używana woda jest odsalana z oceanu i trzeba ją oszczędzać. Kiedyś padało tu i były ogródki warzywne, ale w latach 30. z powodu zmiany klimatu i suszy zginęło 20 tys. ludzi! Teraz krajobraz jest pustynny, żeby nie powiedzieć księżycowy, jedyna roślinność to drobne, magazynujące listki obrastające wydmy,

które kwitną na żółto lub różowo, gdy mają więcej wilgoci, oraz powyginane od wiatru akacje. Dookoła hoteli i cmentarza są piękne ogrody, a palmy też tylko te zasadzone przez człowieka, bo stare „tubylcze” palmy dawno uschły. Jedyne zbiorniki wody na lądzie to kanały, którymi dostarczana jest woda do solanek, oraz same solanki, zanim nie wyschną.

To nie ślizgawka, lecz wyschnięta kałuża pełna soli.

Stąd nazwa Sal, bo wyspa słynęła z produkcji soli morskiej. Do tej pory tu i ówdzie są zbiorniki do krystalizowania się soli, ale teraz już głównie dla celów własnych, np. zaśmiecone solanki koło Santa Maria używane są przez ludzi ze slumsów (a raczej faveli - mieszkający w nich Kreole i murzyni są tacy sami jak w Brazylii).

Ten zbiornik na horyzoncie to tylko miraż, czyli złudzenie optyczne z powodu rozgrzanej ziemi.

A najlepsze na koniec:

Ocean:

Wielki, turkusowy, z krystaliczną wodą, falami, przez które można być skotłowanym, ale jak fajnie się w nie „porzucać”, a za linią ich łamania się można cudownie popływać.

Plaże:

Kilometry białego piasku (miejscami z domieszką typowego dla Cabo Verde czarnego, wulkanicznego) i wydm na prawo od mola w Santa Maria,

aż do Ponta Preta, które jest już skaliste. Czarne skały i kamienie na przemian z rafami koralowymi

i przedziwnymi formami z rudego piasku

na lewo od mola, aż do Serra Negra, czyli pasma górskiego na horyzoncie, gdy patrzyliśmy w prawo stojąc tyłem do oceanu (czyli wychodząc z naszego hotelu). Jak jest dalej, nie wiemy, bo poruszaliśmy się tylko na piechotę. Myśl, że wypożyczonemu samochodowi coś się stanie na ostrej wulkanicznej ziemi, a my bez komórki (bo polskie komórki poza sporadycznie plusem, nie działają tam póki co), odstręczała nas od pomysłu udania się gdzieś samochodem, a quady budzą w nas niechęć, jako głupi pomysł na eksplorowanie natury, robią tylko hałas, smród a do tego pustynia jest bezlitosna w produkcji pyłu i kurzu. Wycieczka objazdowa zorganizowana przez nasze biuro podróży małym autobusikiem (warto się na nią udać!) wskazywała na to, że poza Santa Maria wszędzie indziej raczej wybrzeże jest skaliste. Za to tu i ówdzie, poza księżycowym krajobrazem wyspy, są miejsca piękne. Np. Buracona, gdzie wśród skał, na pewnej wysokości jest rodzaj mini zatoczki, w którą wlewa się woda przy dużej fali.

Gdy ocean jest w miarę spokojny, pysznie jest tam pływać. Obok cud natury – magiczne Błękitne Oko, czyli dziura w skałach, a w niej, z 20 m w dół, jest woda z oceanu, w której na skutek optycznego zjawiska widać piękne, niebieściutkie „oko”.

Można też popływać a raczej potaplać się w słynnych solankach (Salinas) w kraterze nieczynnego wulkanu w Pedra de Lume.

Taka jest w nich wyporność wody, że brzuch jest wyżej niż nogi, a jak się okazało, w tej pozycji pływać się nie da. W jednym ze zbiorników jest rodzaj gorącego błota, które ma właściwości lecznicze, więc z tego względu też szybko trzeba na Sal się udać, zanim Włosi zrobią tam słono płatne centrum SPA (już ostrzą zęby).

Jedzenie w knajpkach:

Pycha, ale tylko w niektórych. My polecamy niepozorną, ale najlepszą naszym zdaniem w Santa Maria Café Kreol/Café Croulio na placyku koło szkoły,

a w niej grillowaną barrakudę, sałatkę z kozim serem (tylko proszę prosić o większą ilość pomidorów), lokalny ser z dżemem domowej roboty z papai (przywieźliśmy 2 słoiki do domu!). Jak się komuś znudzą ryby, można iść na bardzo dobrą pizzę o niebanalnym składzie na wierzchu, zwłaszcza jeśli chodzi o vegetarianę, do białej wewnątrz - Café Relax, na jednej z głównych trzech ulic.

Psy i owady:

Psy to oddzielny naród na Sal. Śpią na ulicach lub na plaży,

jeśli są chude to od pasożytów, bo nie sądzę, aby ktoś chodził z nimi do weterynarza (o ile w ogóle taki jest na wyspie…), ale chyba wszystkie mają właścicieli, choć chodzą zazwyczaj bez obroży, na ogół w grupkach. Każda knajpa, każdy hotel ma co najmniej jednego psa, po psach poznawaliśmy, w jakim zakątku miasta jesteśmy, bo mają swoje rewiry. Raz spotkaliśmy takiego, co pływał ze swoim panem na desce windsurfingowej a potem jeździł skuterem. Spotkaliśmy dwa psy trójnożne, te akurat z właścicielami na spacerze (miejmy nadzieję, że nie była to sprawka rekina, gdy pływały na desce :)). Psy na Sal wyglądają na szczęśliwe: opalają się na plaży,

chodzą na wycieczki wybrzeżem, delikatnie żebrzą w knajpach, czasem przysiadają się do człowieka:

I są miłe i łagodne. I za to lubimy Caboverdyjczyków, bo dobrze traktują psy, dlatego są one tam normalnymi psami. Za to kotów jest mało, myślę, że dlatego, iż nie mają za bardzo czego łapać. Nawet much. Bo z powodu wiatru, na Wyspach prawie nie ma owadów, pojawiają się, gdy wiatr na chwilę zelży, ale zaraz znikają. Na okoliczność braku wiatru warto jednak mieć ze sobą wtyczkę do kontaktu na komary (prąd tam taki jak u nas, 220 V) - my żałowaliśmy jednej nocy, że nie mamy.

Przyroda:

Robert zabrał lunetę, lornetkę, a potem przeklinał, że dźwiga :) Nastawiał się na rzadkie endemiczne ptactwo, a przynajmniej na tabuny morskich ptaków, a tu nic… Raptem parę lokalnych cimelków, trochę siewek i biegusów tych samych, co u nas na przelotach (tak jak my pojechały na Cabo szukać lata :)) oraz jakaś nie nasza czapla i kamuszniki.

Za to rafy koralowe!!! Ale tylko przy małej fali, bo inaczej całkiem zalewa je woda. Dla miłośników przyrody raj.

Większość żyjątek bliżej nam nieznana, ale obserwacje rafy to była największa dla nas frajda na Sal.

I w ogóle nie wolno ograniczać się do plaży na prawo od mola! Na lewo może kąpać się jest niewygodnie, trzeba uważać na ostre skały, ale za to dużo ciekawiej! I koniecznie wyprawić się na Serra Negra.

Schowani przed wiatrem pod skałą

Wybrzeżem trochę daleko, więc można na skróty przez „pustynię”, choć od Zatoki Rekinów warto już iść brzegiem. A wybrzeżem do zatoki kitesurferów wybrać się innym razem (po drodze rafy). Jeśli ktoś chce zobaczyć słynne żółwie, to w maju i czerwcu, wtedy też na Sal podobno puste hotele, spokój i cisza (choć nadal plac budowy i pamiątkarze na pewno też), no i wtedy nie ma największej atrakcji – środka lata w środku zimy.

Warto dodać, że na Cabo Verde, mimo że 600 km od wybrzeża Senegalu, nie choruje się na afrykańskie przypadłości (nawet HIV się nie ima wysp), nie trzeba się więc na nic szczepić, ale kłopoty jelitowe z powodu zmiany flory bakteryjnej niestety dopadają wielu Europejczyków. Mnie dopadły w połowie pobytu, Roberta o żelaznym żołądku wcale. No i ta pogoda! Niezależnie od pory roku 23 do 26 st. c w cieniu, ocean w tej samej temperaturze! Żadnej duchoty, choć duża, słona wilgoć, zwłaszcza wieczorami. Czasem zawieje chłodniejszy wiatr, dlatego warto mieć na wieczorne spacery jakiś sweter czy cieplejszą bluzę, ale w ciągu dnia zakładaliśmy długi rękaw i spodnie/długą spódnicę jedynie z powodu słońca. Na Sal spotkać można dużo Polaków (chyba co 2 tygodnie w środy w nocy i w niedziele samolot wypluwa z siebie 200 rodaków), Szwedów i Finów, Anglików, Włochów, Francuzów, Hiszpanów, no i Portugalczyków, którzy czują się jak u siebie, w końcu do roku 1975 to były ich wyspy. Gdyby ktoś trafił do hotelu Sobrado jak my (my z niechęci do kompleksów hotelowych z całym tym tłumem i „atrakcjami”), to niech się nie nastawia na luksusy.

Budynek w stylu portugalskiego pensjonatu, ładny, ale już nieco zapyziały (nasz Pensjonacik pod Tulipanem wobec trzech gwiazdek Sobrado, powinien mieć gwiazdek 5), francuski właściciel prowadzi go po najmniejszych kosztach, co widać na każdym kroku (jak coś się zepsuje, to jest usuwane, a nie naprawiane), śniadania dość monotonne (kawa, herbata, napój udający sok pomarańczowy, dwa plasterki sera i dwa wędliny co rano, jak ktoś nie je mięsa, zostaje mu ser, bułki i dżemy, i na okrasę dodatek (zamiennie: jogurt, plasterek ananasa, jajko, raz był omlet), hotel na skraju miasta, 7 min piechotą od mola, czyli głównej plaży, jak wszystkie hotele na brzegu budowy.

Pierwszego poranka o 7.00 obudziła nas kopara, więc przenieśliśmy się wyżej z oknami od strony podwórza. Ale w sumie nie było źle, z pewnością milej niż w ekskluzywnym ale paskudnym Riu.

A na koniec zareklamujemy pośrednika, u którego kupiliśmy wycieczkę nie ruszając się sprzed komputera: www.Invia.pl , a pani Katarzyna Hipy, kompetentna i miła osoba (pozdrawiamy).

Wniosek?

Wszędzie dobrze, lecz w Zawadach Oleckich najlepiej! :)

Wszystkie nasze upublicznione zdjęcia z Sal

można obejrzeć w albumach: Cabo Verde 1 i Cabo Verde 2

Komentarze

Monika, 2008/03/08 23:58
No, ale wspaniala podroz! Kilkakrotnie jeszcze przejrze Wasz opis, bo jest fascynujacy.
Mikolaj, 2008/03/18 00:26
Fantastyczne...opis taki ze usmiech na obliczu...no i kupe... istotnych informacji! dzieki!!! wstrzymalismy podroz tamm tam tam tam tra ta tam Mikołaj ^ Kinga
kasiapro1, 2009/09/23 22:36
Wybieram sie z rodzina a wypoczynek swiateczno-noworoczny,czy moge prosic na maila:kasiapro1@gazeta.pl o informacje dotyczace praktycznych zakupow dla 18 m-cznej pannicy w temacie :pieluchy,desery oraz komary i rozne przypadlosci jakich nalezy unikac. PS: Super zdjecia i opisy,bardzo przydatne
graf, 2009/11/27 15:58
tylko że Wyspy Zielonego Przylądka to nie samo Sal i nie każdy podróżuje z biurem podróży, więc przestrzegałbym przed traktowaniem tego tekstu jako miarodajnego na temat kraju
Skomentuj:
XYDBE
 
 
w_poszukiwaniu_lata_na_wyspie_sal_na_cabo_verde.txt · ostatnio zmienione: 2017/07/01 15:07 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika