2 sierpnia 2013

Wakacje z Krecikiem

Nawet się nie będę tłumaczyć. Dziś pierwszy dzień od ostatniego niusa, gdy miałam chwilę dla siebie, a do tego puste podwórko i leżak z książką. Długo to nie trwało;) ale zawsze. Wyrzutów sumienia nie mam, bo a) to najbardziej męczące wakacje w moim życiu, b) i tak jesteście na urlopach i nie komentujecie, więc co się będę męczyć:) Wakacje są najbardziej męczące, bo a) nigdy nie miałam tylu lat ile mam i chyba dalej coś mnie zjada od środka i gdyby nie Agnieszka, sprzątanie by mnie zabiło do reszty, b) nigdy nie miałam dwóch obiektów agroturystycznych przez cały sezon, c) mimo regulaminu rezerwacji, ilość dziur w lipcu sprawiła, że przyjechało dużo gości dwu, trzy, czterodniowych, co w sezonie jest zabójcze, bo sprząta się tak samo po gościach dwudniowych co dwutygodniowych (no… prawie tak samo), d) Robert jest nieobecny duchem i ciałem, obecny za to na dachu Agnieszki, w związku z tym jestem „ze wszystkim” sama, e) prawie cały czas jest u nas Gucio i choć tylko część opieki spadała na mnie (spadała, bo na szczęście od wczoraj jest znowu Madzia), to dodatkowa aktywność, której wymaga rozwinięty czterolatek, zjadła resztki moich sił, e), f) i resztę Wam daruję. No i dzieje się oczywiście ciągle coś, od wczoraj ekspresowe sianokosy, bo ogrooomnym traktorem i do tego przyjechał do nas… Krecik. Ale od początku:

Niepokojąco często odwiedzają nas bociany i nie mam na myśli tych zlotów, które odbywają się pod naszymi nosami z okazji sianokosów. Niepokojąco, bo jak to napisał Kajetan na FB: Oj jak siada to już „niedobrze”. W przyszłym roku przyleci z projektem, warunkami zabudowy i będzie „po ptakach”.

i na stodole, czego oczywiście nasze kundle nie mogą zdzierżyć

na tulipanie (chyba zaczniemy się reklamować, jako miejsce dobre do prokreacji)

Także klekoczą co i rusz na naszym osobistym dachu. Mam nadzieję, że są za świadomym macierzyństwem i nie zdecydują się przy tej hałaśliwej szajce, co za każdym razem się wzbudza, gdy lądują, oraz przy łażących po kalenicy kotach.

tam Strzały jeszcze nie było! I oczywiście łatwiej było wejść, niż zejść, ale obyło się bez straży pożarnej:) - dała radę po wiatrownicy i na drzewo, po którym zresztą prawdopodobnie weszła. Więcej Strzałki na dachu w albumie

Na dachu wylądował też Robert, niestety na dłużej. W ramach prac społecznych pomaga przy naprawie dachu u Agnieszki ze skrzyżowania, który to dach od dawna domagał się remontu i w końcu przyszła kryska na Matyska. Robert oprócz układania dwóch połaci dachówek jest kierownikiem od wszystkiego, również usuwania gniazd os:

Agnieszce nowy dach się należy i prawie każdy we wsi chce się do tego przysłużyć!:)

W tzw. międzyczasie wylądowali u nas różni goście, w tym stały bywalec Andrzej, którego widok u nas nikogo już nie dziwi:) i który co i rusz przywozi nowe gadżety do odbioru internetu, ostatnio długaśną antenę, dzięki czemu wi-fi pod tulipanem hula jak wiatr i ma zasięg że ho, ho. W tym czasie, co Andrzej, przyjechali goście z Londynu. 9 letni Jozef i jego mama Kasia, córka mojej nauczycieli od rosyjskiego z podstawówki, a także potem Borysa, którego uczyła przez rok. Miała przyjechać też pani Krysia z mężem, ale niestety poważnie się rozchorowała i wpadli tylko na weekend, w dodatku z babcią Tereską. Bynajmniej nie utrzymywałyśmy kontaktów od czasów mojego dzieciństwa (zwłaszcza, że nie przodowałam w rosyjskim nigdy:)), ale po latach babcia Teresa spotkała ją na zajęciach z malarstwa i od tamtej pory się kumplują. Mąż pani Krysi jest profesorem od lingwistyki i specjalistą od mowy dzieci. Zachwycił się Gustawem, który dał popis krasomówstwa podczas ogniska, tłumacząc panu profesorowi zawiłości biologii trujących żyjątek i różnice między samcem a samicą tarantuli, a wszystko to po zakupie książeczki w biedronce:) w Kowalach Oleckich, uzupełnionej wiedzą babci Ani i jej już mądrymi książkami. Zresztą książeczka z biedronki cudownie ocalona po tym, jak przy kasie musieliśmy oddawać zakupy za 40 zł, bo okazało się, że o tyle przekroczyliśmy nasze możliwości gotówkowe, a jak wiadomo w biedronce można tylko gotówką. Nikt się nie spodziewał, że w biedronce można tyle wydać! No ale jak widać jesteśmy zdolni;) Natomiast pobyt Jo zmusił mnie do przypomnienia sobie resztek angielskiego, które zostały w mojej sklerotycznej głowie, Gucia do nauki języków a Borysa do pokonania niechęci do mówienia po obcemu. Jo wprowadził w ogóle sporo zamętu, nikt się za to nie nudził:)

W programie były zabawy wojenne w kapokach…

niebezpieczne wyprawy nad jezioro…

kręcenie się w kółko na środku jeziora w pontonie Andrzeja (plastikowe wiosełka były dobre, ale na bezwietrzną pogodę i niezmarszczoną taflę jeziora;))

i szczęśliwie dopłynęliśmy!

Było parę ognisk, ale hitem jednego było oglądanie księżyca w pełni:

Poza tym robótki różne, w tym naprawianie podjazdu na parking i przepustu w drodze na górkę, który zniszczyły bobry:

Warsztaty ceramiczne odbywały się jedne po drugich (jednego z nich efekty możecie zobaczyć w albumie Po warsztatach z lepienia i zdobienia ulepionych rzeczy ), z racji, że Robert nie ma czasu uzupełniać zasobów Galerii, ja robię co mogę, czego część efektów do obejrzenia w albumie Parę nowych wyrobów , do tego w kółko sprzątanie po gościach dla gości. Najgorsze, gdy wyjadą wszyscy na raz i trzeba cały dom posprzątać, a nie tylko raz dwójkę, raz apartament plus ogarnąć kuchnię, tylko ogarnąć, no bo nie da się nic innego, jak gość w dom. Ostatnio Domek na górce zajął nam 4 i pół godziny. Wczoraj sprzątałyśmy cały pensjonat, ale że zaczęłam dzień wcześniej wieczorem, poszło łatwiej, bo na raty. Po tym ponad czterogodzinnym sprzątaniu domku słaniałam się na nogach, autentycznie.

No i wczoraj godzina zero SIANOKOSY. Niespodziewanie po południu przyjechał wielki traktor z wielkim wysięgnikiem koszącym i rach, ciach skosił wszystko, dziś rano dokończył i zmienił nam krajobraz dokoła. Przede wszystkim widać jezioro bez stawania na palcach. No i nie trzeba się przedzierać na plażę przez plantację pokrzyw. Przez łąki Robert wcześniej wykosił ręczną kosiarką wijącą się po pagórkach ścieżkę między Tulipanem a Domkiem, żeby goście mogli się łatwiej przemieszczać do nas i nad jezioro, teraz ścieżka to zielona wstążeczka wśród położonych łanów suchej trawy. Jutro pewnie będą je wywracać na drugą stronę, potem zaraz grabić i robić bele.

Wczoraj był jednak inny najważniejszy moment, moment w życiu… Krecika. Po raz pierwszy nasze stado w komplecie! Krecik jako wariat kompletny, o czym nieraz pisałam, dawno temu został uznany za nienadającego się do przyjazdu do Zawad. Wąchał więc mnie (najczęściej mnie) śmierdzącą jakimiś obcymi wg niego kundlami, gdy przyjeżdżałam do Warszawy, a potem szajka zawadzka wywąchiwała ze mnie Krecika, gdy wracałam. I sądzę, że to jest przyczyną sukcesu. Bo psy znają się od lat, tyle że się nie widziały. Ale oczyma wyobraźni widzieliśmy zagryzającą Krecika Lodzię, która na jego pierwsze warknięcie (Krecik w towarzystwie innego psa swojej wielkości i mniejszego powarkuje non stop) rzuci mu się do gardła, wkurzonego Belfegora, który, gdy Krecik samobójczo rzuca się na niego (co ma w zwyczaju robić na widok psów wielkich), bierze go z łatwością w zęby i łamie mu kark, tylko nie wiadomo było, co zrobi Pieso, ale wiadomo, że obce psy spotkane na drodze traktuje dość obcesowo. Jedyne, czego się nie baliśmy, to stosunków krecikowo-kocich. Kret jest bardzo dla kotów łaskawy!:) Tak więc, gdy nagle zapadła decyzja, że Krecik przyjeżdża z Madzią do Zawad (żeby Madzia mogła tu przyjechać, musiałby Borys wrócić do Warszawy, gdyż niestety pełnej opieki nad Krecikiem nikt się nie chce podjąć, a nie stać nas na usługi petsitterki Kingi:)), Robert po całym dniu siedzenia na dachu lub w jego okolicach, po nocy budował…

…zagródkę

i jak to powiedział zdziwionemu Andrzejowi, że robi to, bo ma nadzieję, że jak zrobi, to się okaże niepotrzebna, a jak nie zrobi, to Krecikowi może stać się krzywda.

No więc po wielu przygodach… a bo zapomniałam… Magda ma wyjątkowe szczęście do podróżowania do Zawad. Pamiętacie może historię sprzed roku chyba, gdy w największe upały w nocy autobus popsuł się i czekali dwie godziny, aż podstawią zastępczy. W tym roku Madzia przechodzi sama siebie w kwestii podróżnego pecha;) Gdy przywoziła Gucia z powrotem do Zawad, mimo wykupionego wcześniej biletu, jechała… na stojąco wraz z innymi, których kierowca zabrał, mimo braku miejsc siedzących i tego, że w PKSie stać nie wolno! Zabrał ich, bo przyjechał mniejszym niż powinien autobusem, a po 23.10 nikt nie miałby jak dostać się inaczej. Jakaś pani zlitowała się i wzięła na kolana śpiącego Gucia, jej mąż wymieniał się z Madzią w staniu i tak dojechali do Ostrowi. Tym razem Madzia postanowiła przyjechać pociągiem do Ełku, kupiła bilet ale była jakaś awaria na Centralnym, działał jeden tor i jej pociąg miał 90 min opóźnienia, oddała więc bilet i przyjechała Polonusem, wcześniej czekając na niego dość długo w parku praskim z Krecikiem. Więcej szczęścia ma przy wyjeżdżaniu. Ostatnio nie zabrała się jednym samochodem jadącym z Zawad do Warszawy, tylko poczekała na następny i całe szczęście, bo ten pierwszy miał po drodze wypadek, na szczęście nikomu nic się nie stało, ale jak wiadomo, procedury powypadkowe trwają długo. No ale wracając do tematu Madzia z Krecikiem dojechali. Krecik kompletnie zgłupiał na mój widok (widział mnie ostatnio w połowie czerwca), na widok Gucia i Borysa (Robert jeszcze siedział na dachu, ale na jego widok potem też), był kompletnie zdumiony całą sytuacją i z godziny na godziną zdumiewał się bardziej:)
Na początek poszliśmy nad jezioro, żeby szajka miała czas przemyśleć, co się dzieje, co to za pies nieznany przyjechał, co pachnie znajomo…

Krecika najpierw zdumiało jezioro, i to, że w nim pływamy (nigdy nie widział, wcześniej chodził tylko nad Wisłę i Zalew Zegrzyński, a tam jak wiadomo raczej się nie pływa)

powrót z plaży

Potem szajka została zagoniona do domu, a Krecik do zagródki:

Następnie szajkę wypuszczono. Najpierw oczywiście przygnała żądna kontroli Lodzia

nastąpiło bliskie spotkanie przez płotek

a potem emocje wygasły, szajka straciła zainteresowanie, Krecik piszczał w zagródce bardzo nieszczęśliwy, a zostawiony sam ujadał w nieskończoność. Zaryzykowaliśmy zapoznanie z Lodzią sam na sam i… o dziwo… bardzo przypali sobie do gustu. Potem Krecik poszedł spać na górę do pokoju Borysa, Gucia i Madzi i nastał ranek. A że nadal nie było specjalnego poruszenia, Krecik został wypuszczony na podwórko z zagródki i… nic się nie stało. Belfegor z Piesem go olewają, Lodzia czasem chce się bawić, czasem nie i… tyle. Pytanie było, co będzie, gdy Krecik wejdzie do domu. Bo jak wiadomo obcy pies nie ma prawa… Ale wszedł i… nic. Następne pytanie, co będzie, gdy zacznie jeść z ich misek. Ale zaczął i… nic. Tylko gdy Belfegor leży w przejściu na ganku, to pokazuje kły, gdy Krecik chce przejść, jak zresztą kotom i niedawno jeszcze Guciowi. Więc Krecika wtedy trzeba przeprowadzać obok Cerbera. Nie mówiąc o tym, że Krecik nauczony jest, że dostaje michę raz dziennie, a tu stoją pełne michy cały czas. Wygląda na to, że i to zrozumiał. No to udaliśmy się na wspólny spacer… no tu już Krecikowi całkiem pomieszało się ze szczęścia! Tyle przestrzeni, tyle psów w stadzie, dominująca Lodzia na przedzie, więc nie trzeba się bać! Był grzeczny jak nigdy w życiu!

na tym zdjęciu, jak zwykle na początku spaceru, Lodzia ciągnie biednego Piesa za bokobrody w celu popędzenia go;)

i przez łąki z bocianami!:

No i stado wirtualne stało się stadem realnym, i twu, twu, oby tak dalej, choć jutro przyjeżdżają pod tulipana goście (mieli dziś, ale zapomnieli, że to dziś:)) i nie wiadomo, co Krecik na obcych na swoim (już!) terenie, bo w Warszawie nie wpuszcza i zagryza:)

No dobrze, kończę, bo zaraz będzie świtać a jutro dzień jak co dzień… Reszta niusów next time (o Kajtusiu, o pływaku Guciu, o Orliku w Sokókach…), mam nadzieję szybciej i że nie zejdę do tego czasu;)

Komentarze

Aurela, 2013/08/03 08:02
Przecudnie:) ależ się dzieje:))!!!! Czas pędzi i wnusio z każdego niusa na kolejnego to jakby inne dziecko;)Agnieszce dach się należy jak nic;) niesamowici jesteście z pracowitością i pomaganiem innym;))))my właśnie dziś jedziemy do Berlina do Moni i na dodatek autem ( kolega pokaże mi trasę;) Tęsknimy:) pozdrowienia dla Was:)
ania, 2013/08/03 09:43
Ucałujcie Monię, a Zawady latem bez Was, to nie te Zawady!:(
Andrzej, 2013/08/03 11:35
A i ryby czekają :-) .
k., 2013/08/03 14:40
Tak, o "zamęcie" byłam informowana przez Andrzeja na bieżąco;-) Ale tu petsitter ma niewiele do powiedzenia, chyba, że potraktujemy dziecko jak zwierzę:-) Natomiast Krecikiem nie jestem zaskoczona, odżył chłopak, jak wszyscy w Zawadach:-) Jeśli wróci do W-wy i będzie mnie kiedykolwiek potrzebował, dogadamy się w kwestii finansowej;-)
j. metrycka, 2013/08/03 15:50
widać, że się nie nudzicie. Jak przyjedziemy za tydzień, to może Gucio potowarzyszy moim dzieciom jakby mu się nudziło. Marysia (średnia) bardzo lubi małe dzieci, a u nas może być niezła gromadka. Z tyloma zwierzakami też niezła zabawa, dobrze że my mamy tylko dwa psy.
Pozdrawiamy wszystkich.
ania, 2013/08/04 22:04
jeśli nie wyjadą w objazd krajów przyściennych moim kangurem, to pewnie!
ola z Katowic, 2013/08/05 13:50
Zazdraszczam! wszystkiego! Strzałki na dachu też... pozdrawiam wszystkich w Zawadach!
S&S&K, 2013/08/11 22:31
Te ostatnie zdjęcia przypomniały nam nasz wspólny spacer, było podobnie tylko zamiast Krecika była Klarcia:)
Już ją widzę jak by teraz szalała z bocianami na tych skoszonych łąkach.
Pozdrawiamy Was cieplutko.
Skomentuj:
TYTNA
 
 
wakacje_z_krecikiem.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/09 23:15 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika