1 lipca 2012

Wsi polskiej absurdy

Dziś będzie dużo słów i mało obrazków, więc zapraszam tylko niebojących się czytać:)

układanki, układanki, bo na cegły, tudzież inne cudne płytki nie starczyło kasy, więc podłoga z resztek kupowanych tu i tam, „dywan” pod stół w jadalni a reszta układanek na stronie Przyszłe wnętrza

Czekam, aż piec wystygnie a w nim kafle do dalszego układania podłogi (mówiłam, że na bieżąco ostateczne decyzje będę podejmować), idzie burza, więc oddam się tropieniu absurdów. Znaczy absurdy już wytropione, no ale tak się mówi.

Absurd pierwszy i w obecnej sytuacji najważniejszy jest taki, że tu na wsi nikomu, no, PRAWIE nikomu, nie opłaca się pracować. Są ważniejsze sprawy niż praca, np. siedzenie na ławeczkach przed popegeerowskimi blokami lub sklepem. Nie wiem, jakie ważne sprawy oderwały naszego glazurnika, ale dwa dni popracował i zniknął. Zostały po nim ino ściany w WC i ułożona podłoga w brodziku. Żadnego innego glazurnika godnego naszych łazienek nie ma w okolicy albo są zarobieni po pachy, czyli należą do frakcji ludzi, którzy wyjątkowo nie są na zasiłku, tylko harują. Reszta dostaje dopłaty do czynszu, obiady dla dzieci, zasiłki, zapomogi i mają się dobrze. Gdy jadę do pracy i mijam tych szczęśliwych, wolnych ludzi, szlag mnie trafia, bo wiem, że to z mojej kieszeni tak im dobrze. Pogadałam sobie dziś rano na GG z Olą, naszą wierną czytelniczką, bo ją też szlag trafia, tylko miejski, i przytoczyła mi słowa Kulczyka w odpowiedzi na pytanie dziennikarza, czy najbogatsi powinni płacić 75% podatku: „to tak jakby karać ludzi za to, że wcześniej wstają, więcej pracują i więcej się uczą”. Ale postawa wiecznych niemowląt, co leżą bezradnie a mamusia–państwo przyniesie im do łóżeczka i włoży do dzióbka, kwitnie, a populistyczni politycy krzewiący idee, że ludziom należy się za sam fakt istnienia, niebezpiecznie zbliżają się do władzy… Jeśli bym mogła decydować, zniosłabym wszelką pomoc społeczną. W bardzo skrajnych, dramatycznych wypadkach bym zostawiła, ale naprawdę skrajnych i to pod stałą kontrolą. Za to zrobiłabym bezpłatne książki i pomoce do szkoły, rozwijające kursy i warsztaty dla dzieci i młodzieży niezależnie od stanu posiadania ich rodziców (tak jest w Norwegii, o czym donoszą nasi aktualni goście), no i coś ludziom bardzo starym. Ale ta banda obiboków udająca biedniejszych niż są i dostających dwóch lewych rączek, byle coś wyżebrać i dzieci od urodzenia uczone, by nie odstawać od biedy, to wtedy dostaną za darmo… nóż się w kieszeni otwiera. Nie mówiąc o stałym procederze pracy na czarno, by nie płacić ZUSu i podatków, co jeszcze idzie rozumieć, bo nóż w drugiej kieszeni się otwiera, gdy przychodzi 10-ty każdego miesiąca i mam tym darmozjadom z kolei z ZUSu odpalić niemałą sumkę, ale to czarno głównie po to, by dalej dostawać pomoc od państwa. Powiecie może, że przecież na wsi to ludzie z roli żyć powinni. Owszem, są tu tacy, ale na palcach jednej ręki. Tu kiedyś były PGRy, wylęgarnia obiboków, i tak zostało.

Drugi absurd to pijacy i alkoholicy. Robert swego czasu miał zasadę, że człowieka pijącego nie bierze do pracy. Ale gdyby twardo jej się trzymał… Nie mówiąc o tak zwanych fachowcach z urzędu. Ostatnio zmieniali nam licznik ze starego na stary (kolejny absurd z chwilę) i przyjechało dwóch elektryków. Od jednego tak buchało gorzelnią, że można by podpalić mu chuch. A (kolejny absurd) z tepsy kładą nowy kabel. Operator koparki trzyma się na nogach tylko siedząc wewnątrz swojej machiny. Za to jak dokładnie operuje łychą! Podejrzewam, że jak niejeden chirurg, tylko wtedy nie trzęsą mu się ręce;) Znamy też takich, co jak nie łykną patyka, to trzęsą się jak galareta, więc do roboty zamiast termosu z herbatą, przynoszą flaszkę ze swoim lekarstwem. Wiecie dlaczego niektórzy porządni ludzie na stare lata zostają politykami? Bo mają dosyć absurdów i tolerowania takich postaw w społeczeństwie. Mają nadzieję, że będąc u władzy coś z tym zrobią. Oczywiście nie zrobią nic, bo polityka to obszar manipulacji i hipokryzji a nie sprawiedliwości i prawdy. Więcej mogą ci, którzy pijanego lub niesłownego fachowca wyrzucą spod swojego licznika lub w ogóle z domu, a następnie napiszą donos do jego pracodawcy, pod warunkiem, że nie pracował na czarno;) i że nie boją się podpalenia tudzież innego odwetu. Bo jak wiadomo na wsi odwet to podstawowe narzędzie wpływu. Problem w tym, że innego, niż pijany czy niesłowny, fachowca nie uświadczysz, fachowców w ogóle nie ma, bo ci lepsi siedzą w Niemczech, Norwegii lub Anglii. Człowiek cieszy się, że znalazł kogokolwiek, komu się chce pracować, a że czasem pracownik zapije i nie przyjdzie, albo jeśli nie pija, to i tak nie przyjdzie, bo miał ważniejsze sprawy na głowie, ale nie zadzwoni i nie poinformuje, bo to nie znany tu nikomu obyczaj, cóż… trzeba połknąć tę żabę. Ja osobiście to już się nauczyłam ją połykać bez popijania i szczęśliwa jestem, gdy fachowiec jednak się zjawia i dokańcza robotę. A że trochę nie w terminie… eee, nie będę się czepiać;) Problem w tym, że 11-ty zbliża się milowymi krokami a my jesteśmy w lesie u murzyna:(

Absurd trzeci to licznik właśnie. Gdy przyjechali wymieniać licznik, ucieszyliśmy się, że zakładają nam ten na trzecią fazę, o który wystąpiliśmy i który, mamy nadzieję, na dniach założą. Ale nie. Okazało się, że na początku roku dostali zlecenie wymiany starego, bo już nie spełniał norm, po pół roku dotarli, choć zaraz bez sensu zainstalowany licznik trzeba będzie zdjąć i powiesić ten właściwy. A po dziesięciu latach po położeniu nowego kabla telefonicznego, dzięki któremu zyskaliśmy telefon i internet, tepsa zakłada światłowód do śmigającej nartostrady, choć już wtedy światłowody istniały, ale wtedy dla wiochy się „nie opłacało”.

Ledwo zarosły rozkopy po wodociągu, a rozkopują znowu, także nasze łąki i podwórza w obu domach, jakby mało było bałaganu. W domku na górce kabla w ogóle nie ma, bo poprzedni właściciele nie mieli telefonu nie mówiąc o internecie, my właściwie też nie potrzebujemy, ale może kiedyś internet tak stanieje, że zafundujemy go gościom:), no i grzech nie zainstalować, skoro jest okazja (w przeciwieństwie do naszych poprzedników, którzy woleli nowe telewizory niż wodę i dopłacać 3 tysiące do wodociągu z Unii, więc my musieliśmy zapłacić kilka razy więcej, by doprowadzić wodę na górkę).

kabel dziurką w ścianie szczytowej wchodzi już do domu, ale na razie wisi na drzwiach

A poza tym absurdy na każdym kroku, np. domek na zakręcie przy polu truskawkowym, za który, jak to powiedział któryś z naszych gości, właściciele powinni dostać mandat za szpecenie okolicy, ale w końcu ludzie mają prawo nie mieć gustu i wyczucia harmonii z otoczeniem, od tego są wydający pozwolenia na projekt. Jak widać jednak kolejny raz można bezkarnie psuć krajobraz nie licząc się z konsekwencjami (patrz nius o wiatrakach).

jeszcze byłby jak się mogę, gdyby nie te „nowoczesne” okapy z jednej i drugiej strony. Mam nadzieję, że wykończony będzie mniej straszył.

a obok w budowie póki co niemal równie piękny i pasujący do otoczenia kombinat Basi, na szczęście z daleka zasłonięty drzewami

Albo pan Stasiek, kawał chłopa, który w życiu zdechłej myszy by nie wziął do ręki (za ogon w celu wyrzucenia jej z domu w krzaki):) Albo cena usług lub sprzedawanych przedmiotów zależna od samochodu, którym się przyjeżdża, ale przede wszystkim od rejestracji na nim. Dlatego wszędzie Robert jeździ tikusiem na lokalnych numerach;) No ale czasem po coś większego trzeba kangurem wciąż na warszawskich. Jakiś czas temu ugadywałam się z jednym gościem w Olecku w spawie starego kredensu, który stał u niego na klatce. Gdy przyjechałam po odbiór, na podwórku zgromadzili się okoliczni mieszkańcy, ci, co mieli coś do zaoferowania, w tym pani robiąca piękne serwetki na drutach rozstawiła „stoisko”. Bo wielka pani z Warszawy przyjedzie to na pewno coś kupi. Z jednej strony dobrze, że ludzie obrotni, z drugiej jednak – „jak warszawiak, znaczy ma kasę i należy go doić”. Czy tym ludziom przyjdzie kiedyś na myśl, że i nam może być ciężko?

Oraz z pewnością nie ostatni już absurd, nie wiejski, lecz z Opola, gdzie, jak się nieraz chwaliłam, zrobiliśmy niejedno do winiarnio-kawiarni „Strych” na Rynku. Ogłaszałam się ze dwa razy na FB, czy ktoś jest z tamtych okolic i mógłby sfotografować, jak rzeczona knajpka wygląda z naszymi dekorami, bo właściciele proszeni wielokrotnie nie znaleźli czasu by stanąć przed swoim przybytkiem i pstryknąć parę fotek. Dopiero kuzynka wirtualnej znajomej (dzięki raz jeszcze Magdusiu!) spełniła nasze marzenie zobaczenia naszego dzieła w naturze.

na fasadzie

jeden z dekorów we wnętrzu

a tu logo żywcem ze skanu obrazka schematycznie rysowanego flamastrem i długopisem przeze mnie

więcej zdjęć z naszymi wyrobami ze Strychu w albumie publicznym

Komentarze

Monika, North Carolina, 2012/07/02 05:59
Strych - wspaniale sie prezentuje!
A polska wies - coz... Nie jedno, ale piec pokolen musi minac, aby tam dotarla Europa.
Ewa U., 2012/07/02 11:29
Poruszyłaś trudny temat. Żyjemy w oceanie absurdów, łatwiej byłoby wymienić to, co absurdem nie jest. Nauczyliśmy się z tym funkcjonować, bo jakie jest inne wyjście? Szybko nauczyliśmy się, że wszelkie sprawy należy załatwiać posługując się "gorszym" samochodem, chociaż tablice oba mają miejscowe. "Lepszy" samochód i tak sprzedaliśmy, bo na wieś się nie nadawał. Teraz mamy dwa gorsze i spokój. Muszę też uważać, w co się ubieram idąc np. do Urzędu Gminy. Lepiej nie odbiegać od standardu (niewiele potrzeba), wtedy łatwiej nawiązać kontakt z tamtejszymi (przeważnie) paniami. Dwa lata temu gmina zafundowała wsi chodnik, tam gdzie go jeszcze nie było. Pomijam fakt, że jest kompletnie niepotrzebny, bo absolutnie nikt po nim nie chodzi. Biegnie on wzdłuż mojego płotu i w tym jest kłopot, bo muszę o niego dbać. Nie byłoby problemu, gdyby nie to, że chodnik składa się z przypadkowych płytek gdzieś z odzysku rzuconych w piach (ktoś zaoszczędził na cemencie). Płytki zapadają się, wypadają, leżą obok, wypłukuje je woda i porastają chwasty po pas. Nie dość, że mam co kosić u siebie, to jeszcze muszę kosić chodnik! Na moją skragę sołtys odparł: "Czego tu można wymagać, więźniowie robili..." I co? Więźniowie wzięli za to kasę i przetarg wygrali?
Kolejny przykład: wieś dostała trochę pieniędzy do swojej dyspozycji i jednogłośnie (mój głos przeciw jest bez znaczenia - wiadomo, prawo większości) uchwaliła, że w wiejskiej świetlicy (przez większą część roku stoi pusta, poza dożynkami, czyli gremialnym pijaństwem na umór) zostanie wybudowany kominek. A niedrożny przepust pod drogą nawet przy niewielkim deszczu zalewa pół wsi, zimą dla odmiany w tym miejscu wypiętrza się lodowiec i trzeba jechać dodatkowe 3 km, żeby dostać się do domu. Niewielki stawek na skraju wsi zniknął z dnia na dzień. Sołtys wziął koparkę i po prostu zasypał, bo przeszkadzały mu żaby. Nikogo to nie obeszło, bo gdyby obeszło, może wreszcie wybraliby nowego sołtysa? Aktualny sprawuje urząd od 30 lat, nowych kandydatów nie ma, bo lepszy święty spokój, trzeba by poużerać się tu i tam. Itd... itd... Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność, niestety. Mam jeszcze cudowną przypowieść o tutejszym internecie i Panu Od Internetu, ale to zostawię na inną okazję. Ale o lekarzu muszę opowiedzieć, nie wytrzymam. Zapytałam, czy nadal mam brać leki, to w odpowiedzi usłyszałam: jak pani uważa... Temat fachowców zmilczę w całej rozciągłości. Absurdy wynikają z pofyrtanej mentalności, nie tylko wiejskiej, broń Boże. Na wsi bardziej wszystko widać. Nie wiem, czy starczy pięciu pokoleń, jak napisała Monika. Pamiętam wypowiedź ks. Tischnera, który zapytany - zaraz po przemianie systemu - o przyszłość Polski odparł, że trzeba wymiany co najmniej trzech pokoleń. Moim zdaniem mylił się - trzy nie wystarczą. Obym była złym prorokiem.
Dekory są śliczne, to one przed laty (będzie ze 6) naprowadziły mnie na Twój blog.
Tess, 2012/07/02 13:46
No to u nas jakaś dziwna ta wieś. Większość pracuje ciężko i w pocie czoła. Te parę sztuk "leserów" na trzy wsie można na palcach dwóch rąk policzyć ( bo z jedną ręką, to bym jednak przesadziła...)Studiuje lub pokończyło studia jakieś 90% młodych ( jak to się na wsi mówi:-))) Przy czym spora część wybrała kierunki rolnicze i na wieś wraca. Ba - dokształca się zaocznie spora grupa młodych mam, a zapracowane w tygodniu babcie dzielnie pilnują wnuków w weekendy. ( Na przykład jedna z sąsiadek pilnuje dziewięcioro!wnucząt. Jedna córka w Holandii firmę założyła i reszta jedzie do niej dopiero na wakacje, druga córka robi magisterkę w Gdańsku, a synowa kończy licencjat. Inwestycje w gminie na zasadzie " nic o nas bez nas " odkąd założyliśmy stowarzyszenie. Nasza Pani Wójt sprawdza się już drugą kadencję. A sołtys - to oddzielny temat. Dość powiedzieć, że w wyborach dostał poparcie wszystkimi głosami - a uczestniczyła w nich zdecydowana większość mieszkańców wsi. Ba - co do picia - byliśmy w sobotę na wiejskim weselu. Nikt się nie nałoił ( no dobra, lekko się nadużył jeden sąsiad i szwagier mamy pana młodego, ale na wesoło ), a zabawa skończyła się o 4.30, bo część gości i gospodarze o 5.00 krowy doją...
Ot - taka wieś nam się trafiła! Czego i Wam życzę!
Uściski
Asia
Ewa U., 2012/07/02 17:48
Jejku, to naprawdę jakaś utopijna wieś. Podejrzewam, że jest większa niż moja. Widzę w okolicy, że te duże wsie zupełnie inaczej wyglądają, przynajmniej na pierwszy, nawet na drugi rzut oka. U mnie ledwie 18 domów, to i wybierać nie ma w kim. Młodzi dawno pouciekali do Anglii, Irlandii i gdzie tam jeszcze. Zostali ci średni i starsi, jedni i drudzy skostniali w poglądach i niechętni inicjatywom. Kiedyś sąsiad strasznie narzekał na proboszcza i wyrażał wątpliwości natury - nazwijmy to - moralnej. Spytałam, dlaczego wobec tego tak gorliwie lata do kościoła? "Bo my som tak nauczeni" - wyznał rozbrajająco. Mam wrażenie, że w taką wioseczkę na uboczu trochę zapomnianą przez Boga i ludzi, gminie szkoda inwestować. A mieszkańcy się nie upominają, widocznie taki stan rzeczy im nie przeszkadza. Na początku próbowałam jakoś dotrzeć do ludzi, poznać ich, bo kontaktowa jestem i takie życie w swojej zagrodzie mnie nie satysfakcjonuje. Najlepszą okazją wydawały mi się dożynki. Niestety, srodze się rozczarowałam. Przyszła może 1/3 wsi, a po dwóch czy trzech godzinach wszyscy byli pijani. A najbardziej sołtys.
Dzisiaj znam mniej więcej mieszkańców, ale tylko mniej więcej właśnie. Z sąsiadką zza miedzy się pogada o ogrodzie i pogodzie i tyle. Generalnie ludzie są życzliwi i pomocni w razie czego, ale niezupełnie o to chodzi, a raczej nie tylko o to. Trudno złapać kontakt, bo nie ma we wsi żadnego punktu zaczepienia w rodzaju sklepu, fryzjera, kościoła. Tylko ta nieszczęsna, niewykorzystana świetlica. Wieś wygląda jak niezamieszkała. Życie toczy się w domach i zagrodach. Tylko maszyny rolnicze się przemieszczają, bo większość mieszkańców żyje z rolnictwa.
Muszę chyba pogodzić się z takim stanem rzeczy, dla nich i za 20 lat będę obca. Taki los wybrałam i nie skarżę się. Ale mnie to wkurza!
Pozdrawiam
Krysia, 2012/07/05 14:57
A ja jestem starszą nastolatką, zamieszkałam na takiej własnie wsi, jestem sołtysem, nie jestem napita, udało sie ludzi zmobilizować i gminę też, chociaż nie było i nie jest lekko. Może zostań sołtysem i zacznij działać, bo mam wrażenie że już od początku jesteś zniechęcona i powoli staniesz się taka jak tubylcy. Ale na wsi wszystkie przemiany idą wolniej niż byśmy chciały.
A co do lekarza to wyjasniam, że obecnie to pacjent ma "prawa pacjenta", lekarz nie może pacjenta zmusić do brania leków, lekarz wyjaśnia na czym polega choroba i jak działa lek i zaleca najlepsze leczenie, a to pacjent decyduje czy będzie przyjmował leki.
Tess, 2012/07/02 21:31
Najbliższy sklep mamy 3 km dalej, w sąsiedniej wsi. Moja wieś liczy 30 domów rozciągniętych na przestrzeni ładnych paru kilometrów ( nie na darmo nazywa się Dłużyna:-)))We wsi sąsiedniej, z którą najbardziej współpracujemy jest domów 20. Też w odległościach. Świetlicę dopiero zaczynamy remontować ( na razie spotykamy się w domach - średnio raz na 2 tygodnie )Jeździmy z dziewczynami ze wsi ( dziewczyny w wieku od lat 79 do 23 )na kursy różnego autoramentu i szkolenia, robimy wypady do knajpek w sąsiednim mieście, albo...do teatru w nieco dalszym. Ostatnio dziewczyny były w Warszawie, w Centrum Kopernika i w operze ( niestety beze mnie bo byłam w robocie...). Muszę powiedzieć, że odnalazłam się na tej naszej wsi, czego I Tobie życzę z całego serducha:-)))
Ewa U., 2012/07/02 22:23
To ja już nie wiem. Może źle się zapociekam? Niczego nie chcę robić na siłę, bez przesady. Tutejszych ludzi łatwo zrazić. Ale chciałabym rozruszać tę wieś. A z rozruszaną wsią tyle można by zrobić! Może nawet zdetronizować sołtysa?
Chyba wykorzystujemy przestrzeń Ani do uprawiania prywaty!
ania, 2012/07/02 22:30
Ależ bardzo proszę! Od czego są blogi jak nie od prywaty:)
ania, 2012/07/03 09:57
A poza tym chciałam małe sprostowanie zrobić, bo wyszło na to że w naszej i okolicznych wsiach wszyscy piją i leżą do góry wiadomo czym. Napisałam PRAWIE, co oznacza: W samych Zawadach jest kilka domów na krzyż z czego 3/4 w rękach miastowych z wyboru lub letników. Tubylcze to gospodarstwa albo wiekowi ludzie, którym odpoczynek się należy:) Szersza okolica to co innego. Ci co mają swoje gospodarstwa, harują - inaczej się nie da, ci, których znam a pracują nie na swoim, robią to uczciwie - też inaczej w tych czasach się nie da. Mamy kilku zaprzyjaźnionych ludziów, którzy na dochodne robią świetną robotę. Problem w tym, że to kilka wciąż te samych, rozchwytywanych, więc nie zawsze można liczyć na to, że się dopcha do nich w kolejce. Piszę o całej reszcie, tej bezrobotnej, która narzeka, zawiści innym, albo zapija życie ale woli nie kalać się robotą. A jak się skala to na krótko z efektem opisanym na przykładzie glazurnika.
Ewa U., 2012/07/03 10:43
Ja też trochę uogólniłam, co jest krzywdzące dla tych mieszkańców mojej wsi, którzy pracują w pocie czoła, często za marny grosz. Jasne, że nie wszyscy piją i wyciągają rączkę po zasiłek. Ale jak na tak małą wieś jest ich całkiem sporo. Mam też pozytywne przykłady. Pana Roberta, murarza-glazurnika-złotą rączkę, jakiego jeszcze w życiu nie spotkałam. Nie mógł znieść, że ściana z rozbiórkowej cegły ma być taka nierówna i trzeba było pilnować, żeby nie wymurował za ładnie! A i tak nie upilnowaliśmy, zbyt równa jest. Albo dekarze - ekipa, która wprawiła mnie w osłupienie i tkwię w nim do dziś. Są to, niestety, przypadki odosobnione. Resztę robimy sami, z pracami betoniarsko-stolarskimi włącznie. Daje to ogromne zadowolenie i satysfakcję, problem jednak w tym, że na życie zarabiać mus. A jak nie ma czasu, niechby zrobił to ktoś za pieniądze. I to jest słabe ogniwo, bo takiego kogoś - oprócz w/w - nie ma. Od dwóch miesięcy szukamy fachowca, który postawi nowy komin, bo stary się spalił. Umawiają się i nie przychodzą, albo przychodzą, a potem znikają, jak to fachowcy. Sami tego nie szarpniemy, a zima za pasem. No i znów zeszłam z tematu, miało być o absurdach.
U nas dzisiaj piękny dzień po nocnej burzy i solidnym deszczu, a zapachy przyprawiają o zawrót głowy. Za taki poranek warto się trochę poużerać.
babajaga, 2012/07/05 14:42
Jestem chirurgiem, nie trzęsą mi się ręce, nie muszę być napita aby pracować. Takie "uogólnienia są krzywdzące i obraźliwe. A miałam dobre zdanie o Zawadach Oleckich.
ania, 2012/07/05 14:47
Ojej!Przepraszam, masz rację babajago, na swoje usprawiedliwienie mam, że nie napisałam "jak każdy" tylko "jak niejeden chirurg" i miałam na myśli dowcipy o chirurgach a nie rzeczywistość oraz nadzieję, że tego niusa nie bierze sobie do serca nikt, kto uczciwie pracuje;)
babajaga, 2012/07/05 15:01
Ojej, jeszcze nie zdążyłam wszystkich wpisów przeczytać, a tu już odpowiedź. Pozdrawiam serdecznie ;)
Skomentuj:
YVOPD
 
 
wsi_polskiej_absurdy.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 18:30 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika