31 sierpnia 2010

Wszystko co dobre szybko się kończy

Szukałam w głowie tytułu dla tego niusa i przychodziły mi tylko takie w stylu „Do d… taka robota” i „Co to za życie?”:)
Koniec lata, koniec sezonu (za koniec sezonu uważamy u nas moment, w którym którykolwiek pokój bywa pusty i nie trzeba robić rezerwacji z półrocznym wyprzedzeniem) a my dalej zapiep… jak małe samochodziki, a może i bardziej, bo ja 19 sierpnia wróciłam do pracy zawodowej i mam teraz pracę na dwóch zmianach, a wraz z nadejściem jesieni (nikt mi nie wmówi, że lato trwa do 21 września! - dowód poniżej)

a Robertowi przybyło kłopotów i obowiązków. Marzy mi się zalec przy telewizorze przy DOMO czy obejrzeć jakiś dobry film na promocyjnym Canale plus nie od środka i nie zasypiając pod koniec. Dzisiejszy nius jest w ramach buntu, żeby całkiem nie zwariować, bo tak naprawdę powinnam się wreszcie uwalić i odpocząć, a nie zabierać za nową robotę. Ale wtedy musiałabym powiedzieć „Co to za życie, skoro nawet niusa nie mam siły zrobić?” W każdym razie to smutny moment. Lato urwało się nagle, z czym tym trudniej się pogodzić, że było wyjątkowo łaskawe i rozpaskudziło nas sobą. Woda w jeziorze już tylko dla wytrwałych, ale gdy pomyślę, że następne pływanie za 8-9 miesięcy, dzielnie znoszę moment wejścia do jeziora i wyjścia. No i skróciłam trasę - z najdłuższej przekątnej najpierw na mniejszy skos, a dziś już najkrótszą trasą na drugą stronę i z powrotem. Przedwczoraj zaczęliśmy sezon grzewczy, na szczęście wersję z dokładaniem do pieca ze trzy razy. Ale już się martwię tym co będzie niedługo - chodzeniem od pieca do pieca cały dzień… Goście jacyś tacy bardziej melancholijni przyjeżdżają, na ryby, na grzyby, telewizora chcą. Żadnych dzieciaków chlapiących się w wodzie dla pokrzepienia serc. Tylko psy spokojniejsze, przestały się kłócić i gryźć, wróciły do starych układów i uczuć:

Depresyjnie zagrzebują się w swoich posłaniach i kocykach, pewnie czują już pismo (zimę) nosem.

Do obowiązków doszło nam karmienie kotów i dokarmianie Reksia, a ja dodatkowo chodzę z nim na spacery, bo Madzia przyzwyczaiła go do przechadzek na smyczy. No bo jak można myśleć, że on tam stoi na polu i czeka, i nie pójść… Reks już na okrągło jest w budzie na polu, którą Robert nieco ogacił, żeby psu się woda na głowę nie lała, ale gdy przyjdą przymrozki, trzeba będzie pomyśleć o jakimś dnie do budy, bo teraz psiak leży na gołej ziemi, jedynie trochę siana ma naniesione. Tylko że to jedyny sposób, żeby nie spał w mokrym, gdy pada. Z drugiej strony wykopki koło 20-tego i trochę się nie opłaca robić porządnej budy, skoro to ostatnia praca Reksia na kartoflisku. A potem? Może Kolbuszowa? Jak wszystko dobrze pójdzie, długa podróż czeka go w nieznane, ale do bardzo kochających psy ludzi. Póki co ja po nocy, bo dopiero wtedy mam czas, idę do niego na pole, odczepiam z łańcucha, przyczepiam smycz i ruszamy! A jak on się cieszy!, jak skacze!, jakie kółka robi!

Koty zostają z nami, właściwie w pustym gospodarstwie, a, zwłaszcza Burasek, bardzo do ludzi lgną.

Co by nie pójść z torbami przerzuciliśmy koty z łiskasa na euromix (im większa chała, tym ma bardziej międzynarodową nazwę!) i myślałby kto, że takim niedożywionym chudzinom, co w życiu nie dostały jedzenia do miski, powinno być wszystko jedno, tymczasem zrobiły strajk głodowy (ale na szczęście wytrzymały tylko 2 dni!). Teraz obmyślamy im sypialnię w piwnicy domu (w nieogrzewanym domu zimą jest tam najcieplej) z kocimi drzwiczkami, takimi jak u nas. Mają już zakupioną pikowaną budkę i kocyk polarowy, a póki co dostały do klatki na króliki futrzak.

A 28 sierpnia odbył się ślub i huczne wesele Ani i Bartka, stałych bywalców Zawad, córki naszych przyjaciół z zawadzkiej szkoły, wnuczki babci Thielowej oraz jej wybranka, z którym też zdążyliśmy się zaprzyjaźnić - niestety w Warszawie. Niestety, bo to oznaczało, że doszła nam kolejna zgryzota… No i kto to widział takie życie! Zamiast z radością pojechać bawić się i weselić z młodą parą i ich rodziną, my najpierw zastanawialiśmy się jak to zrobić - jak sprzątnąć pokój po gościach, którzy wyjeżdżają gdy nas nie ma, a zaraz przyjeżdżają następni, co zrobić z psami, którym jak wiadomo ostatnio szajba odbijała i strach ich nie kontrolować, nie mówiąc o wypuszczaniu na dwór, w tym Lodzi na wczesnoporanną kupę (baaardzo wczesnoporanną), w ogóle co zrobić z gośćmi w pensjonacie, tak ich zostawić bez opieki??, następnie Robert robił na ostatni moment jeden z prezentów, bo wcześniej nie znalazł czasu, wsiedliśmy o 6 rano w PKS, więc należy się domyśleć, jacy byliśmy rześcy i gotowi do hucznej zabawy, a następnie tego samego dnia o 22.30 wsiedliśmy w PKS do Olecka, przesiedliśmy się do pojazdu Roberta, który czekał zaparkowany na dworcu i o 4.15 rano byliśmy w domu - w sam raz na poranną kupę Lodzi:) Niestety żadnego odsypiania nie było, bo szczęśliwie goście zapowiedzieli się dopiero na popołudnie, przystąpiłam więc do sprzątania pokoju i kuchni. Na szczęście też akurat do niedzieli w apartamencie gościliśmy naszych stałych bywalców - Ninę z Tomkiem i z dwójką już dzieci (oraz z Negrą), a jako że znają nasze psy, zgodzili się nimi zaopiekować, no i nie było stresu, że my się nie opiekujemy gośćmi. Ale psy podobno z tego opuszczenia zagrzebane przespały cały dzień i tylko raz urządziły żałosne śpiewy. Poza tym, że raczej była to wariacka przejażdżka do W-wy dla uczczenia ślubu Ani i Bartka, niż okazja do weselnej zabawy, uczcić było trzeba i cieszymy się, że mogliśmy uczestniczyć w tej dla nich uroczytej chwili. Choć znając życie byli równie zmęczeni jak my:) ale przynajmniej na adrenalinie. W przelocie spotkaliśmy się z Guciem, który obśmiał moje dyżurne, niemodne pantofle, ale po co mi nowe, skoro takie buty zakładam raz na 5 lat! Dobrze że moja dyżurna sukienka jest z tych, co nie wychodzą z mody!:)

Cóż… Kiedyś mówiłam, że wsiadłam nie do tego autobusu.
W moim autobusie niekoniecznie miałabym szafę eleganckich pantofli i wizytowych sukienek, bo jakoś to nie moje klimaty, a raczej - wyrosłam z nich wiele lat temu, ale o tej porze roku chodziłabym na grzyby, czytała w resztkach ciepła w wiacie dobrą książkę, poszłabym do pracy w Olecku, wróciła, spokojnie zrobiła obiad potem może dla rozrywki polepiła coś w pracowni… W moim autobusie raz naprawiony dach nad kuchnią nie przeciekałby po każdym większym deszczu, nie mówiąc o tym, że jakaś dobra (może są gdzieś takie…) ekipa budowlana dawno zrobiłaby taras i górę pensjonatu, i nowy dom, i dokończyła mój gabinet w Olecku i mieszkanie dzieci w Warszawie by wyremontowała, i to na Starej Pradze dawno byłoby gotowe, zamiast stać puste i zżerać kasę dzieci na opłaty… W moim autobusie, gdy sezon się skończy, pojechalibyśmy sobie z Robertem do ciepłych krajów i powczasowali jak nasi pensjonariusze (a moi pacjenci jakoś by przełknęli mój kolejny urlop…), a jacyś dobrzy, odpowiedzialni, którym można zaufać ludzie, z radością popilnowaliby gospodarstwa i zwierząt… no i bawilibyśmy się do rana na weselu Ani i Bartka!
Problem w tym, że już dawno przestałam się łudzić! Ten autobus, którym teraz jadę, to jak najbardziej mój autobus do którego SAMA i NA WŁASNE ŻYCZENIE wsiadłam… I ten autobus w dodatku jeździ po Prusach Wschodnich, w których jesień przychodzi wcześniej, wiosna później, a zima trwa wieki!

Na pocieszenie - tylko z tego autobusu widać takie tęcze i to czasem kilka razy dziennie!

no i czasem zdarzają się cuda, choć może temu pędowi bzu po prostu spieszno jak mnie do majowej zapowiedzi lata!

A podsumowanie sezonu niebawem! (gdy znajdę czas:))

Komentarze

Ania znad morza...., 2010/09/01 13:54
No cóż a mnie jednak ucieszył nius z Zawad ;) Bo zawsze mnie cieszą każde wieści ;) Pozdrawiam. I jak zawsze dopinguję we wszystkim, a zimą poogrzewam ciepłymi myślami ; )
ania, 2010/09/01 16:28
No właśnie tego nam trzeba!
Aurela, 2010/09/01 17:43
Dobrze przeczytać kolejnego niusa z Zawad,od razu chce się żyć w miejskim szaleństwie:)))) Pozdrawiam ciepło:))) i trzymam kciuki za pomyślne zakończenie rozpoczętych prac jeszcze przed jesienno-zimowymi chłodami:)))
ania, 2010/09/01 18:49
Jak widać jest też wiejskie szaleństwo:) Dzięki za ciepłe słowa!
Ola z Katowic, 2010/09/02 10:31
Ty to potrafisz napisać! No, no... do refleksji! Trzymam kciuki za dom dla Reksia.
k., 2010/09/02 19:02
a jakbyście się jednak na te ciepłe kraje kiedyś zdecydowali, to przyjadę i wszystkich i wszystkiego będę doglądać:-) Z przyjemnością!
ania, 2010/09/02 21:55
no to musimy się spieszyć, zanim kupicie sobie swoje jarzmo i sami nie będziecie się mogli ruszyć:) problem w tym, że urlop od pracy zawodowej mam wtedy, gdy największy ruch w interesie agroturystycznym, nie mówiąc o priorytetach finansowych, ale zapamiętam tę propozycję!!!
Egretta, 2010/09/05 19:41
Widzę, że melancholia Cię dopadła :) Zdarza się każdemu, ale i tak jesteś silna 'baba" ;) skoro dajesz radę temu całemu zwierzyńcowi, gościom, (którzy przecież jak znam życie też czasem mają rózne humory ) i przeciwnościom losu wszelakim. Więc pozdrawiam Cię cieplutko i serdecznie a sił i radości z życia życzę z całego serca
ania, 2010/09/05 20:16
Dziękuję bardzo, choć czasem marzy mi się (ale nikt w to nie wierzy:)) taki autobus: być wątłą kobitką, leżeć i pachnieć:)
Egretta, 2010/09/09 10:12
Więc niczym sie nie przejmuj, tylko naciągnij chłopa na dobre perfumy i zrób sobie dzień wątłej kobietki :) Buziaczki pa :)
Ania i Bartek, 2010/09/12 11:39
Kochani, bylismy tak "na adrenalinie", ze az nie swiadomi Waszego wysilku, tym bardziej bardzo bardzo dziekujemy za Wasza obecnosc i cudowne prezenty. Calujemy z goracej Sewilli, gdzie lato sie jeszcze nie konczy i wczoraj w nocy o 1:30 bylo 32 stopnie.
ania (z pracy w Warszawie:(), 2010/09/12 14:19
łoł! bawcie się dobrze!!!
Skomentuj:
CSRHJ
 
 
wszystko_co_dobre_szybko_sie_konczy.txt · ostatnio zmienione: 2013/10/20 20:26 (edycja zewnętrzna)
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika