19 września 2012

Zanim zabiją mnie szare dni

(zdjęcie z wczoraj, dziś nie jest już tak kolorowo)

To refren piosenki, którą słyszałam jadąc samochodem, czyli w jedynym miejscu, w którym słucham radia z własnej woli. Bo prawda jest taka, że niczego nie słucham, jeśli nie muszę i to może być powód naszego rozwodu;) Jak wiadomo DJ Robo słucha i to dużo a ja niezmiennie proszę żeby ściszył albo wyłączył. Bo cierpię na nadmiar bodźców, a raczej na nietolerancję nadmiaru. Życie jest okropnie męczące i to coraz bardziej. Złapałam się na tym, że stosuję metodę Scarlett O’Hary („pomyślę o tym jutro”) i martwi mnie to, bo takiej postawy nie popieram. Nie wiem, czy to kwestia braku urlopu od lat czterech, a w zasadzie od siedmiu z przerwą na jeden, czy starości, czy czego. Z pewnością przyczynia się do tego fakt, że zaczęłam jeździć do Warszawy do pracy i w dodatku wróciłam w poniedziałek przed świtem a w piątek jadę znowu:(
Warszawski stres i pośpiech przypłaciłam dwudniowym, uporczywym krwotokiem z nosa, przy pacjentach siedziałam z lodem na karku pod szalikiem a gdy w końcu pojechałam do szpitala, po godzinie rejestrowania się i szukania ostrego dyżuru, dowiedziałam się, że z gabinetu właśnie wyszła pani po 5 godzinach czekania i wcale jeszcze nie jest obsłużona, co oznaczało, że w najlepszym razie trafię do lekarza o 1 w nocy a następnego dnia od rana miałam cały dzień prowadzić zajęcia. Gazik, który miałam w nosie już przesiąkał, więc poprosiłam, gdy drzwi się otworzyły, o założenie nowego, na co usłyszałam „widzi pani, że lekarz i pielęgniarka są zajęci” i rzeczywiście – przyszywali nos jakiemuś mężczyźnie. No cóż, ja nos miałam, a że nieco krwawił – szczegół. Wróciłam więc do domu, przynajmniej w samochodzie miałam chusteczki higieniczne i kolejny raz zastosowałam zasadę Polaku lecz się sam - przy pomocy patyczka do czyszczenia uszu i nieco zwietrzałego spirytusu z barku babci Teresy przypaliłam sobie dziurawe naczynko w nosie, nałykałam się babci leków, które uszczelniają naczynia krwionośne (łyka się je po zabiegach chirurgicznych, gdy ktoś ma kłopoty z krzepliwością krwi), szczęśliwie zatoru od tego nie dostałam, w spokoju przepracowałam całą sobotę, niedzielę też i odpukać spokój mam do dzisiaj. Po takich atrakcjach kolejny rok szkolny jawi mi się jako koszmar. No i moje ukochane pekaesy polonusa… Tym razem na szczęście tylko się pospóźniały, ale przyjechały i uważam to za wielki sukces.

w ogrodzie na górce dobrze mają się już tylko marcinki

Wracając do piosenki, taka trochę disco polo, jak to pan w trójce powiedział, muzyka w dresie ale z tych markowych. Jak wiadomo, jeśli już słucham radia, to tylko trójki, bo to jedyna radiostacja, którą toleruję. W innych ilość hałasu, jaki robią spikerzy, nakręcenia i podniecenia bez powodu, jakiś idiotycznych konkursów, rozmów telefonicznych ze słuchaczami w tonie tylko piejącym i muzyki, od której przeważnie kiszki mi się skręcają… cóż, chyba pora umierać, bo gadam jak stara babcia o tym, że świat zszedł na psy a za moich czasów…

Robert wyswobodził nas z macek dzikiego wina i jaśminu!

W ogóle na stare lata dziwne rzeczy z człowiekiem się dzieją. Takie na przykład zdjęcia do dowodu. Bo dziwnym trafem lata przeleciały i skończyła mi się ważność dowodu osobistego (paszportu też, ale na co mi paszport;)) a w dowodzie rejestracyjnym warszawskiego auta dawno skończyło się miejsce do wpisywania badań technicznych i ostatnio pan powiedział (straszy od 3 lat), że następnym razem na świstku to już na pewno nie podstempluje. Rada nie rada udałam się w Warszawie, gdzie wciąż jestem zameldowana, bo nie chce mi się zmieniać dokumentów firmy, do stosownego urzędu, tylko zapomniałam, że w celu wyrobienia nowego dowodu trzeba mieć zdjęcie aparycji. A ja po całej nocy jazdy pekaesem, wymięta i umęczona. Kiedyś bym zrobiła fryzur i makijaż, a tym razem poszłam, tak jak stałam, do kiosku w urzędzie, w którym pan robi zdjęcia aparatem cyfrowym na tle białej kartki papieru. No bo co to za różnica, jak wyglądam na zdjęciu w dowodzie? Robert wprawdzie powiedział, że w ogóle nie jestem na nim podobna do siebie, może dlatego, że chcąc ratować sytuację rozpuściłam włosy, a na co dzień nigdy tego nie robię, tylko po wyjściu z jeziora w celu wysuszenia i idąc spać:) W dodatku pan z kiosku pokazał mi 8 różnych ujęć i kazał wybierać - dla mnie na każdym wyglądałam jak z krzyża zdjęta, jedno lepsze od drugiego, poprosiłam więc, by wybrał najlepsze:) Ale nie proście, bym pokazała:)

tak mniej więcej wyglądałam jak ten nornik:)

Miałam zrobić podsumowanie sezonu, bo gości owszem jeszcze miewamy, teraz w liczbie czterech pod tulipanem, od soboty dwójkę w domku, ale sezon skończył się definitywnie. Teraz to ludzie pytają o Sylwestra. Minie sezon na grzyby i nastanie kompletna pustka. Co i raz też przypominają mi się rzeczy, o których w porę nie zdążyłam napisać. Ostatnio np. wspominałam Gucia w Zawadach, nawet przytoczyłam wtedy zdjęcie, jak maluje farbami kaczkę, ale zapomniałam o historii z tą kaczką związanej. Otóż Gucio namalował czerwone nogi a następnie malując niebieską wodę został upomniany przez mamę, żeby nie wjeżdżał niebieskim na czerwone. Na co odparł, że przecież, skoro kaczka chodzi po wodzie, to ma mokre nogi! Radzę wam dobrze, słuchajcie małych dzieci, one mają zawsze rację! O czym przekonałam się w Warszawie nie słuchając zbyt uważnie, co wnuk do mnie mówi, z tej racji, że gdy idziemy ulicą, Gucio ma buzię 70 cm niżej od moich uszu. A jak wiadomo starość wiąże się też z niesprawnymi uszami, zwłaszcza po tegorocznym ich zapaleniu. Dotarło do mnie dopiero, gdy próbowałam przejechać po kładce, która okazała się zamknięta. A przecież Gucio mówił… A gdy tata próbował go namówić, by poprosił babcię, by coś dla niego (taty) zrobiła, Gustaw odparł „No co ty Borys, przecież wiesz, że nie mogę!”.

Z zaległości to jeszcze nie pisałam (w niusach, bo na FB się chwaliłam), że dostaliśmy list: W ramach przygotowywania dla Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi ekspertyzy dotyczącej rozwoju turystyki na obszarach wiejskich, Polska Agencja Rozwoju Turystyki przygotowuje inwentaryzację produktów turystyki wiejskiej funkcjonujących w poszczególnych województwach. Jej celem jest zidentyfikowanie i zaprezentowanie wybranych produktów, które następnie stanowić będą podstawę dla promowania atrakcyjności obszarów wiejskich w kampaniach realizowanych przez Ministerstwo. Po wielu konsultacjach, m.in. z Regionalnymi Organizacjami Turystycznymi, Państwa przedsięwzięcie zostało wybrane jako jedna z kilkunastu dobrych praktyk w Polsce.
Jako jedna z kilkunastu! Zaszczyt nas kopnął!

A poza tym w październiku będzie o nas w magazynie Voyage! W „materiale o najlepszych pensjonatach na jesień”, głównie „ze względu na warsztaty i aktywności, które proponujemy” (słowa pani z Voyage). A! I jeszcze redaktor Iwaszkiewicz wydaje książkę z kilkudziesięcioma swoimi felietonami z Vivy, w tym z tymi o nas (ostatni po mojej cenzurze) i ze zdjęciem pensjonaciku! Tyle przechwałki.

drobne muszki, których inwazję przeżyliśmy w tamtym roku, znowu opanowują strych - te paski, to latające muszki

Właściwie powinnam się cieszyć i być w cudownym nastroju! Doceniają nas, piszą o nas, mamy piękny Domek na górce (i pomińmy, ile jeszcze roboty w nim zostało)… Rzecz w tym, że to tylko jedna strona medalu. A filozofia pozytywnego myślenia napawa mnie… nie wiem czym, ale niedobrze mi się robi. Nie wiem, czy to plotka, ale nawet jeśli, to psychologicznie uzasadniona. Podobno córka tego, kto wymyślił teorię afirmacji jako metodę terapeutyzowania pozytywnym myśleniem, popełniła samobójstwo. Chyba nie miała innego wyjścia, jeśli tatuś też ją tym raczył. Jeśli chcecie pogrążyć człowieka w depresji, powiedzcie mu, że wszystko będzie dobrze, a w ogóle już jest super, tylko musi spojrzeć na życie pozytywnie. Brr… To jak sadzenie pachnących kwiatków na szambie. Chyba profesor Kępiński mówił, że ludzie w depresji mają bardziej realistyczny obraz świata, niż ci zdrowi. Zdrowi zamykają oczy, gdy widzą niewygodne rzeczy, bo inaczej by zwariowali;) No i głuchną:) Mnie się nie zawsze udaje. Pewnie z racji zawodu, ale i z innych racji. Wystarczy, że otworzę pocztę w komputerze, czy FB (w TV wiadomości nie oglądam, ale o dwójce dzieci z Pucka dotarło i do mnie). Wróciłam z ograniczonego w Warszawie kontaktu z mediami i zaraz zalała mnie fala strasznych informacji - o 35-cio (normalnie waży 80) kilogramowym, kompletnie odwodnionym bernardynie trzymanym chyba w piwnicy, o psie przyczepionym na sztywno kolczatką do drzewa, o tym, że małej Wiktorii, która jakiś czas temu stanęła w obronie obcego małego kotka, za co oberwała prętem (kotek zresztą też i nie przeżył), w odwecie za to, że sprawa stała się głośna, zabito i powieszono na drzewie jej ukochaną kotkę… (historia Wiktorii i zaproszenie do głosowania na dole w peesie). A po wyborach sołtysa niektórzy zawadczanie przestali się kłaniać Robertowi (z pewnością z tej słynnej życzliwości) i wcale nie ci, którzy czytają moje niusy (gdyby przypadkiem przyszło im do głowy łączyć Roberta z moimi bazgrołami, o ile na komputerze można bazgrolić;) Chyba zacznę chodzić w krawacie…

zapóźniony słonecznik na górce - ten na pewno nie zdąży!;)

Ten, kto widzi rzeczywistość taką jaką jest, czyli też ciemną stronę medalu, czuje się niesłuchany i nierozumiany, gdy mu się wmawia, że jest dobrze. No chyba, że jest psychoterapeutą i rozumie, że niektórzy muszą stosować obrony maniakalne, czyli skupiać się tylko na jasnej stronie, z lęku przed depresją. A przecież, jak już nieraz pisałam, stan depresyjny (nie mylić z depresją kliniczną) to naturalny stan i po stracie, i po sukcesie.

z racji temperatur w domu, mimo wstydu, Pieso integruje się z Wilkusiem

A jeszcze gdy pada deszcz i nie można (jak dziś) popływać i mieć z tego przyjemność, a być może już w tym sezonie w jeziorze się nie popływa, gdy żurawie odlatują,

(przeleciały nam dziś nad głową)

gdy wciąż nie wiadomo w co ręce włożyć i roboty nie ubywa,

grodzenia się ciąg dalszy

i sadzenia krzaczków przed zimą

a w kabinach nowe uchwyty do pryszniców, bo te mniej nowe już się rozleciały:( ( a przy okazji nowa słuchawka pod kolor apartamentowej łazienki!)

gdy lada dzień znowu trzeba wsiąść w pekaes firmy polonus i udać się do stolicy, gdy jutro trzeba będzie w końcu rozpocząć sezon grzewczy w gabinecie na górze, gdy kolejna zima za pasem, kolejny rok… No cóż, trzeba to jakoś przeżyć, i tak do końca;)

Ale są i dobre wieści! Przybył kolejny zawadzki krawaciarz! A raczej krawaciarka! Mała Zuzia przyszła na świat wczoraj, więc jest nas więcej!:) Ani i Bartkowi oraz dziadkom gratulujemy!!!

zamiast kwiatków kolejna odsłona trzmieliny już z „żyrandolami”

trzmielin znalazłam jeszcze dwa krzaczki na naszej ziemi, po drugiej stronie drogi na górkę, wśród skopanych przez dziki jabłonek

PS!

Historia Wiktorii na stronie konkursu , a ponieważ trudno się dogrzebać, jak głosować, wklejam: Od 12.11.2012 r. na stronie www.zwyklybohater.pl rozpocznie się głosowanie internautów, które będzie trwać do Gali Finałowej, która rozpocznie się o godz. 20.00 w dniu 02.12.2012 r.

Komentarze

Aurela, 2012/09/20 06:28
Hej na krwotoki z nosa to najepiej wspomagać się jedzeniem mandarynek, witaminy c bo ponoć uszczelnia naczynka:) laryngolog starej daty ale nie aż tak starej żeby nie pamiętać mandarynek, zalecał tak Dawidowi przed zabiegiem;)) działa i wzrosła mu krzepliwość. przebodźcowanie rozumiem mam to samo i masakra po prostu jakaś. A poza tym jesteście najlepsi;) Pozdrawiamy mocno;)))
ania, 2012/09/21 10:43
zanim mandarynki wyrosną raczę się rutinoscorbinem:)
Ola z katowic, 2012/09/20 14:54
Nie moglam pisac o depresji, ale skoro Ty napisalaś to witaj w klubie.
OLQA, 2012/09/20 21:03
ja z tych optymistów- czyli ślepak:)
ania, 2012/09/20 21:08
Nie ślepak, tylko uciekinier przed depresją:) Ślepak to jakbyś filtrowała by nie zwariować a optymista to już obrony maniakalne:)
Ewa U., 2012/09/21 10:46
Kiedyś na tzw. deprechę pomagało mi otwieranie okien i wietrzenie oraz kwiaty w wazonie. Ale to było daaawno. Teraz stosuję terapię zajęciową, z różnym skutkiem. Najbardziej frustruje mnie fakt, że muszę "uczestniczyć" w tym pofyrtanym świecie jeśli nie chcę wegetować gdzieś na obrzeżach i żeby po prostu przeżyć, w czysto biologicznym sensie. Nie muszę oglądać tv, ani czytać gazet, aby widzieć mizerię tego świata. Mam ją wszędzie wokół: w śmieciach wywalonych do rowu, w dręczonych dzieciach, zwierzętach i starych ludziach, w bezmyślności, marnotrawstwie, pazerności i chciwości. Jasne, że świat zwariował, nie mam wątpliwości i nie mogę pojąć, dlaczego człowiek - najbardziej rozumna i nabardziej okrutna z istot, sam sobie to robi?

Nie chodzi o ględzenie, że "za moich czasów" itd., gołym okiem widać, że konstrukcja zmienia się w destrukcję.

No i miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Mimo wszystko, z uporem maniaka czekam już na wiosnę - marne 5-6 miesięcy. A potem to już lato i lato...

Pogoda u nas przepiękna, pelargonie jakby nie miały zamiaru kończyć żywota, a z jednego nasionka dyni ozdobnej doczekałam się 18 dyniek! Tłuste zaskrońce ganiają po ogrodzie za jeszcze bardziej tłustymi żabami, żurawie w najlepsze spacerują po polach, krety kopią jaki oszalałe. Jaka jesień??? Jaka zima???
kinga, 2012/09/23 17:48
Dla pocieszenia , uprzejmie donoszę ,że na mój ogródek w nocy weszły dziki. Coś tam im zasmakowało i zryły pół ,,wersalskiego ,,trawnika .Następnej nocy dokończyły dzieło na drugiej połowie. Muszę przyznać,że takie naturalne zaoranie ziemi (po okręgach) nawet przypadło mi do gustu. Chyba powtykam tam cebulki kwiatków - na wiosnę będzie jak znalazł!
Ewa U., 2012/09/23 18:48
Nie wiem doprawdy jakim cudem dziki mnie jeszcze nie stratowały, obawiam się, że to tylko kwestia czasu. Na razie musiałam polubić krety. Półmetrowe kopce wyglądają, jakby wykopały je dinozaury (o ile dinozaury kopały). Ale ja sprytnie zabieram tę śliczną, czarną, pulchną ziemię i przenoszę tam, gdzie piach i glina. Tam nie kopią, ale jak im użyźnię, to pewnie zaczną. Więc pomysł klombików po dziczych okręgach jest jak najbardziej na miejscu. Trzeba się dowiedzieć, czego bardzo nie lubią dziki i po sprawie. Z kretami mi nie poszło, no ale powszechnie wiadomo, że one są trudne, nie to, co dziki! Próbowałam wszystkiego, co tylko można znaleźć w internecie. Ostatnią deską ratunku miał być piołun. Wyhodowałam łan dorodnego piołunu, ale sądząc po wielkości kopców, bardzo kretom służy. Jarają go czy co?
sylwia kudlanka, 2012/09/24 07:49
jej... u Was na serio już jesiennie! Na zachodzie kraju jednak jakby mniej. Ranki zimne, mgliste, ale przy tym jakie piękne wschody słońca mogę podziwiać wstając do pracy. Potem 7km rowerem, gorzej już bo jednak bywają i 4 stopnie. W pracy zimno jeszcze bardziej - bo w pałacu w Stacji Badawczej remont ogrzewania brrrr i nie wiadomo kiedy ono ruszy, będę się cieszyć, jeśli w tym roku! Zimy się boję, siedzenia w domu, marazmu takiego... Fajnie, że choć odrobina drewna na opał jest, bo zwykle zima nas zastaje z niczym w szopce.
A jako witaminę C to ja polecam bez czarny! u mnie jeszcze jest. Mam plany jeszcze porobić soków, bo kurde częśc mi się zepsuła. Za mało cukru chyba dałam :( Darmowe zdrowie!pozdrawiam i życzmy sobie wszyscy ciepła wiele!
Ewa U., 2012/09/24 10:02
Sylwio,
Możesz zdradzić z jakiego jesteś kawałka Wielkopolski? Moje krety i ja mieszkamy w trójkącie bermudzkim Leszno-Kościan-Gostyń - może jesteśmy sąsiadkami? Z sąsiedztwem łatwiej prztrwać zimę...
sylwia kudlanka, 2012/09/25 08:44
Ewo, to jesteśmy sąsiadkami!
moje wiochy to Turew - praca i Kopaszewo - gdzie od niemal 4 lat mieszkamy. A pochodzę z Mazowsza.
Może się spotkamy?
Ewa U., 2012/09/25 10:17
Naprawdę??? Nasza wiocha (malutka) to Kleszczewo (5 km od Krzywinia). Też od 4 lat. Uciekliśmy z Poznania. Do Kopaszewa mamy z 10 kilometrów może? Tak coś czułam, kiedyś napisałaś tutaj o Profesorze. Jego nazwisko obiło mi się o uszy w kontekście spuścizny (przyrodniczej) po Chłapowskich i skojarzenie z Turwią nasunęło się samo. Bardzo chętnie spotkam się z Tobą. Jestem otwarta na propozycje.
Serdecznie pozdrawiam
sylwia kudlanka, 2012/09/25 10:28
to przechodzimy na prywatne maile :)
Zapraszam do siebie, my żyjemy bez samochodu, więc raczej uziemieni jesteśmy.
Kleszczewo - nie znam, ale zaraz prześledzę :) To jeszcze gmina Krzywiń?
Aniu, przepraszam za prywatę!
Ewa U., 2012/09/25 11:31
Ja też przepraszam, tak jakoś poszło, jak to w życiu, ale w sumie fajnie!? To w takim razie maila ślę.
ania, 2012/09/25 15:38
Ale jesteście szybkie! Miałam po powrocie z pracy wysłać Wam obu namiary na siebie nawzajem, ale widzę, że sobie poradziłyście!:) (Sylwio, wykasowałam już Twój mejl, żebyś mogła tu dalej wypisywać co chcesz anonimowo!:))
Ewa U., 2012/09/25 19:24
No tak, Ty pracujesz, a my tu szaro się gęsimy! Wymiana korespondencji już trwa. Swoją drogą, co za zbieg okoliczności: mieszkamy obok siebie, poznajemy się na Twoim blogu pisanym na drugim końcu Polski zresztą. W takich razach lubię internet bardziej.
Pozdrawiam bardzo
ania, 2012/09/25 20:37
Zawsze to powtarzam: INTERNET TO POTĘGA!
sylwia kudlanka, 2012/09/26 11:56
Dzięki Aniu, to prawda - INTERNET TO POTĘGA!
Skomentuj:
VSGLN
 
 
zanim_zabija_mnie_szare_dni.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 19:00 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika