28 lutego 2013

Życie bez smaku

O tej porze roku parę dni zwłoki z niusem i już nieaktualny. Chodzi o widoki za oknem, nie mówić o życiu, które mija w zastraszającym tempie.

jeszcze parę dni temu było tak, a dziś płynie

Wciąż nie jestem całkiem zdrowa i zatoki zawalone. Odguciowa zaraza była straszna. Nie pamiętam kiedy tak chorowałam. Tym razem odguciowy wirus porządnie mnie sponiewierał, na co złożyło się parę rzeczy, ale najgorsze, że na 5 dni kompletnie straciłam smak! Nienawidzę tego. To, że nie mam zmysłu powonienia, to mała strata, ale żywienie się tekturą namoczoną w wodzie… fuj. A tak wtedy odbieram jedzenie. Straty smaku boję się od… 27 lat? No, będzie niedługo… Było to, gdy wyjechałam do Brazylii i dzięki temu w ostatniej chwili umknęłam przed promieniowaniem z Czarnobyla. W Brazylii po raz pierwszy miałam do czynienia z klimatyzacją. To znaczy z taką na codzień – w domu, samochodzie, sklepach, knajpach… i wtedy okazało się, że jestem na klimatyzację uczulona, upały niemożebne a ja smarkałam zapuchnięta cała i oczywiście straciłam smak na wiele, wiele dni i były nici z brazylijskich przysmaków i ciekawostek kulinarnych na spróbowanie. Do tej pory klimatyzacji nie używam i unikam, nawet w samochodzie w upały. Wolę rozgrzewać się do czerwoności. Tym razem jednak smak straciłam bez klimatyzacji. A życie bez smaku ma niewielki sens.
Smak w gębie wrócił, ale co to za życie, gdy dalej zima. A właściwie przedwiośnie i jak to na wsi na przednówku - najsłabiej. Słońce wprawdzie wczoraj dawało czadu i z dachów kapało na potęgę a do drewutni idąc nalało mi się w kalosze (dziura zbyt nisko;) ale…

posiedziałabym w wiacie…

…już mnie to przymusowe siedzenie w domu dobija. I te sierściuchy gromadzące się w pomieszczeniach zamiast na podwórzu… Nie idzie z nimi pracować w spokoju,

do tego zawalona pracownia, że ledwo docieram do pieca w celu włożenia poszkliwionych do wypału kafelków, dźwiganie koszy z drewnem, ta upiorna biel z prześwitującym błotnistym jak okiem sięgnąć, i choć w tym roku zima nie dała popalić, całkiem znośna była, ani nas za bardzo nie zasypywało, ani nie zamroziło, to zimie już dziękujemy. Ale może nie będę chwalić dnia przed zachodem, bo jak 10 dni temu wypowiedziałam powyższe słowa, następnego dnia dowaliło tyle śniegu i padało dni parę, aż się wydostać nie szło…

wybawca pług, a było to raptem w niedzielę

Lodzia już ogłosiła wiosnę tydzień temu inaugurując pływanie w rzece (potem miała katar). Z każdego spaceru wraca teraz godzinę-dwie później, bo już w nozdrza za dużo jej wpada. A Belfegor coraz częściej śpi na ganku. Tylko żurawi ani widu, ani słychu, za dużo śniegu, za to sikorki dzwonią już całkiem, całkiem..

Dosyć mam też szkliwienia w kuchni. Wczoraj miałam dużą robotę. Efekt - różnokolorowe ślady na wszystkich chodniczkach, bo wsadzanie łap do misek to świetna rozrywka. A jak szkliwo jeszcze nie rozrobione wodą, fajnie się w nim siedzi. Wtedy wiadomo, że całe dupsko w proszku a potem upudrowane co się da. W ogóle szatany zmieniły się w pomioty szatana, co wiadomo co oznacza…

Big Star

żywa reklama łaciatego

Zwłaszcza Strzałka. Mogłaby w horrorach występować z tą cętkowaną trójkątną gębusią i wybałuszonymi oczami niczym Gremlin i jeszcze z czarcim ogonem na końcu bezwłosym. Ja Wam mówię – to diabelskie nasienie!

trzecia ruja Strzałki i z tej okazji wygibasy w koszyku na papiery do spalenia - kilka dni spokoju i będzie następna…

w ramach ochrony rąk i nóg nakładanie jedzenia miękkiego za zamkniętymi drzwiami

A poza tym życie już w ogóle przestanie mieć sens, bo zamierzam się odchudzać… Nie żartuję. Ostatni raz odchudzałam się po maturze, z dzisiejszej perspektywy nie wiadomo z czego:), ale za młodu odchudzanie polega na tym, że przestaje się cokolwiek jeść i idzie jak z płatka. Potem raz, w wieku pewnie 30 lat, odbyłam kurację oczyszczającą czyli nie jadłam nic poza gotowaną pszenicą popijaną wywarem z pietruszki przez 12 dni, wytrzymałam 11, a przez kilka ostatnich dojadałam porzeczki;), i raz po wizycie u chińskiego lekarza przez miesiąc piłam tylko ziółka i nie jadłam niczego białego (cukru, mąki, soli, nabiału…) i to doświadczenie pozwala mi z całą stanowczością stwierdzić, że wiele mogę w życiu znieść, ale nie odchudzanie i diety! Robię się wtedy straszna, niczym Robert, który rzuca palenie, bez kija nie podchodź. Jestem wściekła na cały świat i rozżalona. A anegdotę na temat chińskiej kuracji mam taką: pod koniec tego miesiąca co nic białego do ust nie brałam, okropnie rozbolało mnie w klatce piersiowej. Pasjonowałam się wtedy m.in. bioenergetyką i radixem czyli taką psychoterapią przez ciało. Idea jest taka, że wszelkie problemy psychiczne odkładają się w postaci napięć w ciele i po pierwsze można je w ten sposób zdiagnozować a po drugie uwalniając napięcie w ciele chwilowo zlikwidować. No więc wtedy byłam na warsztatach u takiego znanego pana z Danii chyba, już nie pamiętam, bo moje zainteresowania znacząco się odwróciły;), i zgłosiłam się do pracy nad problemem bolącej klaty. I co się okazało? Że to z powstrzymywania sięgania po smakołyki (realne i symboliczne)! W przerwie warsztatów zakupiłam paczkę pierniczków alpejskich, wpierniczyłam ją całą na raz bez namaczania i ból minął jak ręką odjął!:) Od tej pory nie odchudzam się ani nie oczyszczam, ani nie żałuję sobie niczego, jeśli nie muszę:)
Ale jak wiadomo nigdy nie mów nigdy. Odkąd mieszkam na stałe w Zawadach, przestało odchudzać mnie życie i nie wyglądam jak człowiek z samego faktu istnienia. Odchudzania kilkudniowym stresem warszawskim i nadążaniem z pokojami w sezonie najwyraźniej zbyt mało, poza tym hormony już nie te.. i tak sobie w tym bezstresowym zawadzkim świecie przybywam z cicha pęk na wadze to kilogramek tu, to kilogramek tam… Złapałam się w końcu na tym, że bezwiednie czytam reklamy super środków odchudzających, co to wystarczy łykać i można dalej żreć a chudnie się 30 kg… Podzieliłam się tym z Robertem i tym, że chyba jednak przeszkadza mi obecna postura, patrzę na swoje zdjęcia sprzed… nawet nie takie stare - ostatnio z nostalgią patrzyłam na to, na którym siedzę przy stole a Gucio leży na ziemi… i tym, że nie mam na nic siły, męczy mnie byle fizyczny wysiłek, jestem ociężała, obolała i gruba… A Robertowi tylko zamarudzić. On nienawidzi marudzenia i przechodzi od razu w czyny. Wiecie co o tym myślę, ale czasem ma to sens!:) No i teraz dopiero zacznie się życie bez smaku! Bo zakupił za ciężkie pieniądze sok z jagód acai, co to go Adrien Brody pił przed Pianistą, najlepszej jakości, do tego jakieś ziołowe detoksykanty, więc teraz nie mam wyjścia, skoro tyle kasy wydane. Będę podobno po tym soku tyle mieć energii, że z szatanikami na smyczy będę popylać po okolicy, no i w cudowny sposób stanę się chudsza, tylko słodyczy nie będziemy kupować, znaczy on będzie szybkie batony wprowadzał pod sklepem i przyjeżdżał już z samym zdrowym… Jeżu, co mnie czeka… Mam nadzieję że ten sok przynajmniej jakiś nie najgorszy w smaku… Pił ktoś? Bo sok dopiero do nas wędruje. Na razie dotarły słoiczki z pigułami, problem w tym, że na polskiej naklejce napisano, żeby brać 2x dziennie w trakcie posiłku, a po zdarciu ukazuje się tekst po angielsku - żeby raz i po.
A poza tym Robert zaczął wojować z mieszkaniem w Olecku i od razu go gardło boli, zaraz się rozchoruje, żeby tylko nie musieć…:)
Ludziska rezerwują pensjonacik i domek, czym dają nadzieję, że lato jednak przyjdzie. Wczoraj znowu był ten dzień, co dzwonią i rezerwują i co śmieszne, wcześniej wszyscy chcieli Domek a ostatnio wszyscy Pensjonacik. Kiedyś największy popyt był na lipiec, w tym roku wolą sierpień. Nie dojdziesz. O ryby nikt nie pyta, ryby zdjęłam ze strony, więc powinni pytać, jeśliby mieli ochotę. W sprawie ryb też drgnęło. Do tej pory nas to nie interesowało, skoro jezioro pod nosem, ale w tej sytuacji… No przecież my mamy staw:)

W dołku w górce, gdzie Pieso bił się z dzikiem zawsze mieliśmy dół a w nim sadzawkę, w której się dziki taplały. A potem przyszły bobry i zrobiły staw i wodopój dla dzikiej zwierzyny. Olch tam nacięły i osik, którymi palimy do dziś, i w czasie ostatniego ustalania przez leśniczego drzew do wycinki, sam polecił, byśmy zrobili czyszczenie, bo drzewa za gęsto, okiść grozi czy coś tam, poza tym za dużo bałaganu i gnije w tej wodzie wszystko.

staw w wersji zimowej:)

No to już wiecie, gdzie będzie staw. A miejsce piękne! Pod lasem, otoczone drzewami, wokół łąki, bajka! Na razie czynimy niezbędne przygotowania, zaświadczenia, już wiemy ile to będzie kosztowało (no niestety, nic za nic…), przy okazji stworzymy zwierzątkom czysty wodopój, a ryby będą dla wydr:) jak się jakieś ostaną dla gości, to trudno;) Może tak zrobimy jak jeden pan z łowiska w Szwałku? Można łowić do woli, można się z rybą sfotografować, ale zabierać jej nie wolno! Trzeba żywą wpuścić z powrotem do wody. No ale te ryby to za rok dopiero…

Zanim dotarł leśniczy w celu wyznaczenia drzew do wycinki, Robert dorwał piłę i ogołocił drzewka w sadzie naszym i na górce. No! Teraz to dopiero będzie zatrzęsienie jabłek! Albo ich wcale nie będzie;) Drzewka śliwkowe i jabłonki są tak zapuszczone, że zgodnie z przepisem przycinanie rozłożyliśmy na dwa lata.

Tyle gałęzi było, że żeby tydzień nie nosić do ogniska za stodołą, Robert zrobił ognisko w sadzie, tam gdzie w lato wyciął śliwy.

Ognisko żarzyło się i żarzyło, a wariatka Lodzia ujadała godzinę po nocy, bo coś w sadzie świeciło na czerwono;)

A pan leśniczy właśnie biega po naszym chłopskim lesie w dołku w górce i sprayuje drzewa. Drewna będzie z tego tyle, że w tym roku nie trzeba będzie kupować na zimę! Ale też z lasu Robert nie wyjdzie przez 2 tygodnie najmarniej:(

No dobra, pora na spacer z psami, w ramach odchudzania chodzę przez łąkę po głębokim, mokrym śniegu, żeby więcej kalorii zużywać…

a na pożegnanie psi komplecik przy miskach

Pieso z przywrami

i Wilkuś w objęciach panienek

Komentarze

Ewa U., 2013/02/28 18:00
A już myślałam sobie zawistnie, że niektórzy to tak mają, że nie tyją i już. Trochę się uspokoiłam. Nie znam tego magicznego soku, ale chętnie poznam - czekam na wieści. A fotki "przed" i "po" będą?
ania, 2013/02/28 20:31
Oczywiście, będą! W dwuczęściowym kostiumie kąpielowym:) A ja zawistnie myślę, że te co nie tyją, zaburzenia tarczycy mają:) Nie tyczy to mężczyzn. Robert jak wiadomo długi i chudy i takim pozostanie ku radości okolicznej ludności, że wredna żona jeść mu nie daje;) (taka gruba, sama wszytko zjada)
Ewa U., 2013/02/28 18:06
PS. U nas zwiastuny wiosny są nadzwyczaj dyskretne, ale są: kwitnie leszczyna i wierzby i SŁYSZAŁAM żurawie. I błocko wysycha, dzisiaj nawet przez chwilę było słońce!
Ewa U., 2013/02/28 20:59
Biedny Chłopina, a taki robotny...
Monika, North Carolina, 2013/02/28 22:43
Hahaha! Ania-GRUBA? A tos mnie zaskoczyla! Bo ja z zazdroscia wlasnie ogladalam Twoje zdjecia, Aniu, te wlasnie, jak piszesz "na którym siedzę przy stole a Gucio leży na ziemi..." - i podziwialam, ze Ty FIGUROWO swietnie sie trzymasz, wcale nie tyjesz i ze to na pewno zasluga zycia na wsi, z przyroda i obowiazkowymi spacerami psimi... I tlumaczylam sobie, ze gdybym JA tylko nie mieszkala w tej tlustej Ameryce - tez bym tak pieknie wygladala. No wiec teraz bede wiernie sekundowac Twemu odchudzaniu, choc wciaz nie rozumiem - Z CZEGO??? Codzienny podly stress nas tuczy lub odchudza naprzemiennie od lat, wlasnie dzis zauwazylam, ze schudlam 6-7 funtow, nie wiem tylko kiedy i jak, bo nigdy sie nie odchudzam. Tym bardziej prosze o fotki PRZED i PO. Proponuje "przed" w workowatych ciuchach, a "po" - tanczac na rurze.
ania, 2013/02/28 23:39
Widzę, że mogę na Was liczyć dziewczyny! Przy rurze z szatanikami:)

No właśnie w tym cały szkopuł, że całe życie byłam raczej szczupła i nie jestem przyzwyczajona - ciężko mi w cięższej postaci...
Ewa U., 2013/03/02 12:33
No nie, z tym dwuczęściowym kostiumem to przesada! Jednoczęściowy zupełnie wystarczy!
Tess, 2013/03/04 18:25
W kwestii odchudzania mam pewną wprawę:-))) Jakiś czas temu było mnie łatwiej przeskoczyć niż obejść i postanowiłam się za siebie zabrać. Obłożyłam się literaturą na temat i ułozyłam sobie dietę z tego co lubię, a co nie tuczy ( bezmięsną, bo mięso jadam rzadko i zazwyczaj wtedy kiedy muszę, bo na ten przykład pisze o ekologicznej wędzarni, albo sama przyrządzam jakieś pieczyste dla góry mięsożernych gości i muszę wiedzieć, czy ich nie potruję ). Do tego codzienne spacery z psami minimum 3-4 km i ( w sezonie ) rower. Przynajmniej po 20 km dwa razy w tygodniu. Efekt- nosiłam rozmiar 44 w porywach do 42. Teraz mam 36 w porywach do 38. Zrównałam się z córką. Czuję się rewelacyjnie, jem to co lubię ( bo dietę trzymam cały czas ). Raz w tygodniu dowolne ciasto, nie choruję, nie chodzę do lekarzy, kondycja jak cię mogę. Kazda dieta restrykcyjna prowadzi do efektu jo-jo. Dopiero dobrze dobrana dieta stała, z produktów, które naprawdę nam smakują daje efekty...
Uściski!
Asia
PS.1. Tym sposobem odchudziłam też naszą Ciocię o 20 kilo w ciągu roku ( i trzyma ). Kondychę ma lepszą i bierze o wiele mniej prochów niż kiedyś ( ma 70 lat )
PS.2. Jestem fanką Waszych szataników. Moje też są niezłe, ale Strzałka po prostu wymiata!
ania, 2013/03/04 21:09
O nie! Nawet nie będę próbować iść w Twoje ślady. Jak to czytam, to już czuję wewnętrzny sprzeciw;) i ogarnia mnie poczucie winy, niczym po lekturze kolorowych magazynów dla pań:) Czuję się wtedy beznadziejna - "jako jedyna nie potrafię trzymać diety ani stosować tych wszystkich zaleceń, a przecież to takie proste". Dziś mam kryzys, jestem cały czas głodna i pierniczę diety. Ja się do tego nie nadaję. Na dłuższe spacery (robię pewnie 2 km zimą) nie mam czasu a jeździć na rowerze niezbyt lubię. Lubię tylko pływać, a wysiłek fizyczny "na marne" czyli po próżnicy mnie irytuje:) Jak mnie jagodowy soczek + życie nie odchudzi to trudno.
Tess, 2013/03/05 09:28
Ania ale ja się absolutnie nie głodzę:-)))Po prostu jadam chudo i w miarę możliwości bez cukru. Nie odmawiam sobie sera, często piekę pizze. Ba nawet masła nie skąpię na kanapki. Inna sprawa, że na zdjęciach jakoś tej Twojej " grubości" nie widać:-))) Może to tylko zwykła, pozimowa ociężałość?
Buziaki!
A.
ania, 2013/03/05 09:54
Ja się też absolutnie nie głodzę i nie mam takiego zamiaru, ale sam fakt, że nie mogę jeść, na co przyjdzie mi ochota (a oczywiście przychodzi najbardziej na to, co pyszne i super tuczące:)), wtedy kiedy mam ochotę (bo np. najpierw muszę wypić soczek i dopiero za pół godziny wolno mi zjeść, a właśnie wróciłam z pracy po 5-6 godzinach i jestem parszywie głodna) powoduje, że czuję ogromną niesprawiedliwość, ciągle myślę o jedzeniu z samego faktu, że nigdy do tej pory nie myślałam, więc skoro muszę, robi się z tego coraz większy temat w mojej głowie i jestem zła, jakby mi podstawowych do życia rzeczy ktoś odmawiał, które leżą 5 cm przed moim nosem... Odchudzanie jest przywilejem mających odpowiednią zawartość w głowie, moja zawartość, boję się, że mnie dyskwalifikuje...;)

I proszę mi wierzyć, nie kokietuję pseudo grubością ani nie mam nadmiernych oczekiwań względem wyglądu, nigdy nie pilnowałam wagi, nie mam wagi do ważenia się a przywiązywanie wagi do wyglądu poza niezbędnym minimum nieco mnie śmieszy a nawet drażni, ale cóż, w pewnym wieku, w pewnych kręgach i przy nadmiarze narcyzmu to nieuniknione. A ja ani nie ten wiek, ani chłopa nie szukam, a kryzys wieku średniego dawno za mną...:)
kinga morderczyni:), 2013/03/08 15:51
A u mnie idzie ku dobremu, ponieważ przez okropną grypę zrzuciłam 3 kg.! Tylko jak tu teraz utrzymać tendencję spadkową? Znajoma dietetyczka sugeruje zajadanie warzyw i owoców jako podstawę.
ania, 2013/03/09 22:52
To ci mądrość, niczym z Życia na gorąco. Każdy głupi to wie, tylko nie każdy jest zającem;)
Małgosia od ortopedy, który ponoć okazał się fajny, 2013/06/13 02:57
Może się mylę, ale czy to nie brak wagi w domu sprawia, że nie wiedzieć kiedy mamy na sobie więcej... Bo jak byśmy wcześniej ten problem uchwyciły to łatwiej byłoby mu zaradzić. Staję na wadze co kilka dni i jem zawsze to co lubię (zwłaszcza słodycze) i to szczególnie od rana (bo musi być śniadanko a za 2 godzinki kawusia z czymś dobrym). Jem bardzo często, ale mało czyli NIGDY nie jestem głodna. Nie wracam do domu na ssaniu, nawet na godzinę przed wyjściem z pracy coś tam zjadam. Raz pół kanapki, innym razem kawałek ciacha. I zasada numer jeden: zawsze po nałożeniu porcji na talerz trochę z niego zsuwam do gara. Później szybko opuszczam kuchnię i po 20 minutach mimo zmniejszonej porcji odczuwam sytość. Łeb dowiedział się, że kichy pełne. Najnowsze odkrycie dietetyków: jeść, żeby się tłuszcz nie odkładał. Bo im mniej i rzadziej jesz tym większe zapasy na taką okoliczność robi organizm. Im więcej jesz od rana tym wieczorem jesteś mniej głodna. A wiadomo jedzenie po którejś tam godzinie to największe przestępstwo. Wszystko co napisałam robię już ponad 15 lat a i tak słyszę, że to tylko dzięki dobrej przemianie materii nie tyję (znacznie - bo oczywiście przytyłam w tak zwanym między czasie ok 13 kilo),którą ponoć posiadam, a nie tym moim nawykom. Od ok. 3 lat chodzę na fikołki czyli aerobik, który wcześniej wyśmiewałam mówiąc, że wraz z ćwiczeniami na siłowni są marnowaniem energii we wszechświecie, bo jak by tych wszystkich delikwentów podłączyć do jakiegoś agregatu czy innego generatora to można by miasto oświetlić. Przekonałam się do nich po pierwsze dlatego, że nie boli mnie kręgosłup, który zaczął przypominać swojej panci w wieku balzakowskim o sobie a po drugie: bo żadne osobiste próby ruchu w samotności nie są w stanie wydusić ze mnie tyle potu. A i mam zamiar jeszcze przytyć, bo nie lubię starych zasuszonych bab :) Życzę smacznego. Jedz i chudnij!
ania, 2013/06/13 10:14
Małgosiu, widać że odrabiasz zaległości w niusach i jeszcze nie dotarłaś do tego, w którym piszę, że nikomu poza politykami (nie) nie dowierzam tak jak dietetykom;) Poza tym najnowsze doniesienia mówią o dużych porcjach na przemian z głodzeniem się:) (sama widzisz: jak im wierzyć)
Małgosia, 2013/06/14 00:05
Odrabiam zaległości ;) i to o jakiej porze ;) Spać nie mogę (bo przerabiam to co za dnia a smutam się bardzo bo mamy w pracy pogrzeb młodej dziewczyny). Żeby więc odpędzić smutki poczytałam niusy i starusy (co robię przy tym ciachu i kawusi jako relaks w pracy - tylko na pisanie nie mam tam czasu). Uśmiałam się czytając ten marcowy (dla mnie ) nius. A że mam taką wewnętrzną wiarę w to że jeśli ktoś chce się odchudzić i ja mu tak bardzo dokładnie wszystko wytłumaczę jak sama to robię to temu komuś się uda, że nie mogłam sobie odmówić pisania. W kontekście tego co dzieje się u mnie w pracy to to nasze odchudzanie i dbanie niewiele jest warte. Może jednak lepiej zjeść to ciastko i być heppy i mieć w nosie. Tylko jak to mówią nie o wygląd tu często chodzi a o lepszą jakość życia. Bo znacznie mniej boli i strzyka jak człowiek lżejszy i ruchliwszy. Nie wiem czy jeszcze wprowadzasz ten sok z gumijagód i jak Twoje zasoby energii znosi okolica wraz z jej mieszkańcami. Ja zdecydowanie jestem przeciwna wszelkim wspomagaczom diet. Wydaje mi się, że tylko zmiana nawyków i cierpliwość mogą coś zdziałać a efekty będą trwalsze. I za dwa, trzy lata efekt murowany i PEWNY. Inne metody i portfel przetrzepią i znudzą się prędzej czy później. Ale tak jak każdy polak jest lekarzem tak ja jestem dietetykiem... Pamiętam, że jakiś czas temu czytałam kilka takich kąśliwych niusów zupełnie jak nie Twoich - czy były pisane wtedy jak byłaś na tych prochach od Roberta? Tych od żarcia i chudnięcia?
ania, 2013/06/14 10:33
ja też jestem przeciwna wszelkim czarodziejskim wspomagaczom a także uleganiu złudzeniu, że można mieć wszystko za nic, więc sok z gumijagód (z jagód acai) nie był czymś takim. Żałuję, że ten w szklanych butelkach, a więc jedyny który zachowuje właściwości, nie kosztuje tyle, aby zwyczajni ludzie mogli go pić codziennie, bo bardzo dobrze mi robił na odporność (jagody acai mają największą ilość przeciwutleniaczy ze wszystkich naturalnych produktów), a "prochy" łykam cały czas, jak sobie przypomnę:) To też tylko ziółka wspomagające usuwanie złogów z jelit - Robert zakupił większą ilość bo było dużo taniej, na kąśliwość nie wpływają;) Kąśliwość to mój naturalny stan:)
Skomentuj:
GMBIC
 
 
zycie_bez_smaku.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/10 14:18 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika