17 marca 2012

Życie na trasie i podwórzowe

u nas też kwitną przebiśniegi! (i wychodzą tulipany)

Taka piękna sobota, gdyby nie wycieczka do Ełku tym razem z moim uchem. Ślepa już jestem (z bliska nic nie widzę, za to ze strychu na Saskiej Kępie odczytuję godzinę na Pałacu Kultury!:)) więc wolałam nie być do tego głucha, a wszyscy straszyli, łącznie z zakupioną dawno temu książką na talony „Leczenie domowe” czy jakoś tak, która miała mnie uchronić przed lekarzami. Łatwiej jednak zrobić ponad 100 km z chorym kotem, niż z chorym własnym uchem.

słonko, słonkiem, ale lodowi wędkarze jeszcze korzystają z grubego lodu

I jak tu nie być zwolennikiem magicznego myślenia! Gdy już wirus odguciowy dawał mi się we znaki, ale w przeddzień bólu ucha, myślałam sobie, jak to było, gdy Borys był mały i jeździliśmy w kółko na ostry dyżur laryngologiczny po każdym katarze – jak wiadomo u dzieci do któregoś tam roku życia (do 7?) trąbka Eustachiusza czy inna dziura łączy ucho z gardłem i katar infekuje uszy. Przy okazji pomyślałam, że ciekawe, że dożyłam pięćdziesiątki bez zapalenia ucha! I w tym samym momencie pożałowałam tej myśli, w imię zasady, że jak się tak pomyśli, choroba murowana. Pamiętam, jako młoda dziewczyna chwaliłam się, że nigdy nie miałam nic w gipsie, a dzień później rozkraczyły się autobusy na trasie do lekcji hiszpańskiego i biegnąc na piechotę stąpnęłam na wybrzuszenie asfaltu i… noga w kostce zwichnięta z podejrzeniem pęknięcia a więc w gips (pod górkę mi było jak widać do nauki języków obcych:)) Ale może to jednak nie złośliwość losu, tylko podświadomość – nie ma to jak sobie nieświadomie dowalić:) Ostatnio może moja podświadomość już rejestrowała, czego ja jeszcze nie – działalność krasnoludków w moim uchu. Teraz już krasnoludki rozrabiają w najlepsze – nalewają sobie piwo z dystrybutora do kufla, przelewają z kufla do kufla (czasem coś im się wyleje), szeleszczą folią aluminiową, od czasu do czasu walną młotem w moją mózgownicę albo dźgną widelcem…
A w ogóle nie ma to jak żyć w małym mieście! Pojechaliśmy do Ełku (najpierw zadzwoniłam znalazłszy najbliższego laryngologa w internecie), wchodzę do gabinetu, pan pyta, czy już kiedyś byłam u niego, mówię zgodnie ze swoim stanem pamięci, że nie, po czym pan wypisując kartę przypomniał mi, że i owszem, byłam kiedyś (3 lata temu!!!) u niego w Olecku, gdzie przyjmuje raz w tygodniu, gdy pół roku męczył mnie kaszel i w końcu mnie wypchnęli dobrzy ludzie. Pan doktor wtedy słusznie postawił diagnozę, że to pewnie dlatego, że to moja pierwsza bez przerwy zima w tym klimacie. I miał rację. Zrobiło się ciepło, kaszel przeszedł, a przy następnej zimie moja krtań i tchawica już były uodpornione. Po czym, gdy już mnie rozpoznał, spytał, czy może do mnie do gabinetu wysłać pewnego nastolatka:)

zamiast wozić się z uchem porobiłabym porządki w ogrodzie… - tu cd naszej kreciej fermy;)

krety pod różami, obawiam się, że w tym roku róże już nie przemówią…

A wiecie dlaczego tak nie znoszę jeździć samochodem na długich trasach? Nie tylko dlatego, że przez 9 lat trasa Warszawa – Olecko – Warszawa była mi znana niczym ścieżka do ogródka dla ślepej Mrówki. Przede wszystkim ze względu na to, co na tej trasie mnie spotyka. Nie wiem, czy to tylko ja mam takie szczęście??? Ilość przejechanych zwierząt, głównie psów i kotów na drogach, wprawia mnie w stan depresyjny na długo po podróży. Najgorzej, gdy gdzieś zrobią trasę szybkiego ruchu, w miejscu gdzie nigdy nie było drogi. Gdy wybudowali obwodnicę Radzymina, przez pierwsze pół roku wyeliminowano z tego świata chyba wszystkich mieszkających po jej obu stronach pijaczków, wszystkie okoliczne psy, koty i dzikie zwierzęta. Ale najgorsze jest, gdy napotykam na drodze jakieś przetrącone ale jeszcze żywe zwierze. A zawsze oczywiście pędzę, by zdążyć na czas i do tego mam tak zapchany samochód, że rannego zwierzaka nawet nie mam gdzie upchnąć. Dzwonienie na 112 (oczywiście wtedy zawsze mówię, że obecność zwierzęcia na/przy drodze grozi wypadkiem dla ludzi) może czasem odnosi skutek, ale po mojej ostatniej interwencji w ełckiej policji, śmiem wątpić. Zadzwoniłam, że na szosie przelotowej w Nowej Wsi Ełckiej na środku asfaltu szwenda się (i nie chce zejść z drogi, choć trąbiłam w niebogłosy i straszyłam) duża ruda karmiąca (z cyckami do ziemi) suka. Zatrzymanie samochodu w takim miejscu jest jeszcze bardziej niebezpieczne, i dla zwierzaka i dla ratującego, niż zostawienie psa w spokoju. Ale jak zostawić w spokoju? Dlaczego w tym pieprzonym kraju nie ma służb powołanych do takiego celu – żeby fachowo zgarnąć zwierze i zapewnić mu opiekę? Gdy coś takiego dzieje się koło Warszawy, dzwonię do Roberta, Robert do najbliższego przedstawiciela Vivy i można odetchnąć, ale na większości obszaru Polski widnieje biała plama w tej kwestii. A w Polsce północno-wschodniej nie ma absolutnie żadnej organizacji, którą można poprosić o pomoc! Gdy zadzwoniłam na Policję w Ełku, pan oczywiście rozmawiał ze mną jak z nieszkodliwą wariatką, ale po słowach – proszę poważnie potraktować mój telefon, sprawdzę, czy interwencja miała miejsce, poprosił o powtórzenie, gdzie ma zadzwonić. Bo prosiłam, żeby zadzwonił do ełckiego TOZu, chociaż jeszcze 2-3 lata temu pod jego szyldem działy się rzeczy straszne – lekarz weterynarii zarabiał na wyłapanych psach zamiast je leczyć. No ale dałam im szansę się zrehabilitować;) Owszem zadzwonił ktoś do mnie potem z pytaniem, gdzie ta suka, pan próbował mnie namówić, że jak będę wracać (miał nadzieję, że jadę tylko do Grajewa), to żebym im sukę przywiozła i był bardzo niezadowolony, że musi wydać pieniądze na benzynę i trochę czasu poświęcić. Przypomniałam, że jak złapią sukę, to mają znaleźć szczeniaki i z niepewnością w sercu pojechałam dalej. Na drugi dzień zadzwoniłam pod nr który mi się wyświetlił, gdy pan ten dzwonił, usłyszałam, że byli, „jakiegoś psa złapali, ale nie wiedzą jakiego”, a po moich dociekliwych pytaniach pan rozłączył się i już nie odbierał. Narobiłam więc hałasu, oskarżyłam TOZ gdzie się da, ale tym razem się okazało, że TOZ niczemu niewinny. Już nie ma pod sobą schroniska i nie łapią psów (to w takim razie nie wiem, co robią, bo już widzę, jak chodzą po gospodarstwach i nakazują chłopom psy odwiązywać od bud a potem to egzekwują). Policja zadzwoniła do zwykłych hycli i tak się oto przysłużyłam jakiemuś psu:( Dr Jakuszko mnie pocieszył, że nawet jeśli jakiegoś złapali, to krzywdy mu zrobić nie mogą. Krzywdą jednak jest siedzenie za kratami całe lata, ale może mniejszą niż bycie rozjechanym.

Pieso jest nadzwyczaj nieszczęśliwy, gdy musi być za płotem, a za kratami by po prostu sczezł ze smutku

Więc jak słyszę, że w naszej gminie zrobiono przetarg na hycla współpracującego z gminą, choć o tyle dobrze, że musi spełniać warunek – musi mieć umowę podpisaną ze schroniskiem, które zna gmina), to drżę ze strachu o psy w takim Stożnym czy Cichym, gdzie jest pewna ilość psów dokarmianych „społecznie”, chodzących sobie wolno wzdłuż drogi, mieszkających to tu to tam, w jakiś niepotrzebnych nikomu pomieszczeniach, są też tzw. psy klatkowe w blokach i komu to przeszkadza? Wiadomo, komuś zawsze:(

nie powiem, mnie też czasem przeszkadza, gdy mi Belfegor zmasakruje bergenię;)

Ale wracając do moich tras. Za każdym razem, gdy wsiadam w samochód, boję się, że znowu na swej drodze spotkam np. cierpiącego okropnie, bo potrąconego konia, który przerażony leży na asfalcie a tuż przy jego głowie przejeżdżają auta (Robert wtedy powiadomiony przeze mnie ustalił, że konia szybko zastrzelili, żeby się nie męczył), albo psa na środku szosy, na środkowej linii, któremu przetrącono kręgosłup i siedzi tak przerażony, ruszyć się nie może, a samochody przejeżdżają 100 na godzinę i nikt się nie zatrzyma. Wtedy miałam nauczkę, której nigdy w życiu nie zapomnę. Choć myślę, że tak było lepiej… Zatrzymałam się na wysokości tego psa, a samochód jadący za mną, chcąc mnie ominąć, wjechał prosto w tego biedaka. Dlatego tym razem, gdy jechałam ostatni raz do Warszawy i w takiej samej sytuacji zobaczyłam kota w Gniazdowie, przejechałam kawał dalej, wjechałam na wysoki krawężnik wciąż rozpędzona więc ledwo kółka nie urwałam i dopiero wysiadłam z samochodu. I co zastałam? Na wysokości kota, który przerażony siedział na linii środkowej ruchliwej bardzo szosy, stało pod sklepem dwóch pijaczków. Oczywiście kota widzieli i pili sobie dalej. Gdy opowiadałam to Robertowi, powiedział: Ale do nieba pójdą. Bo do kościoła na pewno chodzą. Boże, oświeć swoje sługi, księży, raź ich nieśmiertelnie piorunem i powiedz im gromkim głosem, jak wiele mogliby uczynić dla zwierząt informując swoich nieczułych parafian, że zwierzęta to istoty boże, czują ból i przerażenie jak ludzie i zostawienie ich w takiej sytuacji to grzech…
Przeczekałam sznur samochodów, zabrałam kota ze środka drogi, poszłam z nim do najbliższej chałupy (wtedy pijaczki jednak zareagowały, zawołały przez szosę, że tam nikt nie mieszka, co upewniło mnie, że kontaktują z otoczeniem), w dalszej starsza pani powiedziała, że nie zna tego kota (a kot był piękny, duży, puchaty, aż miał dredy na tyłku niczym Ryszard, grubiutki, jakby był czyjś, zakapior z niego musiał być wielki, twarz miał kociego macho) ale jak się okazało, na szczęście, w Gniazdowie był weterynarz. Nie było go w domu, pojechał do jakiegoś pacjenta w oborze czy stajni, ale otworzyła mi córka (widać było, że ma serce jeszcze w dobrym miejscu), zapakowała kota do pudełka i obiecała, że tata się nim zajmie. Niestety wiem, co to oznacza. Niestety nie było nikogo, kto kota zawiózłby na rentgen (gdzie???) i leczył rok, jak my kiedyś Peryskopa, który wlókł tył za sobą, o ile był jakiś procent szansy wyleczenia, w co wątpię, bo na tej trasie kot na pewno zdrowo oberwał i pewnie miał zniszczone narządy wewnętrzne, nie tylko kręgosłup. A taki był cudny…:(
Dlatego chyba już wolę jeździć nocnym autobusem choć to strusia polityka.
A może wiecie od kogo dostałam tę kartkę?:)

No dobrze, przerwa w depresyjnym stanie. Taka piękna wiosna dziś była, gdy wróciliśmy z moim uchem, wszyscy wylegli na podwórze:

Belfegor na werandowym materacu pierwszy raz w tym roku

Pieso nie na kanapie, bo ta jeszcze na strychu stodoły, lecz na drewnianej ławie do domku na górce, poprosił więc o coś miękkiego pod stare gnaty

A co robi Lodzia w taki piękny dzień??

oczywiście kopie dołki!

Dziś też był dzień podawania Leukeranu, Mrówcia czuła się lepiej i też brała udział w życiu podwórzowym. Nie widzi prawie nic, chuda jest okropnie, nogi stawia wysoko i do przodu, na wypadek przeszkód, ale nie przeszkodziło to jej wczoraj zginąć (po oxazepamie, choć daliśmy jej połowę mniejszą porcję), gdy pracowałam. Robert już chciał wsiadać w samochód by jej szukać, ale spotkał ją na drodze, gdy chodził wkoło i wołał. Mrówkowy szkieletor przyszedł od strony sąsiadów. Dziś na podwórzu zachowywała się prawie jak zdrowy kot - prężyła ogon, robiła fikołki, ostrzyła pazurki…

oczy dzięki tygodniom smarowania maścią i zakraplania już prawie bez krwi, są jednak uszkodzone i kicia nic nie widzi, no może jakieś zarysy, ciemność i jasność. Wybałusza oczy jakby miała nadzieję coś jednak więcej zobaczyć.

tuje też wyległy, ale na razie nie na swoje miejsca, tylko na słoneczne boisko do koszykówki

Aaa! Zapomniałabym! Gdy tak sobie podwórzowaliśmy, usłyszeliśmy…wilgi! No nie, niemożliwe! Przecież wilgi przylatują w maju!
Oczywiście to były szpaki. Chyba bardzo wilg stęsknione, bo tak wiernie je naśladowały.

Komentarze

Ewa U., 2012/03/18 19:15
Biedna, malutka Mrówka o przerażająco wielkich oczyskach. Trafiłaś w samo sedno (mam na myśli los zwierząt na wsi), niejednokrotnie o tym mówiłam w różnych miejscach. A może jakiś list otwarty do księży, braciszków i siostrzyczek? Żeby słowo chociaż z ambony, w konfesjonale, zakrystii, każde miejsce jest dobre. A lekcje religii - jakie pole do popisu?! Pisałam chyba o tym przy okazji wizyt proszalnych braci Franciszkanów. Nie będę po próżnicy strzępić języka, wszyscy, którym los zwierząt nie jest obojętny, aż nadto dobrze widzą, co dzieje się z nimi na wsi zwłaszcza. W miastach po prostu mniej to widać, bo nie wierzę, że jest wiele lepiej. Nie dalej niż dzisiaj pod wiejskim sklepem niechcący, a właściwie chcący, rozpętałam aferę, aż nie chce mi się o tym gadać, bo sprawa typowa, reakcja typowa i obezwładniające argumenty też typowe "tu jest wieś, nie miasto" (w domyśle: tu jest bieda, prawdziwe, twarde życie, nie ma czasu na fanaberie, co wy tam durni miastowi możecie o tym wiedzieć) więc można z psem/kotem/koniem robić, co tylko strzeli do łba. My to głupie miastowe, co to psy trzymają w domu, a na dodatek z nimi śpią i do weterynarza jeżdżą, obiekt kpin całej (albo prawie) wsi. Co zagroda, to psie nieszczęście na łańcuchu, a jakże. O kotach nie wspominam, bo one przynajmniej chodzą wolno, co nie znaczy, że są zadbane, najedzone i zaszczepione, a co tu mówić o sterylizacji (niedowiarkom służę przykładem i zdjęciami, a także rozpoznaniem weterynaryjnym naszej (teraz) kotki Grażynki, która jakimś cudem znalazła się przy naszym śmietniku, zapewne w poszukiwaniu jedzenia, którego przecież u gospodarza miała w bród). Wiosna przyszła, a z nią tuż, tuż, kolejny wysyp niechcianych i nikomu niepotrzebnych szczeniąt i kociąt. Najgorsze jest to, że nie ma z kim gadać, wójt, sołtys, policjant, pani nauczycielka, każdy, kto cokolwiek w gminie mógłby zrobić, nie rozumie problemu, bo każdy z nich, z księdzem włącznie, został wychowany tak samo i ma tak samo jak pradziadek, dziadek, ojciec - przynajmniej jednego psa na łańcuchu przy dziurawej budzie przy - często - wypasionej posesji. I miskę rozmoczonego w wodzie chleba - to na wsi całe i powszechnie serwowane psie menu). Trochę generalizuję, jasne, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej jestem rozgoryczona i zła, że tak niewiele mogę zrobić. Coś mi się czasem uda, a to przecież nic, nawet nie kropla w morzu.
Ze spraw bardziej optymistycznych, 26 stopni w słońcu, przyleciały kopciuszki i żurawi zatrzęsienie.
Pozdrawiam i zdrowia życzę.
A anonimu zazdraszczam.
ania, 2012/03/18 22:44
A propos "tu jest wieś, nie miasto" - mój ojciec wychował się na wsi, na wsi wielkopolskiej, był synem małorolnych chłopów, ale to on wpoił mi miłość do zwierząt i poszanowanie przyrody, to on opowiadał mi z miłością o swoim psie, z którym pasł krowy u Niemki. I myślę, że w porównaniu z jego ówczesnym życiem, dzisiejsi mieszkańcy wsi nie wiedzą co to bieda, prawdziwe, twarde życie i brak czasu na fanaberie. Brat mojego ojca został na wsi (był wiejskim nauczycielem) a jego psy, zwykłe małe kundle, jeszcze kilka lat po jego śmierci dzień w dzień chodziły na cmentarz i leżały na jego grobie. Stosunek do zwierząt i wrażliwość na krzywdę wynika z dojrzałości psychicznej a nie miejsca urodzenia i życia. Wynika z tego, jakich się miało rodziców.
Ewa U., 2012/03/19 10:56
Oczywiście, że współcześni ludzie ze wsi, ani ci z miasta zresztą też, często nie mają pojęcia, albo ta wiedza - z różnych powodów - jest szczątkowa, o prawdziwej biedzie i trudnym życiu, jakie było udziałem naszych dziadków i rodziców. I bardzo dobrze. Nie chodzi przecież o to, że trudne życie gwarantuje większą wrażliwość i nie o doświadczanie biedy przecież chodzi. Nikczemnicy i złoczyhy żyją i na wsi i w mieście. I tu i tam bywa biednie. I tu i tam są zwierzęta, którym dobrze z człowiekiem, lub nie. Rzecz w tym, że ludziom wsi wpojono po drodze (komuna?), że są biedniejsi (w każdym sensie), mają gorzej, ciężej pracują, mają dalej, zawsze pod górkę, i że im się należy. I tak przekazują tę wątpliwą wiedzę z pokolenia na pokolenie - stąd częsty tutaj argument "tu jest wieś" i przekonanie o tym, że ci w mieście mają lepiej, to se mogą z tymi psami do weterynarza latać, niejako z braku lepszych zajęć i nadmiaru kasy. Nie chciałam powiedzieć, że wszyscy na wsi są źli, a w mieście wręcz przeciwnie. W mojej wsi jednak wrażliwości na los zwierząt nie widzę. Dobrze, jeśli mają budę, choćby i dziurawą, bo często i gęsto psy są poprzywiązywane do przyczep, blach i czego popadnie. O to wczoraj poszło pod sklepem. Moja wieś nie jest przecież odosobniona. Nie wiem, dlaczego tak jest, nie zgłębiłam tego problemu i zapewne już nie zgłębię. Wiem, że zacząć trzeba już w przedszkolu, bo tutejsze dzieci od rodziców tego się nie nauczą. Tylko że tutejsze dzieci w ogromnej większości do przedszkola nie chodzą, bynajmniej nie z braku tychże. Do przedszkola oddalonego o 3 km zawozi i odwozi autobus - pod dom. Dzieci tam nie chodzą, bo "na zmarnowanie dziecioka nie dom" - to cytat z sąsiadki, przysięgam. Dzieci sąsiadki "żyją" z dwoma psami (każdy w swoim, tragicznie ciasnym kojcu), ale jeśli któryś z nich choćby spojrzy w ich stronę, dzieci sztywnieją ze strachu, o wrzasku nie wspomnę. Żeby ucichły, babcia trzepnie ścierą po głowie i tyle. I kółko się zamyka. Dorastają w przekonaniu, że psy to potwory, których trzeba się bać i tępić. Nie ma w Polsce narzędzi, nie ma sensownych ustaw, ani ludzi do ich egzekwowania. W Szwajcarii problem bezdomnych i bitych zwierząt nie istnieje, wiem to z pierwszej ręki. Nie dlatego, że ludzie tam lepsi, nad krzywdą się pochylają. System kar i podatków jest restrykcyjny, dolegliwy, a przede wszystkim egzekwowany. Ot i cała filozofia. Radykalna jestem, a co!
Nie wiem, skąd bierze się wrażliwość na krzywdę zwierząt, na krzywdę w ogóle. Zaryzykuję tezę, że to cecha osobowości. Wychowałam się w domu, w którym zwierząt nie było (poza kurami i stukniętym kogutem, który za mną wiecznie ganiał - śni mi się do dzisiaj!) i specjalnie się o nich nie mówiło, a ja i tak zawsze ryczałam jak bóbr na filmach o zwierzątkach. Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Pierwszego psa miałam już jako osoba dorosła, mogąca podjąć taką decyzję bez pytania nikogo o pozwolenie. Pewnie sobie coś zrekompensowałam...
ania, 2012/03/19 11:34
Kiedy napisałam, że wrażliwość zależy od rodziców, nie miałam na myśli tylko rodziców kochających zwierzęta (zresztą mieliśmy przykład że to nie wystarcza;)) To kwestia osobowości a ta jest wypadkową temperamentu (wrodzonych cech) i doświadczeń wczesnodziecięcych (głównie). Na ogół duża wrażliwość wynika z identyfikacji z pokrzywdzonym, bezradnym i zależnym od człowieka (czyli takim jak wtedy, gdy byliśmy niemowlętami). Ale w tym wieku wszyscy byli mniej lub bardziej sfrustrowani, więc to nie wystarczy, by być wrażliwym. Wystarczy że rodzice są dość dobrzy, by nie wychować psychopaty i nie wykształcić w dziecku identyfikacji z agresorem (dziecku wydaje się, że tylko wchodząc w rolę oprawcy uniknie w życiu swojej dotychczasowej roli ofiary), oraz że nie sfrustrują niemowlęcia aż tak, że postanowi nigdy nie dorosnąć i całe życie tkwić niemowlęcym złudzeniu, że jest pępkiem świata i wszystko mu się należy - a nuż w końcu przyjedzie jakaś lepsza mama i mu to da. Przez co nie dorasta stopień wyżej - do poziomu troski o cokolwiek więcej niż własny nos i czasem jego przedłużenie (np. najbliższa rodzina) - O pozycji schi-pa pisałam 20 lipca 2010;) Czasem dziecko wyrasta na dorosłego, który dba tylko o siebie, w wyniku przekonania w którym żyje, np. religijnego - są wyznania które utwierdzają ludzi w tym, że są lepsi od innych. I oczywiście wszystko to dzieje się w podświadomości i na tym polega problem - PĘPEK ŚWIATA JEST PRZEKONANY ŻE WCALE TAK SIĘ NIE ZACHOWUJE.(Tyle krótki wykład:))
Ewa U., 2012/03/19 12:05
No tak, ja te mechanizmy rozumiem, chociaż niefachowo nazywam. Problem jest bardziej złożony, wiem to wszystko, ale kiedy patrzę na tę moralną nędzę, widzę tylko czarne i białe, a czasem czerwone przed oczami. I samych psychopatów.
Zdaje się, że to ja mam problem...
Mam nadzieję, że w Zawadach też przepiękny dzień.
ania, 2012/03/19 12:11
Owszem, właśnie wyszło piękne słonko, na ucho zaczynam słyszeć, Belfegor wciąż otwiera drzwi od domu więc już są otwarte na stałe... idzie lepsze.
A na dyskusje psychologiczno-filozoficzne zapraszam pod inny blog (zainteresowanym prześlę adres mejlem:)) bo jeszcze czytelników przepłoszymy:)
Egretta, 2012/03/19 15:57
Odrobinkę ku pokrzepieniu, że jednak nie zawsze i nie wszędzie jest tak paskudnie : jakiś czas temu miałam nieszczęście potrącić psa, który gonił oszalały z urwanym łańcuchem na szyi i wypadł niespodziewanie z kępy krzaków wprost pod koła samochodu. Uszkodziłam mu biodra i nie mógł chodzić. Myślałam, że wezmę go z pobocza i zawiozę do weta, ale pies był bardzo agresywny i jedyne co mogłam zrobić to zabezpieczyć teren, przykryć biedaka kurtką i zadzwonić po stosowne służby. Mało optymistyczny jest fakt, że służby przyjechały dopiero po półtorej godziny, bardziej optymistyczny: zatrzymała się rodzinka z dzieckiem, radiowóz z panem dzielnicowym i wszyscy oni zgodnie czekali ze mną na psie pogotowie usiłując przyspieszyć sprawę. Zatrzymała się nawet karetka pogotowia spytali czy moga pomóc, ale niezwykle agresywne zachowanie psa ostudziło ich zapał. Wreszcie p. policjant uruchomił swoje kanały łączności i ostatecznie nie przebierając w słowach sprawił, że psia karetka dotarła w ciagu 15 minut. Pewnie nikt z tych ludzi, którzy wówczas okazali sie wsparciem dla mnie i dla psiaka tego nie czyta, ale i tak bardzo im dziękuję, wszystkim z Panem policjantem na czele
ania, 2012/03/20 01:05
To bardzo optymistyczny komentarz, po 1) że były jakieś służby stosowne, po które można było zadzwonić, po 2) że znalazł się policjant, który uznał to za fakt ważny, po 3) że pies wpadł właśnie pod Twój samochód;) I tego się trzymajmy, bo moja depresyjna strona już chciała dopisać jakieś "ale", ale skasowałam;)
Dołączam się do podziękowań i w ogóle dziękuję wszystkim, którzy nie potrafią przejść obok potrzebującego zwierzaka i nie pomóc mu.
Egretta, 2012/03/20 13:47
Masz rację Aniu, zawsze znajdzie sie jakieś ale. Musze jednak przyznać, że Pan dzielnicowy przywrócił mi odrobinke wiary w to. że słuzby mundurowe potrafia być empatyczne i tego się trzymajmy :)))
Skomentuj:
GTQKQ
 
 
zycie_na_trasie_i_podworzowe.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/15 17:36 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika